
Budynek powstał w 1915 roku i reprezentuje tzw. amerykański neoklasycyzm, w dodatku inspirowany architekturą Beaux-Arts. Nie za bardzo lubię pozostałości po tej akurat epoce, ale przyznać też trzeba, że siedziba lokalnych władz prezentuje się godnie i dostojnie. Oczywiście, o ile przymknie się oko na obszczanych kloszardów, których jest to rewir o każdej porze dnia i nocy.

Miałem przed sobą cały dzień, więc nie będzie zaskoczeniem, jeżeli napiszę, że odwiedziłem wszystkie te miejsca, które szczególnie mi się spodobały. Wszedłem znowu pod Wieżę Coit. Tym razem, ku mojej radości, miałem stamtąd widok inny niż dotychczas. Most Golden Gate okryty był częściowo mgłą i w takiej otoczce prezentował się naprawdę magicznie. Aż pożałowałem, że przez cały czas miałem dobrą, ale taką samą pogodę. I jakby na zawołanie, na niebie zaczęły pojawiać się chmury, z każdą godziną, o coraz ciemniejszej barwie.

Byłem na Embracadero, ale w niedzielę panował tam tłok jeszcze większy niż poprzednio. Pospacerowałem po wnętrzu tutejszego targowiska, ale jako, że w pamięci nadal miałem cuda z Pike Place z Seattle, muszę uznać Ferry Market za nieporozumienie. Było tam sporo modnych knajp, których „modność” polegała na sprzedawaniu prozaicznych produktów z dopiskiem „eco” za podwójną cenę.


Zjadłem obiad w „swojej” chińskiej knajpie, gdzie, jak zwykle, nie szanował mnie kelner, a podłoga dosłownie lepiła się od brudu. Na szczęście dania były nadal smaczne, więc mogę Eastern China Restaurant polecić każdemu zakochanemu w chińskiej kuchni. Potem zaś usiadłem w parku i chłonąłem atmosferę niedzielnego południa. W wielu miejscach spotykałem tu osoby praktykujące Falun Gong. Przy skrzekliwej muzyce wykonywali oni powolne ruchy, co ma ponoć korzystnie wpływać na zdrowie. Ale coś nie chce mi się w to wierzyć...

Minęło kilka godzin. Odebrałem walizkę, wsiadłem do szybkiej kolei podmiejskiej BART i pojechałem na lotnisko. Wrażenia? San Francisco urzekło mnie. Jest pięknie położone, spokojne i zadziwiająco „europejskie” jak na Amerykę Północną. Po Los Angeles stanowiło szokującą odmianę. Jest z pewnością ciekawsze od prowincjonalnego (acz kochanego!) Seattle. Ale nadal zdecydowanie przegrywa z Nowym Jorkiem. Największym „problemem”, o ile tak w ogóle można pisać, tego miasta jest fakt, że w swojej większości składa się ono z kwartałów podobnej, mieszczańskiej i nieco nudnej zabudowy. Kilka razy dałem się uwieść magii nazw odległych dzielnic. Wędrowałem, wędrowałem, a na końcu nie czekało mnie wcale nic szczególnie oryginalnego czy ciekawego. Nie jest to zarzut wielkiego kalibru, ale jedynie uwaga dla tych wszystkich, którzy planują San Francisco odwiedzić. Jest tu przepiękne „śródmieście”, gdzie znaleźć można większość najważniejszych atrakcji. Jest orientalne Chinatown, jest słynny most Golden Gate, jest promenada, jest The Mission, a dla nowoczesnych, tęczowa dzielnica czyli słynne Castro, gdzie nawet lokalni policjanci trzymają się za ręce i prywatnie uwielbiają róże oraz mocną opaleniznę. A oprócz tego, jest tu sporo „drugoligowych” ciekawostek, które śmiało można ...w większości pominąć. A różnica pomiędzy Cisco a Nowym Jorkiem polega właśnie na tym, że w tym drugim tychże pomniejszych atrakcji, pominąć zwyczajnie nie wypada. Co nie zmienia faktu, że San Francisco to Ameryka godna polecenia i zwyczajowo już, kończę relację sakramentalnym „chciałbym tam kiedyś wrócić”.


