„Starość nie radość”, można by napisać. Wiele się w moim życiu zmieniło, a oprócz deficytu snu, najważniejszą z tych zmian jest niewątpliwie zaprzestanie uprawiania pieszych wędrówek. Do pracy. Z pracy. To było codziennie kilka kilometrów. No i tych na wakacjach, gdzie zwyczajowo, nie miałem dla siebie litości. Po przerwie, kilka dni powrotu do dawnych zwyczajów, nieźle mnie wyczerpało, a także uświadomiło, że podróże dały mi coś jeszcze – oprócz pięknych wspomnień, również kondycję!
Rano zwlokłem się z łoża i po krótkiej ablucji, opuściłem na kolejne kilkanaście godzin mój przybytek. Tym razem poszedłem wzdłuż alei Van Ness, trafiając prosto na wybrzeże. Pogoda była wspaniała, niebo czyste, więc ten sobotni poranek zachęcił wielu mieszkańców miasta do przysłowiowego rozprostowania nóg. Rowerzyści, spacerowicze, no i przede wszystkim biegacze, mijali mnie co chwila. Jogging w San Francisco ma status absolutnej religii. Sam lubię sobie czasem (obecnie rzadziej) pobiegać, brałem udział w kilkunastu zawodach, ale zawsze obrzydzeniem napawają mnie wszyscy ci, którzy to hobby traktują ze śmiertelną powagą. A tutaj byli tylko i wyłącznie tacy – wymuskani, wyżyłowani, uzbrojeni w najlepsze buty, zegarki i tętnomierze, z poważnymi minami. Czy takie bieganie to nadal przyjemność czy może już kolejny obowiązek?

Gdy tylko minąłem zabudowania, otworzył się przede mną widok na Zatokę i oczywiście na sam Most. Golden Gate, wbrew swojej nazwie, jest koloru czerwonego. Mimo iż zbudowano go w 1937 roku, nadal robi wrażenie i jest przykładem inżynierskiej maestrii: ma ponad 2,5 kilometra długości, a jego stalowa konstrukcja skutecznie oparła się wszystkim trzęsieniom ziemi, łącznie z największym w roku 1989. A przede wszystkim – jest piękny! Od tego widoku trudno oderwać było wzrok. Wznosiłem trasę niemal dokładnie w tym miejscu, gdzie dwa dni temu ją przerwałem. Wędrowałem wzdłuż wybrzeża, a sam most rósł i rósł na moich oczach, odsłaniając swoje kolejne detale i smaczki.

Golden Gate jest oczywiście fotogenicznym plenerem chętnie wykorzystywanym przez Hollywood. Liczba filmów, w których możemy go ujrzeć jest imponująca i bliska nieskończoności. Ja wymienię dwa – po pierwsze, wspomniany już przeze mnie „Zawrót głowy” Hitchocka. Słynna scena, gdy bohaterka grana przez Kim Novak osuwa się w odmęty wody była oczywiście kręcona tuż obok Fort Point, koszarowych budynków umiejscowionych u podstawy mostu. Po drugie, „Zabójczy widok”, czyli James Bond numer czternaście – a w nim, rewelacyjne ujęcia mostu z góry oraz karkołomne popisy kaskaderskie na jego przęsłach.
Wdrapałem się na sam most i przeszedłem się kilkaset metrów w jedną i drugą stronę. Panował tam ogromny hałas generowany przez tysiące samochodów. Uderzające o progi opony wydawały specyficzną kakofonię, która po pewnym czasie zaczęła przypominać swoim szwargotem dźwięk atakujących owadów (może to dlatego, że kilkanaście dni wcześniej zobaczyłem po latach „Rój”?). Zwróciłem też uwagę na barierki – niezbyt trudne do pokonania. Golden Gate nie bez przyczyny, nazywany bywa mostem samobójców. Praktycznie co kilka dni trafia tutaj jakiś desperat, który rzuca się w wody zatoki. Dla tych niezdecydowanych, istnieją nawet specjalne telefony, gdzie można porozmawiać ze specjalistą zanim zrobi się ów ostatni krok.

Zerknąłem na mapę i postanowiłem dotrzeć do Baker Beach. To już okolice, o których turystyczne przewodniki milczą, albo poświęcają im kilka zdawkowych zdań. Lubię morze, a tutaj miałem na wodę naprawdę znakomity widok, więc delektowałem się tą trasą, mimo iż skończyło mi się picie, a słońce przygrzewało mocno, zadając kłam obiegowym opiniom o San Francisco („na pewno będzie padało” mówili). Minąłem dzielnicę Presidio, gdzie do dzisiaj znajduje się baza wojskowa (a jakże, był film pod takim tytułem – w roli głównej sam Sean Connery). Na wybrzeżu było sporo betonowych konstrukcji. To pozostałości tak po wojnie z Hiszpanią, jak i po dawnej doktrynie wojennej, która w ten sposób planowała bronić Zachodniego Wybrzeża przed desantem wrogich sił.

Baker Beach, jak zwykłem mawiać, „byłaby ogromnym rozczarowaniem, gdyby nie drobny fakt, że niczego dobrego się po niej nie spodziewałem”. Pełno tam było ludzi, samochodów, a do tego, piasek był brudny, a gwar panował nie do zniesienia. Najbardziej zapamiętam stamtąd... publiczną toaletę. Miejsca tak obsranego (i to dosłownie) nie widziałem nigdzie, a wydawało mi się, że widziałem już sporo. Uciekam stamtąd to The Richmond, czyli kolejnej dzielnicy, która ciekawie wygląda głównie na mapie. Ulice były tu szerokie, zabudowa, jakżeby inaczej, znowuż składała się z nieskończenie długich rzędów piętrowych domków jednorodzinnych. Nic ciekawego.
Ciekawiej za to powinno być na końcu tej drogi. Dotarłem do Clement Street, czyli serca „drugiego Chinatown”, jak nazywa się często tę okolicę. Mieszkają tu potomkowie emigrantów z Państwa Środka, ale uczciwie przyznać trzeba, że miejsce to nie posiada nawet promila czaru właściwej chińskiej dzielnicy. Znalazłem tam restaurację, gdzie zjadłem najgorszy posiłek od dawna i odebrałem również najgorszy telefon od dawna, z najgorszą, ponurą wiadomością z pracy. Jako człowiek w miarę świadomy rzeczywistości, wiedziałem od razu, że właśnie zaczyna się ciężki okres, ale chyba nie spodziewałem się jak bardzo ciężki. Spochmurniałem i reszta wyjazdu nie była już taka radosna jak miało to miejsce wcześniej. Z ciężkimi nogami i czarnymi myślami powędrowałem dalej, w stronę Parku Golden Gate.

Park ów to kolejny symbol miasta. Z lotu ptaka przypomina Central Park z Nowego Jorku – to wielki prostokąt zieleni idealnie wpasowany w miejską zabudowę.

Ale moje zdanie o miejskich obszarach zielonych znacie, a jeżeli nie znacie, to pozwólcie, że je przytoczę raz jeszcze. Miejskie parki to nuda. Sztuczna zieleń, wyrugowana z dzikości, za to przycięta, sformatowana, wytyczona od linijki. W sumie, nie wiadomo po co takie parki odwiedzać – jeżeli pragnie się ciszy, trzeba było jechać gdzieś indziej, a nie do wielkiego miasta. Jeżeli chce się mieć kontakt z naturą, to lepiej wybrać się do prawdziwego lasu, niż do miejsca stworzonego przez człowieka. Ta ogólna niechęć ma tylko jeden znany mi wyjątek – mowa naturalnie o wspomnianym powyżej Central Parku, który miałem okazję zobaczyć dwa razy i cóż, z chęcią zobaczyłbym go ponownie. Jego magia polega jednak nie na tym, że jest to park, ale na tym, że ma on takie, a nie inne wielkomiejskie otoczenie.

Park przeszedłem w poprzek, praktycznie nie zwracając uwagi na ewentualne atrakcje, które można by tu zobaczyć. Humor mi wyraźnie nie dopisywał, a zmęczenie dawało o sobie znać. Do tego, co chwila koło mnie przelatywały frisbee i nieco obawiałem się, że zakończę swój żywot w najgłupszy z możliwych sposobów: dekapitowany kawałkiem plastikowego talerza przez bawiące się dzieci.
Do tej pory zwiedzałem miasto tylko za pomocą własnych nóg. Ale po wyjściu z Golden Gate Park znalazłem przystanek tramwajowy i skorzystałem z transportu publicznego. Nie miałem już zupełnie sił. W kilkanaście minut dotarłem do Powell Station, czyli miejsca, gdzie kilka dni temu rozpocząłem mój romans z San Francisco. Te okolice zdecydowanie nie są wizytówką miasta. Bezdomni, narkomani, wariaci dominowali na chodnikach, a ja zazwyczaj mam to szczęście, że im ktoś bardziej szalony, tym większe budzę w nim zainteresowanie. Może to kwestia fizjonomii i podobieństwa? Minąłem kilku lumpów, jeden z nich nawiązał ze mną dłuższą rozmowę. Cierpliwym tonem wyjaśnił, że potrzebuje wsparcia finansowego. Grzecznie mu odmówiłem, na co on poinformował mnie, że „jestem w kraju, gdzie dobrą zasadą jest pomoc biedniejszym”. Rozmowa była nawet zabawna, chociaż dżentelmen ów nie wyglądał na szczególnie sympatycznego. Trochę szkoda, że te okolice są tak „zadżumione”, ponieważ pod względem architektonicznym to ciekawa część miasta, gdzie można znowu poczuć, że jest to Ameryka – zasobna, ambitna, zakochana w szkle, betonie i stali. Po obcowaniu z rzędami domków rodem z przedmieść, jest to pewna odmiana.

Posiedziałem trochę w Chinatown. Zrobiło się rzewnie. Zdecydowanie, tę dzielnicę polubiłem wyjątkowo. Przyjemne to miejsce, szczególnie popołudniami i wieczorami, gdy ciżba ludzka się przerzedza. Popatrzyłem na Azjatów grających na ławkach Portsmouth Square w swoje gry. Gdybym znał zasady, z chęcią dosiadłbym się do któregoś z emerytów czekających na rywala. Pewnie byłoby sporo śmiechu... Odwiedziłem kilka sklepów z tandetą. Kupiłem to i owo, zachwycając się wyborem. Gdybym miał ochotę i fundusze, mógłbym stąd wyjść nawet z pełnowymiarowym, ceramicznym lwem, przypominającym te, które strzegą bram do Chinatown na całym świecie. Kupiłem trochę przypraw, dziwnych herbat i nie za bardzo chciałem się z tym miejscem żegnać.

Wychodząc ze świata orientu wpadłem rychło w objęcia świata celtyckiego. To możliwe chyba tylko w Ameryce. Tego dnia celebrowano Świętego Patryka, więc na ulicach włoskiej (sic!) dzielnicy zaroiło się od osób ubranych na zielono. Obserwowanie tych przebierańców było zabawne, szczególnie, że moda ta nie ominęła nikogo: Chińczyków, Hindusów, Afroamerykanów, Latynosów... Puby wręcz wylewały się na ulice, więc niektóre z nich zamknięto dla ruchu drogowego, tworząc gwarne imprezownie.
Do domu wróciłem idąc Filbert Street. Idąc, a raczej, wspinając się, ponieważ należy do niej chwalebny rekord. Jest to najbardziej stroma ulica na zachodniej półkuli (cokolwiek by to znaczyło!), zaś maksymalny kąt nachylenia wynosi ponad 30 stopni (cokolwiek by to znaczyło!). Tyle teoria. W praktyce, Filbert Street potrafi zmęczyć nawet wprawnego piechura. Szczególnie po piwie, tudzież dwóch.

Za to widok ze szczytu wiele wynagradza. Po pierwsze, jestem bliżej motelu i jedno, ciężkie podejście mam już za sobą. Po drugie, na dole otwiera się śródmieście miasta, z wieżą Coit na jej krańcu. Samochody, które nią zjeżdżają, z tego miejsca wyglądają jakby wjeżdżały w przepaść. Sprawne hamulce i rozsądek to tutaj podstawa. Ale ja bym chyba nie odważył się jeździć autem po ulicach San Francisco. Od razu przypominają się filmowe klisze, a szczególnie jedna. „Bullitt” ze Steve McQueen'em i słynna scena pościgu, która weszła do kanonu kultury popularnej.