

Ta poranna wycieczka na wyspę była okazją do obejrzenia „Ameryki w pigułce”. Oczywiście chodzi mi o moich współpasażerów. Młodzi, starzy, samotni i z rodzinami, smutni i weseli, brzydcy i ładni... Przekrój był doprawdy szeroki. Brakowało jedynie ludzi z monstrualną nadwagą, ale ci w San Francisco mają ciężkie życie i w ogóle ich tu stosunkowo niewielu widziałem. Zapewne omijają to miasto wzgórz szerokim łukiem, przerażeni opowieściami tych, którzy się tutaj zapuścili. Nawet bez nich, na pokładzie było ludycznie, ale i swojsko – zaraz po zaokrętowaniu na promie wszyscy rzucili się do baru, zupełnie jakby nie byli w stanie wytrzymać tych dwudziestu minut bez picia i jedzenia... Ja zaś stałem na pokładzie (wiadomo, oszczędność), smagany wiatrami i patrzyłem jak oddala się miasto, a przybliża się owe złowieszcze Alcatraz, tak dobrze znane mi z filmów.



Na szczęście, wyspę można zwiedzać samemu. Jak ktoś nie lubi samotności, to czekają na niego rozgadani przewodnicy, którzy wyjaśnią panujące zasady (a raczej, panujące zakazy), jak i opowiedzą kilka anegdotek (chociażby taką, że słynny „Ptasznik z Alcatraz” to pomieszanie faktów z fikcją – nikt taki nie odbywał wyroku w tym miejscu). Przeczekałem chwilę, aż moi współtowarzysze karnie ruszyli grupą, a ja, niespiesznie zacząłem delektować się moim, na szczęście krótkim i dobrowolnym, pobytem na Alcatraz.



Wyspę nazywa się często „The Rock” – i nie bez powodu. To rzeczywiście wielki kawał skały, który wystaje ponad wody zatoki. Z poziomu miasta Alcatraz wygląda niewinnie i nawet sympatycznie, ale miejsce to posiada coś w rodzaju swojego własnego mikroklimatu. Temperatura wyraźnie spadła, zaś wiatr czuł się zupełnie nieskrępowany i hulał gdzie miał tylko ochotę. Jedynie wody Zatoki prezentowały się równie uroczo i zwodniczo co z „drugiej strony”. Prądy są tu jednak silne i bardzo niebezpieczne. Stanowiły idealne zabezpieczenie przed ucieczkami i jeżeli wierzyć faktom, żadnemu z więźniów nie udało się ich pokonać (chociaż niejeden próbował, a los kilku jest nieznany).




Alcatraz to Park Narodowy, co oznacza, że wszystko na wyspie jest pod ochroną. Mimo iż wyspa jest skalista, znajduje się na niej nieco zieleni, a przede wszystkim, jest to ostoja dla okolicznego ptactwa. Przyroda sobie radzi dobrze, ale w morskim klimacie dzieła ludzkiej ręki niestety szybko niszczeją. Część zabudowy, np. dawne kwatery strażników oraz ich rodzin, straszą kikutami pozostałości. Podobny los spotkał też inne miejsca. Kiedy w 1963 roku likwidowano więzienie, nikt nie przejmował się tym co po sobie zostawia. Na kilka lat wyspę przejęły we władanie pelikany (jej nazwa wywodzi się bowiem od hiszpańskiego „Wyspa Pelikanów”). Potem o ziemię upomnieli się … Indianie, powołując się na przepis odnoszący się do opuszczonych ziem federalnych. Po „indiańskiej okupacji” wyspy pozostały wspomnienia oraz rozliczne ślady. W 1969 roku grupka rdzennych Amerykanów przypłynęła do jej wybrzeży i przez następne miesiące grała na nosie Richardowi Nixonowi, zmuszając rząd w Waszyngtonie do rewizji ówczesnej polityki w stosunku do Indian. Wielki napis „Indianie Witajcie” do dzisiaj zdobi budynek więzienia i wita każdego z turystów, a także przypomina, że San Francisco było prawdziwą kolebką ruchu hippisowskiego.



Wnętrze dawnego więzienia jest z kolei prawdziwym archetypem wszystkich więzień jakie … widziałem na ekranie telewizora. To tutaj kręcono np. „Ucieczkę z Alcatraz” z Clintem Eastwoodem, czy też „Skałę” z Seanem Connery. Surowe cele robią przygnębiające wrażenie, których symbolem jest dla mnie …zdewastowany i odrażający sracz postawiony w każdej z nich. Niewiele tu było intymności. W jadłodajni z kolei nadal wisi ostatnie menu tutejszej stołówki. Podobno, serwowano tu naprawdę przyzwoite posiłki (po części zapewne dlatego, iż z kuchni korzystali wszyscy – nie tylko więźniowie, ale i strażnicy oraz ich rodziny). Odrapana lamperia wieńczyła dzieło. W środku panowała grobowa wręcz cisza, chociaż, jakby nie patrzeć, nie powinno to być miejsce skłaniające do głębszej zadumy.






Wyszedłem także na spacerniak, by przekonać się, że w Alcatraz można było zwariować. Niewiele przestrzeni. Wszystko otoczone murem. Zaś wielkie miasto było tuż obok. Buzowało, rosło, piękniało niemalże na oczach więźniów, którzy byli tak blisko, a jednocześnie tak daleko od wolności. Mogłoby zrobić się melancholijnie, gdyby nie fakt, że długoletnimi mieszkańcami Alcatraz było 1500 osób – co do jednej, same najgorsze szumowiny. Mordercy, mafiozi, gwałciciele. Kogo więc tu żałować?


Alcatraz przez lata elektryzowało opinię publiczną. Federalne więzienie o zaostrzonym rygorze istniało tam zaledwie niecałe trzydzieści lat – od 1934 do 1963 roku. To wtedy weszło do kanonu kultury masowej – stając się mimowolnym bohaterem książek, komiksów oraz filmów. Szeroko komentowano wszystkie ucieczki. Dla ciekawskich (których nigdy nie brakowało) powstały nawet specjalne punkty widokowe z lunetami, które pozwoliły z lądu podglądać codzienne życie na wyspie. A o nim krążyły prawdziwe legendy, wszystkie zresztą wyssane z palca – w praktyce było to bowiem więzienie jakich wiele, tyle, że zlokalizowane w mocno wyjątkowym miejscu.


Gdy wróciłem na ląd powędrowałem na małe zakupy, a potem udałem się w stronę dzielnicy Filmore. Było tam bogato, mieszczańsko i spokojnie, ale również … nieco nudno. Drewniane domy o pięknych elewacjach wszędzie były takie same, więc po pewnym czasie ogarnęło mnie znużenie. Mapa San Francisco kusi nazwami dzielnic, ale w praktyce, wiele z nich to szachownice składające się z zabudowy typowej dla stonowanych przedmieść. Mimo wszystko, spacerowało się przyjemnie.


Krążąc co nieco, dotarłem do jednej z atrakcji miasta, czyli „Painted Ladies”. To rząd wiktoriańskich domostw, które zna zapewne każdy kto wychował się na produktach amerykańskiej telewizji i kina. Domy te „grały” bowiem w niezliczonej liczbie produkcji, by wymienić chociażby jedną, mocno związaną z moim dzieciństwem – Pełna Chata!

Z położonego naprzeciwko Parku Alamo domostwa wyglądają faktycznie uroczo. O ich atrakcyjności stanowi jednak nie ich własna uroda (podobnych jest w mieście zapewne kilkaset), a widok, który otwiera się za nimi – panorama miasta stanowi znakomite tło i to dla tego widoku warto tam było dotrzeć.


Kolejnym symbolem miasta, który postanowiłem tego dnia zobaczyć było The Mission, czyli latynoska dzielnica z najstarszym zabytkiem San Francisco, słynną „Mission Dolores”. Zabudowania pochodzą z 1776 roku, czyli jak na Zachodnie Wybrzeże są prawdziwym unikatem i pamiątką po epoce pionierów. Kiedy zakładano tu misję, był to ośrodek cywilizacji dookoła niczego... Kościół i mały cmentarz, jakżeby inaczej, również występowały w wielu filmach. Najsłynniejszym z nich jest bez wątpienia „Lęk wysokości” Hitchcocka.



Kawałek dalej znajduje się Park Dolores. Park jak park. Ładny, pełny ludzi, pachnący trawą (w dwójnasób), zachęcający do lenistwa. Ale cała dzielnica raczej mnie rozczarowała. Poza wspomnianym kościołem i dawną misją, składała się z dokładnie takich samych budynków jak inne, które poznałem tego dnia.

Powędrowałem w stronę Valencia Street, licząc na to, że trafię na bardziej latynoskie klimaty. Nie miałem jednak szczęścia, albo też, źle trafiłem. Ulica była co prawda bardziej pchlarska od willowej zabudowy dookoła, ale poza etnicznymi restauracjami i sklepami dla hipsterów, nie było tam nic naprawdę ciekawego. Spędziłem nieco czasu w sklepach z zabawkami (znak czasów) i w pachnącej starociami księgarni.

Pewnie można byłoby dotrzeć jeszcze na Mission Street, ale ja zawróciłem i przechodząc niemal całe miasto, dotarłem do Chinatown, gdzie zjadłem kolację i podliczyłem zrobione na własnych nogach kilometry – wyszło mi, że musiało ich być powyżej czterdziestu, a zmęczenie było tak duże, że dosłownie ostatkiem sił dowlokłem się po zmroku do mojego lokum. Wieczorem obejrzałem mecz koszykówki, kawałek meczu tutejszej ligi piłki nożnej MLS i usnąłem snem sprawiedliwego.
