czwartek, 13 marca 2014

13.03, Tak łatwo zakochać się w San Francisco...

Mój pokój przypominał mi te wszystkie motele, które widziałem na setkach filmów. Zazwyczaj te przybytki nie cieszą się dobrą opinią, a ten w którym się zatrzymałem, nie starał się z nią nawet walczyć. Pokój był czysty, ale wszystko było w nim wytarte w taki sposób, który budzi we mnie zawsze obrzydzenie. Wyobrażałem sobie jakie to zarazki kryć się muszą w ciężkich zasłonach i futerkowej wykładzinie na podłodze. Byłem pewien, że mają co najmniej dekadę, a sporadyczne pranie nie jest w stanie doprowadzić je do stanu prawdziwej, sięgającej w głąb materiału, czystości. Sprężyste łóżko gościło zaś zapewne wielu spoconych facetów, których wydzieliny wsiąkały prosto w materac. Na stare lata, wypada to przyznać: Wiele miejsc, w których spałem na świecie, budziło we mnie ogromną odrazę. Motel w San Francisco na pewno się do nich zaliczał, mimo iż kosztował prawdziwe krocie.

Kiedy jednak opuściłem pokój, poczułem błogą radość. Pogoda była piękna. Słońce przygrzewało w delikatny i nienachalny sposób. Na niebie nie widać było ani jednej chmurki, zaś lekka, morska bryza lawirowała pomiędzy budynkami, dając przyjemne momenty orzeźwienia. Zaopatrzony w kawę wędrowałem po stromych uliczkach, wdrapując się na Russian Hill i Nob Hill. Domostwa w tej okolicy były dostatnie, a jednocześnie zupełnie pozbawione agresji w wyrażaniu statusu swoich mieszkańców. Gdzieniegdzie mignęło zaparkowane pod dużym kątem Porsche, ale ludzie wydawali się być dokładnie tacy, jak wszędzie indziej. Pewien starszy dżentelmen zaczepił mnie, kontemplując urodę przechodzącej dziewczyny. Inni, chociaż widzieli mnie pierwszy i ostatni raz, mówili „dzień dobry”, co we mnie z kolei wzbudzało rosnącą falę sympatii do Ameryki. Przez te kilka dni w San Francisco wdałem się w kilka, zupełnie przypadkowych pogawędek, które nie miałyby prawa wydarzyć się w jakimkolwiek innym miejscu na całym świecie. Tematem numer jeden był oczywiście tajemniczy lot „donikąd” samolotu Malaysian Airlines...




Chinatown, tak jak przypuszczałem, porankiem wyglądało inaczej niż o zmroku. Ulice były pełne ludzi, sklepy otworzyły swoje podwoje, wylewając asortyment wprost na wąskie chodniki. Dzielnica zdominowana jest co prawda przez jedną nację, ale przez cały pobyt zastanawiałem się kim naprawdę są ci ludzie. Czy to „nowa” emigracja, czy też może mieszkańcy żyją tu od dekad?



Państwo Środka od XIX wieku dostarczało nieustanną falę emigrantów do Stanów Zjednoczonych. San Francisco należało do najważniejszych celów tych długich wypraw po lepsze jutro. Z czasem powodowało to różne niesnaski, o ile takim delikatnym słowem opisać można wzrastającą nienawiść do Chińczyków, która w XIX wieku skończyła się niejednym rozlewem krwi. Chinatown przeżyło trzęsienie ziemi z roku 1906, chociaż próbowano po nim przenieść je w inne miejsce. Bezskutecznie. Dzisiaj dzielnica stanowi nie tylko atrakcję turystyczną, ale i przedziwny miszmasz emigracji „starej” i „nowej”. Ci pierwsi są zapewne właścicielami lokalnych biznesów – restauracji, sklepów ze wszystkim, małych hurtowni. Ci drudzy również sprzedają, ale głównie drobnicę i tandetę. Niektóre stoiska jak żywo przypominały mi dawne azjatyckie widoki...



Spacerowałem po Chinatown wiele razy, z uwagą obserwując przechodniów. Wędrowali oni wolnym krokiem, z rękami założonymi z tyłu, a ich niezbyt rozgarnięte twarze i skromne ubrania, sugerowały, że reprezentują raczej niziny społeczne. Potem przeczytałem gdzieś, że warunki mieszkaniowe w Chinatown należą do bardzo ciężkich, a normą jest życie w małych, ciasnych klitkach. Nic więc dziwnego, że mieszkańcy robią wszystko co w ich mocy, by jak najwięcej czasu spędzać na dworzu. Porthsmouth Square, przyjemna zielona enklawa w środku dzielnicy, niemal zawsze była pełna ludzi, którzy szukali tam wytchnienia i chwili spokoju. To tam gra się w gry planszowe, ćwiczy „kocie ruchy” rankiem albo po prostu siedzi na ławce z twarzą wystawioną ku słońcu.


Potem wspiąłem się na wzgórze na którym stoi słynna Coit Tower. To jeden z symboli San Francisco, swoją drogą, w momencie swego powstania (lata 30-te) budowla ta uważana była za coś wyjątkowo szkaradnego i psującego urodę miasta. Mimo iż reprezentuje ona jeden z moich ulubionych stylów, Art Deco, faktycznie jej uroda jest kwestią dyskusyjną. Dzisiaj majestatycznie góruje nad zabudowaniami, wyznaczając azymut wszystkim błądzącym, w tym mnie. Ma co prawda ledwie 64 metry, ale zlokalizowana na szczycie Telegraph Hill robi wrażenie zdecydowanie większej. Wspiąłem się na nie niespiesznie, delektując się widokami i atmosferą. Sama wieża była w remoncie, więc po odpoczynku zszedłem na dół w kierunku kolejnego celu tego intensywnego przedpołudnia, Embracadero.


Embracadero to promenada. Czyli szeroka aleja wysadzana palmami, zawsze pełna ludzi, rowerzystów i samochodów. A do tego jest tu jeszcze linia zabytkowych tramwajów, co jedynie dodaje wrażenia, że mimo otwartej przestrzeni jest tłoczno i od tego tłoku aż duszno. Ale Embracadero to również dzielnica historyczna, zbudowana wokół portowych pirsów, gdzie przed laty cumowały statki. Dzisiaj w przestronnej hali dawnego portu promowego zlokalizowane są różne alternatywne sklepy, restauracje i bary. Znad barierek jest piękny widok na most. NIE TEN SŁYNNY MOST, ale niewiele mniej urodziwy. Ciekawe jest to, że powstał on kilka miesięcy wcześniej od Golden Gate, a w zbiorowej świadomości nie może się równać ze swoją popularniejszą „koleżanką”. Ba! Rzadko nazywa się go nawet z „imienia”. Ja również chwilę podumałem, a kiedy już nacieszyłem się tym widokiem, zerknąłem na mapę i ruszyłem w kierunku tego „właściwego” mostu, z którego San Francisco słynie.




Najpierw wędrowałem wzdłuż promenady. W sumie – nic ciekawego. Słońce prażyło, a koło mnie przebiegali kolejni biegacze. San Francisco to nie jest dobre miejsce dla grubasów, a „kult ciała” jest tu wyjątkowo silny. Z czasem dotarłem do Fisherman's Wharf, czyli „wrzodu na zdrowym organizmie miasta”. Tu już zrobiło się lepiej. Może kiedyś było tam niebezpiecznie, obecnie jest po prostu tandetnie. Lokalna ludność nieco się tego wstydzi, ale chyba nie ma tak naprawdę czego. Bo to wyjątkowo słodka tandeta, przynajmniej dla mnie. Jem tam Clam Chowder'a za kilka dolarów, patrzę na kolorowe stoiska ze wszystkim (i niczym) i ruszam dalej.



W zasięgu wzroku mam cały czas Alcatraz. Samotna skała z tej perspektywy robi wrażenie zupełnie niewinne. Trudno uwierzyć, że było to więzienie o zaostrzonym rygorze. Trudno też zrozumieć ponurą legendę tego miejsca, szczególnie z perspektywy spacerowicza, który ma pod ręką mrożoną herbatę i może pójść gdzie ma tylko ochotę. Przyznać trzeba, że takie zlokalizowanie zakładu penitencjarnego miało w sobie coś z wyjątkowo paskudnego masochizmu, ale o tym dokładnie przekonam się kolejnego dnia.

Po dłuższym spacerze w końcu ujrzałem most. A raczej, ujrzałem MOST. Nowożytny Cud Świata, kanon XX-wiecznej kultury, symbol potęgi Stanów Zjednoczonych, perłę architektury. I tak dalej, i tak dalej. Golden Gate doczekało się wielu określeń, ale przyznać trzeba, że gdy patrzy się na tą delikatną, zwiewną i czerwoną konstrukcję, trudno nie zachwycić się urodą tego widoku. Miałem spore szczęście, ponieważ zazwyczaj jest on ukryty za otuliną mgieł. Jednak tego dnia błyszczał on w pełnym słońcu, ukazując się w całości. Byłem tym urzeczony. Wędrowałem w jego kierunku jeszcze przez dobrą godzinę, ale ostatecznie skręciłem w Pacific Heights i zostawiłem sobie dalszą część trasy na inny dzień. Przyznać muszę bowiem, że tego dnia sporo się nachodziłem i czułem, że powoli zbliżam się do kresu swych sił.





Uparłem się, żeby dotrzeć do Japan Town. San Francisco ma i taką dzielnicę, przynajmniej na mapie. W rzeczywistości, było to tylko kilka budynków, których styl symbolicznie odróżniał się od otoczenia. Wzdłuż Osaka Way było kilka domków, które mieściły restauracje oferujące sushi czy tempurę. Centralnym punktem okolicy było dosyć leciwe centrum handlowe oraz żelbetonowa pagoda, czyli rzeźba wg autorów mająca symbolizować pokój na świecie. Gdyby dobrze poszukać, znaleźć by tu można było jeszcze kilka japońskich sklepików i barów, ale trudno nie odnieść wrażenia, że Japan Town to nic ciekawego, ot, etniczna enklawa jakich wiele w tym mieście. Ciekawostką może być to, że w roku 1985 „gościł” tu sam Agent 007, który w filmie „Zabójczy Widok” zażywał w tej okolicy różnych rozkoszy. Ja również zażyłem tu swoistych rozkoszy – kupiłem coś do picia, usiadłem na ławce i delektowałem się chwilą.




Ostatkiem tchu dotarłem do centrum. Żeby tam dojść, musiałem pokonać naprawdę kilka kilometrów, składających się z podejść pod kolejne wzniesienia. U kresu (sił i tej drogi) wkroczyłem do Macy's i przez dobrą godzinę buszowałem w ubraniach. Nigdy nie zrozumiem już chyba tego sklepu. Praktycznie każda cena na metce jest tu przekreślona, a promocja goni promocję. Kiedy już coś wybrałem, zaniosłem wszystko do kasy, a tam miła ekspedientka zabawiła mnie rozmową, a potem zaczęła dodawać kolejne upusty, w efekcie czego, zapłaciłem niemalże połowę tego czego się spodziewałem. Pamiętam Macy's z Nowego Jorku – wtedy było dokładnie tak samo.

Gdy wyszedłem, słońce właśnie schylało się za horyzont, dając unikalny spektakl światła i cienia. Jako, że ulice Cisco są ułożone na osi południe-północ, promienie kładły się niemalże poziomo, tworząc poświatę rodem z innego wymiaru. Jasna kula dosłownie wyglądała zza węgła! Wyglądało to niesamowicie, ale chyba tylko ja zwracałem na to wszystko uwagę...



Ten dzień zakończyłem taką oto refleksją: San Francisco zostawiło w polu Bangkok, Bogotę i Rzym. Zgwałciło Nowy Orlean i dało w nos Neapolowi. Widziałem wiele miast, ale niewiele z nich zrobiło na mnie takie wrażenie. W zasadzie, tylko jedno zrobiło większe, ale Nowy Jork śmiało może zostać zdetronizowany przez Cisco. Tego dnia zobaczyłem jego najpiękniejsze oblicze i obawiałem się tylko jednego – czy po tym szalonym dniu zostawiłem sobie coś jeszcze do podziwiania na kolejne?