Ten dzień był z góry zaplanowany na absolutne lenistwo. Dodatkowo, wszystko nas do tego namawia. Zarówno nasz przyjemny pokój, jak i pogoda – z nieba lał się letni żar, słońcu nie zawadzała żadna chmurka na idealnym błękitnym niebie. Rankiem idziemy na śniadanie do pobliskiej restauracji Rustic. Wystrój wnętrz pachnie (dosłownie) wczesną epoką kapitalizmu lat 90-tych, ale jedzenie jest tu smaczne, a ceny przyjemne i na naszą kieszeń. Potem zaś, z pełnymi żołądkami, wybieramy się na miejski market, gdzie we wtorki są akurat dni targowe.
W sumie, nie było to nic specjalnie egzotycznego, bo i takie widoki w Polsce są nagminne (aczkolwiek raczej nie na Bielanach, a szkoda). Przed wejściem na bazar rozstawili się ludzie, którzy nie mają ochoty płacić placowego. Z kartonowych pudełek dobywał się pisk małych kaczek, kurczaków. Dzieci (nie nasze) oraz Ania (nasza) miały z tego nieco uciechy, chociaż zwierzaki wyglądały raczej na przerażone zainteresowaniem, które wywoływały pośród gawedzi.
Po przekroczeniu bramy weszliśmy do małego świata warzyw oraz owoców. Wszystkie z nich wręcz tryskały soczystością, kolorami i zdrowiem. Żadnych unijnych norm, standardów i regulacji tam jeszcze nie uświadczyliśmy, i bardzo dobrze. Klientela, jak i sprzedający to w większości starsi ludzie. Pochodziliśmy chwilę, popatrzyliśmy się na papryki, kabaczki i czereśnie, po czym wróciliśmy niespiesznie do Cytadeli, używajac jednej z bocznych ścieżek, które oplatają miejskie fortyfikacje.




Przyszła pora na odrobinę kultury, czyli zwiedzanie trzech muzeów, które Sighisoara posiada. W pierwszej kolejności skierowaliśmy swoje kroki do Sali Tortur. Przy czym, nazwa jest wyjątkowa niemyląca. Naprawdę była to jedna, jedyna sala, w której przed wiekami przypalano, cięto i rozciągano pechowców, którym wyrosła w nieodpowiednim miejscu kurzajka. Od chropowatych ścian bił dziwny chłód, a przez plecy przechodziły ciarki na myśl o tym jakie cierpienia mury te widziały i słyszały. Nic dziwnego, że Vlad Dracula wyrósł na władcę okrutnego i krwawego, skoro kilka kroków od jego domu, mieściło się takie właśnie miejsce kaźni. Krzyk obdzieranych ze skóry musiał budzić równie skutecznie co pianie koguta o poranku.
Po tych, nie do końca zdrowych, emocjach odwiedziliśmy Muzeum Broni. Tym razem było to już kilka sal, wypełnionych pięknymi okazami broni tak białej, jak i palnej. Najciekawsze jednak zostawiliśmy sobie na koniec. W Wieży Zegarowej mieści się bowiem Muzem Historyczne. Eksponatów tam dużo, ale ich zestawienie było chyba zupełnie przypadkowe. Kolejne salki niewiele nas obchodzą, no może poza wystawą zdjęć wojennych autorstwa urodzonego w Transylwanii reportera oraz, a jakże, częścią poświęconą Hermannowi Oberthowi. Można tam znaleźć m.in. szkice skafandra kosmicznego, które rysował będąc mieszkańcem Sighisoary. Najbardziej interesującym tu zajęciem jest jednak podziwianie panoramy miasta ze szczytu wieży. Tutaj tak samo jak w Braszowie, dopiero z góry widać jak nagle urywają się zabudowania. Przyroda, w postaci zielonych pól i wzniesień, jest tuż, tuż obok nas, dosłownie na wyciągnięcie ręki.




Plan na kolejny dzień zakładał, że udamy się na rowerową wycieczkę po okolicznych wsiach, ale trudno nam znaleźć odpowiednie wehikuły. To znaczy, ja nie mam raczej z tym problemów. Ale Ania potrzebowałaby czegoś mniejszego, a tu niestety, w Sighisoarze, takowych rowerów nie ma (tu wzdychamy cicho do Sukhotai gdzie wybór był ogromny). Wracamy z poszukiwań nieco smutni, aczkolwiek kolejny dzień pokazał, że dobry patron turystów nad nami czuwa. Dodatkowo udało nam się zdenerwować niezbyt miłą panią z centrum informacji turystycznej, co poprawia nam humor, albowiem oboje lubimy irytować niemiłe osoby (no a przynajmniej ja lubię).


Powoli, powoli, miasto zaczyna nam się nudzić. Zazwyczaj w takich miejscach spędza się jeden, niepełny dzień. Człowiek ogląda wtedy wszystko z zapałem i pośpiechem, a wyjeżdżając następnego dnia rano, odczuwa niedosyt i żal. Chiwa, Villa de Lleyva to dobre przykłady – Sighisoara stoi z nimi w równym szeregu. Różnica jest taka, że tym razem, mamy czas na dokładne zajrzenie w każdy dosłownie kąt i zwyczajne lenistwo. Fajne to uczucie, bo inne. Obserwujemy wycieczki, które wysiadają z autokarów, a po dwóch godzinach do nich wracają i jadą dalej. My tymczasem mamy czas na piwo czy herbatę wypitą w jednej z wielu małych kawiarenek dookoła. Mamy czas odpocząć, porozmawiać, pochodzić albo usiąść. Jeszcze chwila, a wrośniemy w tkankę tego miasteczka, a przynajmniej tak zaczyna nam się wydawać.




Wieczorem każdego dnia na głównym rynku odbywa się to samo średniowieczne show. Lokalna grupa zapaleńców wystrojona w stosowne ubiory i dowodzona przez surowego dowódcę, prezentuje kilka rozrywek z minionych wieków. Jedną z zabaw jest przepychanie się dwóch zawodników bez udziału rąk. Te zakładane są z tyłu, a przegrywa ten kto jako pierwszy opuści krąg narysowany kredą na ziemi. Nagrodą dla zwycięzcy jest buziak od jednej z lokalnych piękności, które ubrane w stroje z epoki prezentują się nader apetycznie (nie na tyle jednak, żeby patrzeć na nie dłużej niż jedną sekundę).



Występy skupiają niemal wszystkich turystów z całego miasta i są miłą odmianą od monotonii jaka rozlewa się po okolicach. Jednym z widzów jest sympatyczny Japończyk, którego spotkaliśmy pierwszy raz jeszcze w Sinaia (a może nawet na dworcu w Bukareszcie). Tego dnia jednak, nasze drogi się rozeszły, chociaż przez resztę podróży uparcie go wypatrywaliśmy na dworcach, w autobusach i na ulicach...
