Ludzkość straciła gdzieś swój impet i bezczelność, które nakazywały nam sięgać nieba, realizować nieosiągalne i patrzeć ponad horyzont. Wizjonerstwo zabite zostało przez wszechobecne pytania „po co” i „za ile” oraz „ile na tym zarobimy”. Są jednak, na szczęście, na tym świecie takie miejsca, gdzie nadal „chcieć znaczy móc”, a ja podczas kolejnej podróży służbowej, miałem okazję zobaczyć je z bliska. Witamy w Dubaju!

***
Rok temu spędziłem w tym mieście kilka krótkich godzin. Pospacerowałem ciemną nocą po dzielnicy Deira i jedynie z oddali widziałem błyszczącą i irracjonalnie wysoką Burdż Chalifa. Tym razem, miałem okazję zobaczyć Dubaj z bliska i to z perspektywy wyjątkowej, bo uczestnika wyjazdu służbowego. Wyjazdy takie mają swoje rozliczne wady (z litości pominę), ale również jedną, nader solidną zaletę – są w większości za darmo, bo przynajmniej częściowo, „płaci firma”. Są tacy, którzy tak lubią i czerpią z tych możliwości pełnymi garściami, ja jednak czułem, że przez kilka dni żyłem cudzym życiem i nie czułem się z tym komfortowo. Ale to już inna historia.
Dubaj od pierwszego kontaktu robi wrażenie. Lotnisko jak lotnisko, nie zmieniło się za wiele od ostatniego razu, chociaż nadal imponuje ono rozmiarami i przepychem. Warto zwrócić uwagę na to, że jest to jedyne miejsce, gdzie przeciętny turysta może natknąć się na … pracującego Araba. Rodowici mieszkańcy tych ziem albo nie pracują wcale (bo ciężko tak określić np. bycie figurantem-udziałowcem dla zagranicznych firm, które potrzebują we władzach kogoś z obywatelstwem Zjednoczonych Emiratów) albo wykonują proste urzędowe obowiązki, za które pobierają irracjonalnie wysokie wynagrodzenia. Takim przykładem jest Urząd Imigracyjny. Panowie w śnieżnobiałych dżalabijach zajmują się przybijaniem stempelków i wprowadzaniem danych do komputerów. Po ciężkich ośmiu godzinach odjeżdżają swoimi Lamborghini do położonych w luksusowych dzielnicach domów, gdzie tłumek służących pomaga im ocierać pot z czoła.
Przejażdżka taksówką po nocnym Dubaju, skłaniała do kolejnych refleksji. Jechaliśmy długo, w większości prując wzdłuż wielopasmowej Sheikh Zayed Road, która jest główną arterią nie tylko miasta, ale i … całego kraju. W kilku miejscach z ziemi wyrastał istny las wieżowców. Gdy jednak wjeżdżaliśmy w jego trzewia, uważne i krytyczne oko z łatwością dostrzec mogło, że jest to „rozmach jednorzędowy”. Jednorzędowy, ponieważ zza szklanej ściany budynków widać było albo lichą betonową zabudowę albo puste przestrzenie. To wszystko, mijane pospiesznie, nadal jednak imponowało i skłaniało do zadumy nad tym, gdzie jest Dubaj, a gdzie nasza kochana Polska. Cała nadzieja chyba już tylko w gazie łupkowym... Jednak pomiędzy biznesowym Centrum a Mariną, dookoła szosy dominowała zabudowa dosyć nijaka – hurtownie, drugorzędne centra handlowe, sklepy, sklepiki, salony dealerów samochodowych. Gdyby nie obco brzmiące nazwy i brak ohydnych tablic reklamowych, można by czasem odnieść wrażenie, że jedzie się naszą pospolitą Aleją Krakowską w kierunku „na południe”.
Nasz hotel mieścił się na The Palm, czyli największej sztucznej wyspie świata. Podobne przedsięwzięcia realizowano, na oczywiście zupełnie inną skalę, np. w Holandii, gdzie od wieków wyrywa się ziemię morzu i tworzy poldery. Tutaj jednak jej powstanie miało cel nie gospodarczy, a propagandowy i biznesowy. Na wyspie powstały najbardziej luksusowe hotele, a samo miejsce stało się z miejsca atrakcją turystyczną. Tłumy gapiów niemal o każdej porze fotografowały główny budynek hotelu Atlantis, swoją drogą, chyba czołowego przykładu arabskiego bezguścia. Moim zdaniem, The Palm imponująco wygląda tylko z powietrza, gdy siatka ulic układa się w pióropusz wielkiej palmy pośród wody. Z poziomu ulicy jest to część miasta, która nie wyróżnia się niczym szczególnym od reszty. Można zadać sobie pytanie „po co” - po co powstało The Palm, skoro w Dubaju pod dostatkiem jest linii brzegowej, która mogłaby zostać zagospodarowana w podobny sposób? Odpowiedzi, przynajmniej logicznej, nie ma. Ot, wyspa powstała, bo ktoś tak po prostu postanowił.
Pięciogwiazdkowy Sofitel, w którym spędziliśmy łącznie trzy upojne noce, wprawił mnie w nieśmiałość i zakłopotanie. Nasze bagaże od razu zostały zabrane przez obsługę (nie obyło się bez wyrywania sobie mojej walizki, nie jestem przyzwyczajony do tego typu udogodnień), dostaliśmy picie oraz odświeżający ręcznik na powitanie, a wszyscy dookoła kłaniali nam się w pas. I nikt nie chciał bakszyszu, a jeżeli nawet chciał, to nie dawał tego po sobie poznać. Hotel był luksusowy aż do przesady, aczkolwiek nadal uważam, że nocowanie w tego typu miejscach jest zbytkiem, irracjonalnym wydatkiem, który nie znajduje pokrycia w oferowanej jakości. Tylko jakie to ma znaczenie, skoro był to wyjazd służbowy, a wszelkie wydatki poszły pewnie w koszty. Tak swoją drogą, kilkanaście dni po nas, do hotelu zawitał sam Lech Wałęsa i w swoim stylu, zrobił mu sto zdjęć tabletem, zachwycając się wszystkim, od kibla począwszy, poprzez wystrój pokojów, skończywszy na... bankomacie, w którym można było kupić sobie złotą sztabkę.


Jako że było już bardzo późno, resztę wieczoru spędziłem pijąc najdroższe piwo świata w jednej z knajp, dumając nad kolejami losu i przewrotnością życia, które jednego dnia zmusza cię do siedzenia po nocach przy biurku, a drugiego oferuje ci miły wieczór spędzony w jednym z najdroższych miejsc tego świata.

***

Chociaż formalna część wyjazdu nie była zbyt absorbująca, niełatwo było po prostu pozwiedzać Dubaj. The Palm położone jest daleko od głównych atrakcji, więc prozaiczny spacer odpadał. Z naszego hotelu rozciągał się za to ciekawy widok na dubajskie prosperity.



Chcąc nie chcąc, zdany byłem na przebywanie w grupie, a ta postanowiła już wcześniej, że tego oto dnia pojedziemy pod Burdż Chalifa. Po śniadaniu, nie dodawać trzeba, że najbardziej luksusowym i bogatym, z tym, które miałem okazję jeść w jakimkolwiek hotelu, zapakowaliśmy się do taksówki i po pewnym czasie zameldowaliśmy się pod najwyższym budynkiem tego świata.
Podróż przez miasto jedynie potwierdziła wczorajsze pierwsze wrażenia, dodając przy tym kolejne obserwacje. Nowoczesny Dubaj jest tyleż ogromny i masywny, co i pusty, pozbawiony ludzi, ruchu, energii. Dookoła wieżowców nie widzieliśmy przechodniów, ulice, nie licząc samochodów, były puste i zupełnie pozbawione azjatyckiego ducha. Nawet, gdy znaleźliśmy się pod samą wieżą, wrażenie, że jesteśmy w tym mieście niemalże sami, nie malało. Uczucie wyobcowania potęgowała zaś Ona – najwyższa, największa, najdroższa i najbardziej irracjonalna budowla na świecie.





Jej Wysokość ma aż 828 metrów. Dla porównania, słynne wieże WTC, które górowały nad Manhattanem miały 526 metrów wysokości, archaiczna wieża Eiffla 324 metry, a nasz poczciwy staruszek, Pałac Kultury i Nauki, dar Stalina dla narodu pracującego miast i wsi ma 231 metrów. Co oznacza, że Burdż Chalifa jest niemalże czterokrotnie (!) wyższa. Góruje nad swoim otoczeniem w sposób tak dominujący, że jej rozmiary wymykają się ludzkiej percepcji. Za każdym razem, gdy na nią patrzyłem, czułem się jakbym podziwiał artefakt wybudowany przez obcą cywilizację, tudzież, jakby mnie przeniesiono wprost na plan filmowy kolejnej części „Gwiezdnych Wojen”. Nie chodzi jedynie o wysokość, ale również o jej futurystyczny, odważny kształt, rozlazły u podnóża, coraz to bardziej smukły na górze, zwieńczony długą iglicą. Światło odbijało się w panelach, jakimi jest wyłożona elewacja, co jedynie dodawało kolejnych, onirycznych efektów do całości. Obeszliśmy wieżę dookoła niczym w religijnym amoku, sami siebie pytając, „po co”. Po co ktoś wyłożył ponad miliard dolarów na zbudowanie czegoś takiego, gdy dookoła mnóstwo wolnej ziemi? Logicznej odpowiedzi nie ma (to w Dubaju zresztą norma), ale Burdż Chalifa jest, stoi i stać będzie. Z miejsca została turystyczną atrakcją regionu numer jeden, spychając zresztą z piedestału inne arcydzieło XXI wieku, czyli hotel Burdż Al-Arab. Za jakiś czas jej blask też zostanie przyćmiony, co do tego, nie mam wątpliwości. Już teraz słyszy się o ambitnych planach zbudowania wieży, która przekroczy magiczną granicę 1000 metrów – mowa o Kingdom Tower w Arabii Saudyjskiej, ale i Dubaj nie odpuszcza przebijania swego rekordu. Projekty przygotowywane przez biura architektoniczne pokazują wieże sięgające półtora kilometra w niebo. Szaleństwo. Zabawne jest to, że w annałach człowieczej odwagi w budowaniu wyżej i wyżej jest też polski akcent. Wieża radiowa w Konstantynowie przez kilkadziesiąt lat swego istnienia, dzierżyła tytuł najwyższej budowli naziemnej. Ironią losu jest to, że się zawaliła podczas prozaicznych poprawek konserwatorskich…

Widok z góry był tyleż rozległy, co jednak rozczarowujący. Samo wjechanie na taras widokowy zajmuje sporo czasu, a emocje i oczekiwania rosną i rosną. Jest on zlokalizowany na 452 metrze nad ziemią, czyli sporo poniżej poziomu dachu. I tu, uwaga, ciekawostka. Projektant wieży musiał przysnąć, ponieważ nie jest to wcale najwyżej położony taras widokowy na świecie – o kilka metrów przebija go któraś z wież w Szanghaju. Niby drobnostka, ale w Dubaju, gdzie wszystko musi być po prostu „naj”, zapewne nie ujdzie to na sucho i za jakiś czas taras dla turystów przeniesie się nieco wyżej, a nieszczęsny projektant raczej nieprędko znajdzie pracę w Emiratach.


Mam lęk tak wysokości, jak i przestrzeni, więc każdą wyprawę w górę, znoszę wyjątkowo źle. Co ciekawe, są to lęki wybitnie „urbanistyczne”, tzn. związane z miastami, wieżami i obserwowaniem cywilizacji z wysoka. Tymczasem w górach nigdy nie mam tego problemu i mogę się gapić na wąwozy, doliny i kaniony bez żadnych nerwów. Nogi uginały mi się w kolanach na szczycie The Smith Tower w Seattle – a to było „ledwie” 140 metrów nad ziemią, ale już na wysokości 5.000 metrów radośnie zerkałem na każdą stronę i zapomniałem gdzie jestem i co tam robię. Jednak tutaj, na tarasie Burdż Chalifa, moje lęki nie dały o sobie zupełnie znać (no, prawie). Chyba ze względu na całą irracjonalność perspektywy. Widok sięgał hen po horyzont, kilometry w głąb pustyni albo głęboko w odmęty Zatoki Perskiej. To, co na dole, wyglądało jak zabawki rozrzucone przez znudzone (arabskie) dziecko. Po chwili zapomniałem gdzie i jak wysoko jestem. I najważniejsze. Panorama Dubaju wcale nie wyglądała imponująco. Wręcz odwrotnie, prezentowała się pchlarsko, tandetnie, dopiero z góry widać było doskonale, że budynki stoją tutaj pośrodku nicości. Dla miłośników tego miasta, wjechanie na taras widokowy może być więc tak oczarowaniem, jak i jeszcze większym rozczarowaniem. Już wcześniej żywiłem głębokie przekonanie, że nie ma tu nic interesującego, a widok ze „szczytu świata” jedynie to potwierdził. Dubaj to wydmuszka, organizm sztucznie utrzymywany przy życiu przez armię nisko opłacanych robotników z krajów trzeciego świata. Pustynia jedynie czeka na to aż pewnego dnia zabraknie prądu, życiodajne pompy przestaną nawozić ziemię, pracowite ręce przestaną walczyć z piaskiem. Wtedy, siły natury zajmą to, co człowiek w swojej bezczelności jej kiedyś wyrwał. A przynajmniej, takie wrażenie miałem owego dnia, gdy stałem na szczycie świata.




Wieczorem znowu zawitaliśmy pod Burdż Chalifa. Odbyła się tam miła ceremonia – amerykańska w swoim stylu, emocjach i narracji. W asyście oklasków przyszło mi wejść na scenę, odebrać pewną nagrodę, uścisnąć kilka dłoni, a potem wymienić szereg pustych uprzejmości z ludźmi, którzy nie znali nie tylko mojego imienia, ale również narodowości. Miałem to gdzieś. Ciągle tylko zerkałem w nocne niebo, które przecinał szczyt wieży i kolejny raz dumałem nad dziwnymi kolejami losu człowieczego. Padał deszcz, rzecz w Dubaju niepojęta, co jedynie dodawało tym chwilom posmaku onirycznego doświadczenia z granicy snu i jawy.
