niedziela, 16 marca 2014

16.03, Kierunek - dom

Pora do domu. Spakowałem walizkę, oddałem ją na przechowanie i ruszyłem „w miasto”. Najpierw zszedłem w dół Van Ness Avenue. Chciałem zobaczyć tutejszy Ratusz. Budynek jest duży i jakżeby inaczej, zaliczył swoje epizody w Hollywood. Jednym z nich był „występ” w „Poszukiwaczach Zaginionej Arki”, gdzie występował jako budynek uniwersytecki, gdzie wykładał główny bohater.

Budynek powstał w 1915 roku i reprezentuje tzw. amerykański neoklasycyzm, w dodatku inspirowany architekturą Beaux-Arts. Nie za bardzo lubię pozostałości po tej akurat epoce, ale przyznać też trzeba, że siedziba lokalnych władz prezentuje się godnie i dostojnie. Oczywiście, o ile przymknie się oko na obszczanych kloszardów, których jest to rewir o każdej porze dnia i nocy.

Miałem przed sobą cały dzień, więc nie będzie zaskoczeniem, jeżeli napiszę, że odwiedziłem wszystkie te miejsca, które szczególnie mi się spodobały. Wszedłem znowu pod Wieżę Coit. Tym razem, ku mojej radości, miałem stamtąd widok inny niż dotychczas. Most Golden Gate okryty był częściowo mgłą i w takiej otoczce prezentował się naprawdę magicznie. Aż pożałowałem, że przez cały czas miałem dobrą, ale taką samą pogodę. I jakby na zawołanie, na niebie zaczęły pojawiać się chmury, z każdą godziną, o coraz ciemniejszej barwie.

Byłem na Embracadero, ale w niedzielę panował tam tłok jeszcze większy niż poprzednio. Pospacerowałem po wnętrzu tutejszego targowiska, ale jako, że w pamięci nadal miałem cuda z Pike Place z Seattle, muszę uznać Ferry Market za nieporozumienie. Było tam sporo modnych knajp, których „modność” polegała na sprzedawaniu prozaicznych produktów z dopiskiem „eco” za podwójną cenę.


Zjadłem obiad w „swojej” chińskiej knajpie, gdzie, jak zwykle, nie szanował mnie kelner, a podłoga dosłownie lepiła się od brudu. Na szczęście dania były nadal smaczne, więc mogę Eastern China Restaurant polecić każdemu zakochanemu w chińskiej kuchni. Potem zaś usiadłem w parku i chłonąłem atmosferę niedzielnego południa. W wielu miejscach spotykałem tu osoby praktykujące Falun Gong. Przy skrzekliwej muzyce wykonywali oni powolne ruchy, co ma ponoć korzystnie wpływać na zdrowie. Ale coś nie chce mi się w to wierzyć...

Minęło kilka godzin. Odebrałem walizkę, wsiadłem do szybkiej kolei podmiejskiej BART i pojechałem na lotnisko. Wrażenia? San Francisco urzekło mnie. Jest pięknie położone, spokojne i zadziwiająco „europejskie” jak na Amerykę Północną. Po Los Angeles stanowiło szokującą odmianę. Jest z pewnością ciekawsze od prowincjonalnego (acz kochanego!) Seattle. Ale nadal zdecydowanie przegrywa z Nowym Jorkiem. Największym „problemem”, o ile tak w ogóle można pisać, tego miasta jest fakt, że w swojej większości składa się ono z kwartałów podobnej, mieszczańskiej i nieco nudnej zabudowy. Kilka razy dałem się uwieść magii nazw odległych dzielnic. Wędrowałem, wędrowałem, a na końcu nie czekało mnie wcale nic szczególnie oryginalnego czy ciekawego. Nie jest to zarzut wielkiego kalibru, ale jedynie uwaga dla tych wszystkich, którzy planują San Francisco odwiedzić. Jest tu przepiękne „śródmieście”, gdzie znaleźć można większość najważniejszych atrakcji. Jest orientalne Chinatown, jest słynny most Golden Gate, jest promenada, jest The Mission, a dla nowoczesnych, tęczowa dzielnica czyli słynne Castro, gdzie nawet lokalni policjanci trzymają się za ręce i prywatnie uwielbiają róże oraz mocną opaleniznę. A oprócz tego, jest tu sporo „drugoligowych” ciekawostek, które śmiało można ...w większości pominąć. A różnica pomiędzy Cisco a Nowym Jorkiem polega właśnie na tym, że w tym drugim tychże pomniejszych atrakcji, pominąć zwyczajnie nie wypada. Co nie zmienia faktu, że San Francisco to Ameryka godna polecenia i zwyczajowo już, kończę relację sakramentalnym „chciałbym tam kiedyś wrócić”.


sobota, 15 marca 2014

15.03, Złote Wrota nad przepaścią

„Starość nie radość”, można by napisać. Wiele się w moim życiu zmieniło, a oprócz deficytu snu, najważniejszą z tych zmian jest niewątpliwie zaprzestanie uprawiania pieszych wędrówek. Do pracy. Z pracy. To było codziennie kilka kilometrów. No i tych na wakacjach, gdzie zwyczajowo, nie miałem dla siebie litości. Po przerwie, kilka dni powrotu do dawnych zwyczajów, nieźle mnie wyczerpało, a także uświadomiło, że podróże dały mi coś jeszcze – oprócz pięknych wspomnień, również kondycję!

Rano zwlokłem się z łoża i po krótkiej ablucji, opuściłem na kolejne kilkanaście godzin mój przybytek. Tym razem poszedłem wzdłuż alei Van Ness, trafiając prosto na wybrzeże. Pogoda była wspaniała, niebo czyste, więc ten sobotni poranek zachęcił wielu mieszkańców miasta do przysłowiowego rozprostowania nóg. Rowerzyści, spacerowicze, no i przede wszystkim biegacze, mijali mnie co chwila. Jogging w San Francisco ma status absolutnej religii. Sam lubię sobie czasem (obecnie rzadziej) pobiegać, brałem udział w kilkunastu zawodach, ale zawsze obrzydzeniem napawają mnie wszyscy ci, którzy to hobby traktują ze śmiertelną powagą. A tutaj byli tylko i wyłącznie tacy – wymuskani, wyżyłowani, uzbrojeni w najlepsze buty, zegarki i tętnomierze, z poważnymi minami. Czy takie bieganie to nadal przyjemność czy może już kolejny obowiązek?



Gdy tylko minąłem zabudowania, otworzył się przede mną widok na Zatokę i oczywiście na sam Most. Golden Gate, wbrew swojej nazwie, jest koloru czerwonego. Mimo iż zbudowano go w 1937 roku, nadal robi wrażenie i jest przykładem inżynierskiej maestrii: ma ponad 2,5 kilometra długości, a jego stalowa konstrukcja skutecznie oparła się wszystkim trzęsieniom ziemi, łącznie z największym w roku 1989. A przede wszystkim – jest piękny! Od tego widoku trudno oderwać było wzrok. Wznosiłem trasę niemal dokładnie w tym miejscu, gdzie dwa dni temu ją przerwałem. Wędrowałem wzdłuż wybrzeża, a sam most rósł i rósł na moich oczach, odsłaniając swoje kolejne detale i smaczki.







Golden Gate jest oczywiście fotogenicznym plenerem chętnie wykorzystywanym przez Hollywood. Liczba filmów, w których możemy go ujrzeć jest imponująca i bliska nieskończoności. Ja wymienię dwa – po pierwsze, wspomniany już przeze mnie „Zawrót głowy” Hitchocka. Słynna scena, gdy bohaterka grana przez Kim Novak osuwa się w odmęty wody była oczywiście kręcona tuż obok Fort Point, koszarowych budynków umiejscowionych u podstawy mostu. Po drugie, „Zabójczy widok”, czyli James Bond numer czternaście – a w nim, rewelacyjne ujęcia mostu z góry oraz karkołomne popisy kaskaderskie na jego przęsłach.

Wdrapałem się na sam most i przeszedłem się kilkaset metrów w jedną i drugą stronę. Panował tam ogromny hałas generowany przez tysiące samochodów. Uderzające o progi opony wydawały specyficzną kakofonię, która po pewnym czasie zaczęła przypominać swoim szwargotem dźwięk atakujących owadów (może to dlatego, że kilkanaście dni wcześniej zobaczyłem po latach „Rój”?). Zwróciłem też uwagę na barierki – niezbyt trudne do pokonania. Golden Gate nie bez przyczyny, nazywany bywa mostem samobójców. Praktycznie co kilka dni trafia tutaj jakiś desperat, który rzuca się w wody zatoki. Dla tych niezdecydowanych, istnieją nawet specjalne telefony, gdzie można porozmawiać ze specjalistą zanim zrobi się ów ostatni krok.



Zerknąłem na mapę i postanowiłem dotrzeć do Baker Beach. To już okolice, o których turystyczne przewodniki milczą, albo poświęcają im kilka zdawkowych zdań. Lubię morze, a tutaj miałem na wodę naprawdę znakomity widok, więc delektowałem się tą trasą, mimo iż skończyło mi się picie, a słońce przygrzewało mocno, zadając kłam obiegowym opiniom o San Francisco („na pewno będzie padało” mówili). Minąłem dzielnicę Presidio, gdzie do dzisiaj znajduje się baza wojskowa (a jakże, był film pod takim tytułem – w roli głównej sam Sean Connery). Na wybrzeżu było sporo betonowych konstrukcji. To pozostałości tak po wojnie z Hiszpanią, jak i po dawnej doktrynie wojennej, która w ten sposób planowała bronić Zachodniego Wybrzeża przed desantem wrogich sił.



Baker Beach, jak zwykłem mawiać, „byłaby ogromnym rozczarowaniem, gdyby nie drobny fakt, że niczego dobrego się po niej nie spodziewałem”. Pełno tam było ludzi, samochodów, a do tego, piasek był brudny, a gwar panował nie do zniesienia. Najbardziej zapamiętam stamtąd... publiczną toaletę. Miejsca tak obsranego (i to dosłownie) nie widziałem nigdzie, a wydawało mi się, że widziałem już sporo. Uciekam stamtąd to The Richmond, czyli kolejnej dzielnicy, która ciekawie wygląda głównie na mapie. Ulice były tu szerokie, zabudowa, jakżeby inaczej, znowuż składała się z nieskończenie długich rzędów piętrowych domków jednorodzinnych. Nic ciekawego.
Ciekawiej za to powinno być na końcu tej drogi. Dotarłem do Clement Street, czyli serca „drugiego Chinatown”, jak nazywa się często tę okolicę. Mieszkają tu potomkowie emigrantów z Państwa Środka, ale uczciwie przyznać trzeba, że miejsce to nie posiada nawet promila czaru właściwej chińskiej dzielnicy. Znalazłem tam restaurację, gdzie zjadłem najgorszy posiłek od dawna i odebrałem również najgorszy telefon od dawna, z najgorszą, ponurą wiadomością z pracy. Jako człowiek w miarę świadomy rzeczywistości, wiedziałem od razu, że właśnie zaczyna się ciężki okres, ale chyba nie spodziewałem się jak bardzo ciężki. Spochmurniałem i reszta wyjazdu nie była już taka radosna jak miało to miejsce wcześniej. Z ciężkimi nogami i czarnymi myślami powędrowałem dalej, w stronę Parku Golden Gate.




Park ów to kolejny symbol miasta. Z lotu ptaka przypomina Central Park z Nowego Jorku – to wielki prostokąt zieleni idealnie wpasowany w miejską zabudowę.

Ale moje zdanie o miejskich obszarach zielonych znacie, a jeżeli nie znacie, to pozwólcie, że je przytoczę raz jeszcze. Miejskie parki to nuda. Sztuczna zieleń, wyrugowana z dzikości, za to przycięta, sformatowana, wytyczona od linijki. W sumie, nie wiadomo po co takie parki odwiedzać – jeżeli pragnie się ciszy, trzeba było jechać gdzieś indziej, a nie do wielkiego miasta. Jeżeli chce się mieć kontakt z naturą, to lepiej wybrać się do prawdziwego lasu, niż do miejsca stworzonego przez człowieka. Ta ogólna niechęć ma tylko jeden znany mi wyjątek – mowa naturalnie o wspomnianym powyżej Central Parku, który miałem okazję zobaczyć dwa razy i cóż, z chęcią zobaczyłbym go ponownie. Jego magia polega jednak nie na tym, że jest to park, ale na tym, że ma on takie, a nie inne wielkomiejskie otoczenie.



Park przeszedłem w poprzek, praktycznie nie zwracając uwagi na ewentualne atrakcje, które można by tu zobaczyć. Humor mi wyraźnie nie dopisywał, a zmęczenie dawało o sobie znać. Do tego, co chwila koło mnie przelatywały frisbee i nieco obawiałem się, że zakończę swój żywot w najgłupszy z możliwych sposobów: dekapitowany kawałkiem plastikowego talerza przez bawiące się dzieci.

Do tej pory zwiedzałem miasto tylko za pomocą własnych nóg. Ale po wyjściu z Golden Gate Park znalazłem przystanek tramwajowy i skorzystałem z transportu publicznego. Nie miałem już zupełnie sił. W kilkanaście minut dotarłem do Powell Station, czyli miejsca, gdzie kilka dni temu rozpocząłem mój romans z San Francisco. Te okolice zdecydowanie nie są wizytówką miasta. Bezdomni, narkomani, wariaci dominowali na chodnikach, a ja zazwyczaj mam to szczęście, że im ktoś bardziej szalony, tym większe budzę w nim zainteresowanie. Może to kwestia fizjonomii i podobieństwa? Minąłem kilku lumpów, jeden z nich nawiązał ze mną dłuższą rozmowę. Cierpliwym tonem wyjaśnił, że potrzebuje wsparcia finansowego. Grzecznie mu odmówiłem, na co on poinformował mnie, że „jestem w kraju, gdzie dobrą zasadą jest pomoc biedniejszym”. Rozmowa była nawet zabawna, chociaż dżentelmen ów nie wyglądał na szczególnie sympatycznego. Trochę szkoda, że te okolice są tak „zadżumione”, ponieważ pod względem architektonicznym to ciekawa część miasta, gdzie można znowu poczuć, że jest to Ameryka – zasobna, ambitna, zakochana w szkle, betonie i stali. Po obcowaniu z rzędami domków rodem z przedmieść, jest to pewna odmiana.




Posiedziałem trochę w Chinatown. Zrobiło się rzewnie. Zdecydowanie, tę dzielnicę polubiłem wyjątkowo. Przyjemne to miejsce, szczególnie popołudniami i wieczorami, gdy ciżba ludzka się przerzedza. Popatrzyłem na Azjatów grających na ławkach Portsmouth Square w swoje gry. Gdybym znał zasady, z chęcią dosiadłbym się do któregoś z emerytów czekających na rywala. Pewnie byłoby sporo śmiechu... Odwiedziłem kilka sklepów z tandetą. Kupiłem to i owo, zachwycając się wyborem. Gdybym miał ochotę i fundusze, mógłbym stąd wyjść nawet z pełnowymiarowym, ceramicznym lwem, przypominającym te, które strzegą bram do Chinatown na całym świecie. Kupiłem trochę przypraw, dziwnych herbat i nie za bardzo chciałem się z tym miejscem żegnać.






Wychodząc ze świata orientu wpadłem rychło w objęcia świata celtyckiego. To możliwe chyba tylko w Ameryce. Tego dnia celebrowano Świętego Patryka, więc na ulicach włoskiej (sic!) dzielnicy zaroiło się od osób ubranych na zielono. Obserwowanie tych przebierańców było zabawne, szczególnie, że moda ta nie ominęła nikogo: Chińczyków, Hindusów, Afroamerykanów, Latynosów... Puby wręcz wylewały się na ulice, więc niektóre z nich zamknięto dla ruchu drogowego, tworząc gwarne imprezownie.

Do domu wróciłem idąc Filbert Street. Idąc, a raczej, wspinając się, ponieważ należy do niej chwalebny rekord. Jest to najbardziej stroma ulica na zachodniej półkuli (cokolwiek by to znaczyło!), zaś maksymalny kąt nachylenia wynosi ponad 30 stopni (cokolwiek by to znaczyło!). Tyle teoria. W praktyce, Filbert Street potrafi zmęczyć nawet wprawnego piechura. Szczególnie po piwie, tudzież dwóch.



Za to widok ze szczytu wiele wynagradza. Po pierwsze, jestem bliżej motelu i jedno, ciężkie podejście mam już za sobą. Po drugie, na dole otwiera się śródmieście miasta, z wieżą Coit na jej krańcu. Samochody, które nią zjeżdżają, z tego miejsca wyglądają jakby wjeżdżały w przepaść. Sprawne hamulce i rozsądek to tutaj podstawa. Ale ja bym chyba nie odważył się jeździć autem po ulicach San Francisco. Od razu przypominają się filmowe klisze, a szczególnie jedna. „Bullitt” ze Steve McQueen'em i słynna scena pościgu, która weszła do kanonu kultury popularnej.

piątek, 14 marca 2014

14.03, Czterdzieści kilometrów w nogach

Alcatraz to jeden z symboli San Francisco. Symboli ponurych, bo w końcu mowa o dawnym więzieniu o zaostrzonym rygorze, ale to tylko dodaje odpowiedniego dreszczyku emocji i przekłada się na popularność tego miejsca. Na wyspę kursuje wiele promów, gdzie za stosowną opłatą każdy ciekawski może z bliska zobaczyć miejsce, gdzie kible czyścił sam słynny Alfons Capone. Swój bilet kupiłem i ja.


Ta poranna wycieczka na wyspę była okazją do obejrzenia „Ameryki w pigułce”. Oczywiście chodzi mi o moich współpasażerów. Młodzi, starzy, samotni i z rodzinami, smutni i weseli, brzydcy i ładni... Przekrój był doprawdy szeroki. Brakowało jedynie ludzi z monstrualną nadwagą, ale ci w San Francisco mają ciężkie życie i w ogóle ich tu stosunkowo niewielu widziałem. Zapewne omijają to miasto wzgórz szerokim łukiem, przerażeni opowieściami tych, którzy się tutaj zapuścili. Nawet bez nich, na pokładzie było ludycznie, ale i swojsko – zaraz po zaokrętowaniu na promie wszyscy rzucili się do baru, zupełnie jakby nie byli w stanie wytrzymać tych dwudziestu minut bez picia i jedzenia... Ja zaś stałem na pokładzie (wiadomo, oszczędność), smagany wiatrami i patrzyłem jak oddala się miasto, a przybliża się owe złowieszcze Alcatraz, tak dobrze znane mi z filmów.



Na szczęście, wyspę można zwiedzać samemu. Jak ktoś nie lubi samotności, to czekają na niego rozgadani przewodnicy, którzy wyjaśnią panujące zasady (a raczej, panujące zakazy), jak i opowiedzą kilka anegdotek (chociażby taką, że słynny „Ptasznik z Alcatraz” to pomieszanie faktów z fikcją – nikt taki nie odbywał wyroku w tym miejscu). Przeczekałem chwilę, aż moi współtowarzysze karnie ruszyli grupą, a ja, niespiesznie zacząłem delektować się moim, na szczęście krótkim i dobrowolnym, pobytem na Alcatraz.



Wyspę nazywa się często „The Rock” – i nie bez powodu. To rzeczywiście wielki kawał skały, który wystaje ponad wody zatoki. Z poziomu miasta Alcatraz wygląda niewinnie i nawet sympatycznie, ale miejsce to posiada coś w rodzaju swojego własnego mikroklimatu. Temperatura wyraźnie spadła, zaś wiatr czuł się zupełnie nieskrępowany i hulał gdzie miał tylko ochotę. Jedynie wody Zatoki prezentowały się równie uroczo i zwodniczo co z „drugiej strony”. Prądy są tu jednak silne i bardzo niebezpieczne. Stanowiły idealne zabezpieczenie przed ucieczkami i jeżeli wierzyć faktom, żadnemu z więźniów nie udało się ich pokonać (chociaż niejeden próbował, a los kilku jest nieznany).




Alcatraz to Park Narodowy, co oznacza, że wszystko na wyspie jest pod ochroną. Mimo iż wyspa jest skalista, znajduje się na niej nieco zieleni, a przede wszystkim, jest to ostoja dla okolicznego ptactwa. Przyroda sobie radzi dobrze, ale w morskim klimacie dzieła ludzkiej ręki niestety szybko niszczeją. Część zabudowy, np. dawne kwatery strażników oraz ich rodzin, straszą kikutami pozostałości. Podobny los spotkał też inne miejsca. Kiedy w 1963 roku likwidowano więzienie, nikt nie przejmował się tym co po sobie zostawia. Na kilka lat wyspę przejęły we władanie pelikany (jej nazwa wywodzi się bowiem od hiszpańskiego „Wyspa Pelikanów”). Potem o ziemię upomnieli się … Indianie, powołując się na przepis odnoszący się do opuszczonych ziem federalnych. Po „indiańskiej okupacji” wyspy pozostały wspomnienia oraz rozliczne ślady. W 1969 roku grupka rdzennych Amerykanów przypłynęła do jej wybrzeży i przez następne miesiące grała na nosie Richardowi Nixonowi, zmuszając rząd w Waszyngtonie do rewizji ówczesnej polityki w stosunku do Indian. Wielki napis „Indianie Witajcie” do dzisiaj zdobi budynek więzienia i wita każdego z turystów, a także przypomina, że San Francisco było prawdziwą kolebką ruchu hippisowskiego.



Wnętrze dawnego więzienia jest z kolei prawdziwym archetypem wszystkich więzień jakie … widziałem na ekranie telewizora. To tutaj kręcono np. „Ucieczkę z Alcatraz” z Clintem Eastwoodem, czy też „Skałę” z Seanem Connery. Surowe cele robią przygnębiające wrażenie, których symbolem jest dla mnie …zdewastowany i odrażający sracz postawiony w każdej z nich. Niewiele tu było intymności. W jadłodajni z kolei nadal wisi ostatnie menu tutejszej stołówki. Podobno, serwowano tu naprawdę przyzwoite posiłki (po części zapewne dlatego, iż z kuchni korzystali wszyscy – nie tylko więźniowie, ale i strażnicy oraz ich rodziny). Odrapana lamperia wieńczyła dzieło. W środku panowała grobowa wręcz cisza, chociaż, jakby nie patrzeć, nie powinno to być miejsce skłaniające do głębszej zadumy.






Wyszedłem także na spacerniak, by przekonać się, że w Alcatraz można było zwariować. Niewiele przestrzeni. Wszystko otoczone murem. Zaś wielkie miasto było tuż obok. Buzowało, rosło, piękniało niemalże na oczach więźniów, którzy byli tak blisko, a jednocześnie tak daleko od wolności. Mogłoby zrobić się melancholijnie, gdyby nie fakt, że długoletnimi mieszkańcami Alcatraz było 1500 osób – co do jednej, same najgorsze szumowiny. Mordercy, mafiozi, gwałciciele. Kogo więc tu żałować?


Alcatraz przez lata elektryzowało opinię publiczną. Federalne więzienie o zaostrzonym rygorze istniało tam zaledwie niecałe trzydzieści lat – od 1934 do 1963 roku. To wtedy weszło do kanonu kultury masowej – stając się mimowolnym bohaterem książek, komiksów oraz filmów. Szeroko komentowano wszystkie ucieczki. Dla ciekawskich (których nigdy nie brakowało) powstały nawet specjalne punkty widokowe z lunetami, które pozwoliły z lądu podglądać codzienne życie na wyspie. A o nim krążyły prawdziwe legendy, wszystkie zresztą wyssane z palca – w praktyce było to bowiem więzienie jakich wiele, tyle, że zlokalizowane w mocno wyjątkowym miejscu.


Gdy wróciłem na ląd powędrowałem na małe zakupy, a potem udałem się w stronę dzielnicy Filmore. Było tam bogato, mieszczańsko i spokojnie, ale również … nieco nudno. Drewniane domy o pięknych elewacjach wszędzie były takie same, więc po pewnym czasie ogarnęło mnie znużenie. Mapa San Francisco kusi nazwami dzielnic, ale w praktyce, wiele z nich to szachownice składające się z zabudowy typowej dla stonowanych przedmieść. Mimo wszystko, spacerowało się przyjemnie.


Krążąc co nieco, dotarłem do jednej z atrakcji miasta, czyli „Painted Ladies”. To rząd wiktoriańskich domostw, które zna zapewne każdy kto wychował się na produktach amerykańskiej telewizji i kina. Domy te „grały” bowiem w niezliczonej liczbie produkcji, by wymienić chociażby jedną, mocno związaną z moim dzieciństwem – Pełna Chata!

Z położonego naprzeciwko Parku Alamo domostwa wyglądają faktycznie uroczo. O ich atrakcyjności stanowi jednak nie ich własna uroda (podobnych jest w mieście zapewne kilkaset), a widok, który otwiera się za nimi – panorama miasta stanowi znakomite tło i to dla tego widoku warto tam było dotrzeć.


Kolejnym symbolem miasta, który postanowiłem tego dnia zobaczyć było The Mission, czyli latynoska dzielnica z najstarszym zabytkiem San Francisco, słynną „Mission Dolores”. Zabudowania pochodzą z 1776 roku, czyli jak na Zachodnie Wybrzeże są prawdziwym unikatem i pamiątką po epoce pionierów. Kiedy zakładano tu misję, był to ośrodek cywilizacji dookoła niczego... Kościół i mały cmentarz, jakżeby inaczej, również występowały w wielu filmach. Najsłynniejszym z nich jest bez wątpienia „Lęk wysokości” Hitchcocka.



Kawałek dalej znajduje się Park Dolores. Park jak park. Ładny, pełny ludzi, pachnący trawą (w dwójnasób), zachęcający do lenistwa. Ale cała dzielnica raczej mnie rozczarowała. Poza wspomnianym kościołem i dawną misją, składała się z dokładnie takich samych budynków jak inne, które poznałem tego dnia.

Powędrowałem w stronę Valencia Street, licząc na to, że trafię na bardziej latynoskie klimaty. Nie miałem jednak szczęścia, albo też, źle trafiłem. Ulica była co prawda bardziej pchlarska od willowej zabudowy dookoła, ale poza etnicznymi restauracjami i sklepami dla hipsterów, nie było tam nic naprawdę ciekawego. Spędziłem nieco czasu w sklepach z zabawkami (znak czasów) i w pachnącej starociami księgarni.

Pewnie można byłoby dotrzeć jeszcze na Mission Street, ale ja zawróciłem i przechodząc niemal całe miasto, dotarłem do Chinatown, gdzie zjadłem kolację i podliczyłem zrobione na własnych nogach kilometry – wyszło mi, że musiało ich być powyżej czterdziestu, a zmęczenie było tak duże, że dosłownie ostatkiem sił dowlokłem się po zmroku do mojego lokum. Wieczorem obejrzałem mecz koszykówki, kawałek meczu tutejszej ligi piłki nożnej MLS i usnąłem snem sprawiedliwego.