wtorek, 11 marca 2014

11.03, Dzień w którym nie wydarzyło się NIC

Tego dnia nie wydarzyło się nic godnego uwagi. Przynajmniej, od strony czysto „podróżniczej”. Spędziliśmy kilka dłużących się godzin w zamkniętej sali, gdzie miałem okazję podziwiać przebogate spektrum homo sapiens z wielu zakątków świata. Potem pojechaliśmy do Venice na uroczystą kolację z daniami, które nie wiedziałem jak zjeść. Jako że obserwowanie ludzi to jedna z tych rzeczy, które szczególnie lubię robić zagranicą, wykorzystałem ten czas do pielęgnowania owej dziwnej pasji.

Amerykanie – perfekcyjni, do tego stopnia, że prezentując czytali przemówienie z kartki, zresztą, drżącym głosem zdradzającym ogromny stres. Zawsze najlepsi! Moi ulubieńcy, czyli Filipińczycy, bez zmian można powiedzieć. Nadal przygotowani, uśmiechnięci i pozytywni, ale jednocześnie epatujący nieszczęściami, z którymi od teraz kojarzy mi się ich piękny zapewne kraj. Głodujące matki? Filipiny. Ofiary kataklizmów naturalnych? Filipiny. Bezdomne dzieci? Filipiny. Rosjanki za to wyglądały jakby myślami były już w pasażu zakupowym gdzieś w Beverly Hills. Francuzi byli nadęci, z miną sugerującą, że wiedzą wszystko i tak lepiej (nie wiedzą – sprawdziłem), Włosi spali, Argentyńczycy ciągle coś jedli, Chińczycy zajęci byli swoimi telefonami i laptopami, Meksykanie ciągle między sobą gadali…

Egzotyczni goście najmocniej przykuli moją uwagę. Kolegów i koleżankę z Nigerii poznałem już rok wcześniej. Sympatyczni, zachowujący się jak przykładny uczeń w szkole (stawanie na baczność, wypowiedzi dokładne i pełne jakby linijką odmierzone), ale nie mogłem pozbyć się uczucia, że byli co nieco tak bezczelni, jak i namolni. Coś w rodzaju Świadków Jehowy, którzy zrobią wiele, by wejść w progi Twego domu. I jak już wejdą, to prędko nie wyjdą… Kolega z Pakistanu miał za to pełną świadomość, że może budzić ciekawość i się tego zupełnie nie wstydził, a nawet, bawił się konwencją. Miałem z nim dłuższe pogawędki i chyba mnie polubił, zapewne dlatego, że na początku mu powiedziałem, że nie wierzę w ani jedno złe słowo tej całej izraelskiej propagandy na temat Pakistanu. Ja to umiem zagadać! Ciekawy również był gość z Chile, który, zapewne nieświadomie, skradł mój autorski pomysł na show. Słabo mówił po angielsku, więc przedstawiając się wszystkim, szybko przeszedł na hiszpański. Jego koleżanka z biura tłumaczyła jego słowa, zaczynając je od sentencji „Pan Dyrektor”, co mnie strasznie bawiło, bo przypominało mi mój niedoszły skecz pt. „Ambasador Mozambiku na audiencji w Polsce”.

Najciekawszą osobą był jednak Brett. Mniejsza o nazwisko. Urodził się na Jamajce, ale pracował od lat w Meksyku. A nie wyglądał, bo był biały jak papier, a jego twarz przypominała mi osiemnastowieczne obrazy anglosaskich paniczów. W prywatnej rozmowie dopowiedział mi całą resztę swojego życiorysu i muszę przyznać, że była to naprawdę ciekawa historia, która od razu uruchomiła w mojej głowie różne refleksje oraz marzenia o życiu na jakiejś rajskiej, karaibskiej wysepce. Brett pochodzi bowiem z angielskiej rodziny, która od wieków osiadła na Jamajce i dopiero sytuacja polityczna przełomu lat 60-tych i 70-tych XX wieku, zmusiła ich do jej opuszczenia (mówiąc wprost – zaangażowanie w politykę jego ojca, wydało na niego wyrok śmierci). Zamiast jednak wrócić na Wyspy Brytyjskie (co to znaczy w ogóle wrócić – po dwustu latach???), wybrali inną byłą kolonię Imperium, czyli Belize. W dorosłym życiu Brett mieszkał i pracował tak w USA, jak i w Meksyku, gdzie osiadł na stałe. Ma obywatelstwo Jamajki, Belize i Meksyku, a za chwilę zapewne i USA. Bez problemu zapewne mógłby ubiegać się i o Brytyjskie. Uff. Przy nim, moja historia życia (urodzony w Warszawie, mieszkający niegdyś w Piasecznie, Konstancinie, na Ursynowie, najbardziej zaś kochający Bielany, obecnie przebywający na emigracji na Białołęce) brzmiała „dosyć” nijako. Pogawędziliśmy co nieco o życiu, kobietach i dzieciach (znak czasów), posłuchaliśmy pretensjonalnego śpiewu delikatnego hipstera w pewnej restauracji w Venice i… to by było na tyle. Wyjazdy służbowe to nie bułka z masłem, jak widać i słychać.