niedziela, 16 lutego 2014

13-16.02, Dubaj prywatnie, czyli witaj z powrotem słodka biedo

Nieopodal Burdż Chalifa znajdują się słynne „tańczące fontanny”. Ich występ odbywa się kilka razy w ciągu wieczoru. Show składające się z kaskad wody, świateł i kakofonii dźwięków robi (zapewne) wrażenie na wszystkich. Są pewnie nawet tacy, którzy dla tego widoku przybywają do Dubaju specjalnie. Idealnie dopełniają one obrazu całości, czyli miasta, gdzie nie istnieje słowo „niemożliwe” albo „nieopłacalne”. Z fontannami związaną jest zabawna i nader wymowna historia. Zaprojektowane zostały przez tę samą firmę, która odpowiada za te należące do kasyna Bellagio w Las Vegas („grało” m.in. w „Ocean's Eleven”). Zadanie postawione przez Szejków nie należało do zbytnio skomplikowanych – zróbcie takie jak w Nevadzie, tylko niech będą o 30% większe, żebyśmy mogli śmiało powiedzieć, że mamy największą fontannę świata. Jak postanowili, tak się stało. Woda strzela na ponad 150 metrów w górę, decybele uderzają wprost do mózgu, ale pośród zachwyconych tymi widokami osób, ciężko było wypatrywać mojej poczciwej, ziemniakowatej twarzy. Ja miałem już tego Dubaju nieco dość. Na szczęście, kolejne dni miałem tu spędzić już prywatnie, co oznaczało, że pojawia się okazja by zobaczyć ową „biedniejszą” część miasta. I kto wie, być może zmienić zdanie o tej przerośniętej stolicy bezguścia.

***

Pierwszy kontakt z owym „brzuchem” Dubaju, miał miejsce jeszcze podczas pobytu na The Palm. Wiedzeni głodem, wsiedliśmy do taksówek i pojechaliśmy hen daleko, do restauracji wypatrzonej w przewodniku. Takie wyprawy rzadko kończą się sukcesem, ale tym razem przybytek ów nadal istniał, a jakby tego było mało, oferował doprawdy dobrą kuchnię za sensowną cenę. Przychodziliśmy tam zresztą regularnie, bo kolejnego dnia przeprowadziliśmy się do hotelu zlokalizowanego nieopodal. Zajadaliśmy się, serwowanymi w formie przystawek, świeżymi warzywami (zastanawiając się, z jakiego zakątka świata przyjechały do tej pustynnej oazy) i różnymi wersjami kebabów.


Tego pierwszego razu, posileni, ruszyliśmy w poszukiwaniu słynnych suków, czyli targowisk. Niestety, wieczorem w większości były już zamknięte, jednak spacer ten był przyjemny sam w sobie. Pozwolił on, bowiem odkryć nam, że Dubaj, miasto szkła, betonu i pustych przestrzeni przetykanych rekordami świata, posiada także coś w rodzaju duszy.



Handlowe uliczki, czasem wąskie, niezmiennie brudne, duszne i zaludnione, zupełnie nie pasowały nam do widoków wcześniejszych. Zarówno otoczenie jak i mieszkańcy przypominali dalekie zakątki Półwyspu Indyjskiego. Co oczywiście, nie dziwi i nie zaskakuje, ponieważ większość mieszkańców Zjednoczonych Emiratów Arabskich stanowią emigranci. Oprócz azjatyckich gastarbeiterów, którzy wykonują najpodlejsze zawody, Dubaj jest także domem dla bardziej nobliwych rodzin kupieckich – pakistańskich, hinduskich, najczęściej zaś perskich. Wszystkich jednak łączy to samo: w tym kraju są jedynie gośćmi, niezależnie od tego czy sprzątają toalety czy może od kilku pokoleń prowadzą tu intratne interesy. Obcy nie mają szans otrzymać obywatelstwa, niezależnie od majątku i swego statusu. Jest w tym jakaś sprawiedliwość. Dzięki temu, nobliwe, emirskie pochodzenie to jedyna przepustka do intratnych, niewymagających wysiłku, etatów. Cała reszta musi, niestety, własną pracą walczyć o swoją szczęśliwość.

Znajomi kupili kilka drobnych rzeczy w ostatnich czynnych sklepikach. Dali się przy tym porządnie naciągnąć, bo niewprawieni w negocjacyjnych bojach, nie mają w arabskim świecie łatwego życia. To zresztą zawsze nieco zniechęcało mnie do tego regionu – ciągłe patrzenie na pieniądze i ceny nie jest moją mocną stroną, a dodatkowo, nie lubię być naciągany i nienawidzę poczucia, że wydałem na coś więcej niż się należało. Gdy robiłem później zakupy, moją świadomość ciągle wierciło mi poczucie, że płacę więcej niż powinienem, a nabywany szal z kaszmiru jest szalem ze zwykłej bawełny…


Bodaj najprzyjemniejszą częścią tego wieczoru była krótka przeprawa przez zatokę, czyli Dubai Creek. Po zapłaceniu jednego dirhama, weszliśmy na pokład chybotliwej łódki zwanej Abrą, której spracowany silnik, poprowadził nas na drugi brzeg. Spowici spalinami zerkaliśmy na rozpalone światłami miasto i czuliśmy, że jesteśmy jednak w Oriencie. To poczucie utrzymywało się jeszcze w okolicznym sklepie spożywczym, gdzie półki uginające się pod różnościami, wprawiły mnie w prawdziwy szał. Zanim się zorientowałem, miałem już w ręku oryginalny dżem, puszkę z kałamarnicą, napój z nieokreślonymi kulkami w środku i, gdyby nie interwencja, kupiłbym kolejne dziwne i zapewne niesmaczne, produkty spożywcze.



***

Kolejne dni spędziliśmy w okolicach wspominanej już Deiry. Niegdyś było to oddzielne miasto, dzisiaj to po prostu dzielnica Dubaju. Betonowa, zakurzona, wybitnie handlowa, zaś czasem dodatkowa przemysłowa, czyli ogólnie – nijaka. Ale przynajmniej żywa. Restauracji było mnóstwo. Barów również (z kawą i herbatą, bo ostatni raz piwo widziałem na The Palm). Okoliczne sklepy zupełnie nie przypominały tych wszystkich nobliwych salonów, które dominują w galeriach handlowych w centrum. Największą karierę robił śmierdzący chińszczyzną przybytek z „wszystkim i niczym”. Można tam było znaleźć tandetne zabawki, zabawne gadżety (takie same widziałem potem w szykownych sklepach z zabawkami w Centrum – kosztowały kilka razy drożej!), liche ubrania, plastikowe buty, podrzędną elektronikę. Słowem, wszystko. Nie da się ukryć, że w Dubaju sporo czasu spędzaliśmy na zakupach. Poszliśmy na ten przykład do tutejszego Carrefoura. Był to mój pomysł i bardzo go żałowałem. W środku było bowiem istne zatrzęsienie ludzi. Skojarzenia z rojem pszczół były jak najbardziej na miejscu, albowiem owa liczna gromada wydawała dźwięk przypominający owady. Hindusi spacerowali po wnętrzu marketu jakby byli na rodzinnym spacerze: w grupie, powoli, z rękami splecionymi na plecach, a oczami uważnie lustrującymi otoczenie. Nie kupowali, jedynie zerkali, komentowali, czasem podchodzili do półek i oglądali z bliska. My nabyliśmy trochę przypraw i z poczuciem ulgi stamtąd uciekliśmy. Śmiałem się z tego doświadczenia dopóki innego dnia nie zawędrowaliśmy do The Dubai Mall, gdzie … jakby to napisać. Spacerowaliśmy z rozdziawioną miną, z rękami splecionymi na plecach i oczami uważnie obserwującymi bogate witryny. A czasem oglądaliśmy coś z bliska…

W Dubaju znajduje się coś na wzór Starego Miasta, chociaż to za duże słowo, by opisać dzielnicę Bastakia. To tylko kilka kwartałów budynków zbudowanych w tradycyjny sposób, z charakterystycznymi „wietrznymi wieżami”, czyli rozwiązaniem, które na wieki przed epoką elektryczności, dawało mieszkańcom stały przewiew powietrza w upalne dni. Po przejściu przez bramy takich budynków trafialiśmy do uroczych ogródków i oczami wyobraźni widzieliśmy jak przyjemnie tu musi być w naprawdę upalne dni. Bastakia powstała na przełomie XIX i XX wieku, zbudowana przez perskich kupców, którzy stąd prowadzili swoje interesy obejmujące całą Zatokę. Dzisiaj jest to obowiązkowy punkt dla każdego turysty, niestety, po kilku chwilach widziało się już tu wszystko i … tyle owego „starego” Dubaju zostało. Nad wodą jest jeszcze kilka podobnych atrakcji. Kilka domów, wybieg dla wielbłądów, kilka kruchych chatek imitujących te, w których mieszkano tu jeszcze przed kilkoma dekadami. Te „artefakty” w żaden jednak sposób nie są w stanie zmienić opinii o tym mieście.









Nieco więcej ciekawostek znaleźć można w tutejszym Muzeum. Mnie najbardziej zainteresowały zdjęcia dokumentujące proces budzenia się do życia dzisiejszego Dubaju. Jeszcze w latach 60-tych była to zapadła wioska, oparta na „przemyśle” rybnym i skromnym pośrednictwie w handlu. Po odkryciu ropy zmianie uległo wszystko, a fotografie w plastyczny sposób pokazują ów proces. Jego symbolem są najczęściej betonowe klocki zlokalizowane pośrodku niczego, czyli widok spotykany również i dzisiaj…


***

Byłem w wielu miejscach. I praktycznie do każdego chciałbym wrócić. Chyba najmniej jednak do Dubaju właśnie. Raz w życiu warto tam się wybrać, ale najlepiej nie za własne pieniądze, o ile to możliwe. Inaczej, szkoda czasu i nakładów. Nie rozumiem ludzi, którzy jeżdżą tam na wakacje i co gorsze, dobrze ten pobyt wspominają. A może inaczej. Rozumiem takich ludzi i właśnie dlatego nie chcę mieć z nimi nic wspólnego. Jeżeli wierzyć ambitnym planom Szejków, za kilkadziesiąt lat, będzie tam gęściej od wieżowców niż obecnie jest na Manhattanie. To będzie dobra okazja, by po kilku dekadach, pojechać tam ponownie i powspominać czasy, gdy tutejsze wieżowce tonęły w pustynnym piasku, a pomiędzy nimi hulał wiatr. Na ten moment, Dubaj to nadal jedynie obietnica, zaś rzeczywistością można się nieco rozczarować. A dla samej Burdż Chalifa, moim zdaniem, nie warto tam lecieć. Chociaż zapewne znajdą się tacy, którzy zakochają się w tym widoku i będą odporni na tego typu opinie. Szanuję to.