niedziela, 9 marca 2014

09.03, Przedmieścia Aniołów


Los Angeles. Drugie pod względem wielkości miasto USA, ale z pewnością pierwsze pod względem liczby pseudonimów, które starają się oddać jego skomplikowaną duszę. Nazywa się więc je Miastem Aniołów, a czasem, Miastem Słońca i Kwiatów. Niektórzy mówią o nim Miasto Gwiazd, Miasto Marzeń, Magii … albo po prostu Światową Stolicą Rozrywki. Inni określają je jako Lotusland, Southland, Lalaland, Lotusville. Jeżeli Nowy Jork jest Wielkim Jabłkiem, to Los Angeles bywa Wielką Pomarańczą (ze względu na rozległe ich plantacje dookoła aglomeracji). Ale najbardziej celne jest nazywanie go po prostu El Pueblo, co oznacza miasto, miasteczko, a czasem po prostu wieś. Znamienne jest to, że nigdy nie używa się sformułowania El Ciudad. Na miejscu szybko można zrozumieć dlaczego – nowożytne Los Angeles to w praktyce nieskończenie wielki obszar przedmieść, praktycznie pozbawionych stałego jądra w postaci Śródmieścia. Mimo to, miasto to jest współczesnym symbolem Ziemi Obiecanej, miejsca, gdzie spełniają się sny, a ludzie robią kariery od pucybuta do gwiazd Srebrnego Ekranu.

W takim właśnie otoczeniu, moja firma zorganizowała globalne spotkanie, na które miałem okazję się udać. Samemu! Był to trzeci wyjazd służbowy w krótkim czasie. Miałem ogromne wyrzuty sumienia, że znowu zostawiam rodzinę samą, ale summa summarum, decyzja o przybyciu do Los Angeles była dobrym ruchem. O czym miałem okazję przekonać się dopiero po jakimś czasie...

***

Najpierw udałem się do Zurychu. Chciałbym kiedyś zobaczyć go z bliska, co starannie zapisałem w swoim notesiku z planami na przyszłość. Tym razem, musiały wystarczyć mi dwie godziny na lotnisku. Spotykam tam panią ze Służb Granicznych, która nosiła takie samo nazwisko jak moje. Uśmiechnęliśmy się do siebie, gdy ów przypadek wyszedł na jaw podczas inspekcji mojego paszportu. Potem zaś, ku mojemu zdziwieniu, było równie miło i przyjemnie. Moje przeloty do USA zazwyczaj pełne są przygód i niepewności czy mnie w ogóle tam wpuszczą. Ostatnimi czasy miałem spore problemy tak lecąc do Seattle, jak i do niego wracając z Kanady. Tym razem jednak, ku mojemu zdziwieniu, wszystko przebiegło bez najmniejszych problemów. Nie wiem czy to kwestia przypadku, osobowości pogranicznika czy też może tego, że przyciąłem swoją brodę, upodabniając się na chwilę do człowieka. Fakt jest taki, że podczas tej podróży nie spotkała mnie żadna dziwna przygoda na granicach i jest to fakt godny zapamiętania.

Podróż z Zurychu do Los Angeles zajęła ponad 12 godzin. To dłużej niż lot do Seulu czy Bogoty! Trochę mnie to wymęczyło, ale bycie młodym ojcem ma swoje zalety. W samolocie praktycznie nigdy nie śpię, tym razem jednak, w objęciach Morfeusza spędziłem większość czasu. Budziłem się co chwila, by po kilku minutach znowu zapadać w krótkie drzemki. Nie nazwałbym tego wypoczynkiem, ale dzięki temu, czas minął w miarę szybko i zanim się zorientowałem, wylądowaliśmy na słynnym LAX, czyli lotnisku w Los Angeles.

Taksówka do mojego „zajazdu” kosztowała mnie ponad 50 dolarów. Kierowcą był emigrant z którejś z post-radzieckich republik, który mamrotał coś pod nosem, sunąc po kaskadach w stronę celu. Po drodze mijaliśmy widoki dziwne i nieco nie pasujące do zbiorowych wyobrażeń o „Mieście Aniołów”. Zabudowa niska, parterowa, w większości licha, nijaka i zupełnie bezpłciowa. Ciągnęła się długimi kilometrami, aż do samego końca. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim, byliśmy świadkami wypadku. Drobna stłuczka przerodziła się w karczemną awanturę, w której główną rolę grał, przypominający goryla, wielki murzyn machający rękami i rzucający „fuckami” w stronę wystraszonych dziewcząt o induskiej aparycji. Zastanawiałem się czy za chwilę nie usłyszę strzałów. Ameryka na całego!

Mój hotel, o dźwięcznej nazwie „Beverly Terrace” był miłym miejscem, za przystępną, jak na okolicę cenę (nie napiszę jaką – płaciła firma i była to kwota naprawdę irracjonalna). Miałem problem z określeniem w jakiej dokładnie dzielnicy on się znajduje. Z mapy miasta wynika, że jest to teren pomiędzy Beverly Hills, a West Hollywood. Oglądanie mapy było zresztą wyjątkowo trudnym zajęciem. Te rozmiary!

Był już co prawda wieczór, a ja byłem w drodze od prawie doby, ale postanowiłem, że wypada wybrać się na mały spacer. Chociaż Los Angeles, jako takie, do spacerów wyjątkowo nie zachęca. To taka aglomeracja, gdzie praktycznie nie da się poruszać na piechotę ze względu na odległości. A przynajmniej, tak się uważa w kraju powszechnej nadwagi.

Udałem się więc na mały rekonesans. Wybór padł na miejsce znane i powszechnie kojarzone z bogactwem – Melrose Avenue. Ulica ta zaczynała się tuż obok hotelu, by potem ciągnąć się przez wiele kilometrów na wschód. Był nawet kiedyś taki serial. Jako młody człowiek obejrzałem kilka odcinków, zapamiętałem zaś jedynie młodych, pięknych i bogatych ludzi, którzy byli jego bohaterami. Co prawda po zmroku nie spotkałem już wielu mieszkańców okolic, niemniej ci których widziałem, odpowiadali temu rysopisowi idealnie. Czyżby więc telewizja nie kłamała?




Wzdłuż ulicy zlokalizowane były galerie sztuki, sklepy z ubraniami znanych projektantów, tudzież niewielkie, ale bardzo modne restauracje. Na chodnikach spotkać można było drogie samochody. Nawet ciemność nie była w stanie zakryć tego, że owa słynna Melrose Avenue to tak naprawdę uliczka, która nie ma do zaoferowania nic, poza oczywiście niezliczonymi okazjami do obciążenia karty kredytowej. Zrobiłem więc małą rundkę dookoła, popatrzyłem się w oświetlone witryny, trafiłem do bardziej żywej dzielnicy pełnej panów trzymających się za ręce, skąd uciekłem w objęcia czynnego jeszcze marketu. Zaopatrzony w sok pomarańczowy oraz porcję tutejszej mortadeli, wróciłem do hotelu, dołączając do grona osób nie rozumiejących czym można w takim Los Angeles się zachwycać.