piątek, 10 października 2014

10.10, Ucieczka z Los Angeles


W 1996 roku przez kina przeleciał i momentalnie zniknął film Johna Carpentera “Ucieczka z Los Angeles”. Była to kontynuacja znacznie bardziej popularnej i udanej “Ucieczki z Nowego Jorku”. W drugiej odsłonie, Snake Plissken czyli niezbyt przyjemny i rozgadany ex-komandos wysłany został z misją do Los Angeles, miasta zamienionego w wielkie więzienie i opanowanego przez różnorakie gangi, które wytworzyły w nim swój własny, dziki ekosystem. W dużej mierze była to bezczelna “powtórka z rozrywki” - scenariusz był praktycznie kalką pierwszej części, tyle że wszystko w nim było znacznie słabsze, Kurt Russell był starszy o dobre piętnaście lat, a całość po prostu nie trzymała się kupy. Do dzisiaj w sumie nie wiem czy był to film na poważnie, czy też może jednak od początku bawiono się konwencją i zrobiono z niego w zamierzony sposób autoparodię. Jeżeli to drugie, to pogratulować, wyszło doskonale.

Wspominam owe dzieło, ponieważ, ostatniego dnia, nie ukrywam, czułem się jak Snake i chciałem zrobić wszystko, by również uciec z Los Angeles. Miałem więc małe deja vu z marca… Kiedy szkolenie się skończyło, pożegnałem się ze wszystkimi i pognałem przed siebie. Powinienem oczywiście wrócić od razu do domu, ale będąc już tak daleko, postanowiłem, że zostanę jeszcze kilka dni “prywatnie”. Oczywiście nie w Los Angeles. Późnym wieczorem czekał mnie lot do Nowego Jorku. Miałem jednak jeszcze kilka godzin do wykorzystania, więc zostawiłem bagaże w hotelu i po raz pierwszy podczas tego wyjazdu, opuściłem jego progi w ciągu dnia, w pełnym słońcu (co zresztą szybko doprowadziło mnie do objawów udaru - upał był okrutny).


Postanowiłem przejść się Bulwarem i sprawdzić czy aby NA PEWNO nie ma tu nic co tłumaczyłoby nimb legendy jaką ta nazwa się cieszy do dzisiaj. Ulicę rozsławił film noir z 1950 roku “Sunset Boulevard”. Z tego okresu na pewno zostało jedno - to nadal okolica, która przyciąga sławnych, pięknych i bogatych. Z bocznych uliczek, które prowadziły na pobliskie wzgórza co chwila wyjeżdżały drogie sportowe samochody, a jak wieść gminna niesie, w jednym z domów obok “Andaz” mieszka Marky Mark, czyli sam Mark Wahlberg, drugorzędny aktor i pięciorzędny raper (przynajmniej tak twierdzili moi amerykańscy koledzy ze szkolenia).


Potem, Bulwar stał się słynny dzięki muzycznym klubom, które tutaj właśnie stworzyły zagłębie pulsujące w rockowym rytmie. To dlatego w okolicznych hotelach nocowało tyle gwiazd estrady. Mieli stąd po prostu blisko do sal, salek i nor, gdzie dawali koncerty, często zresztą legendarne, do dzisiaj wspominane na kartach historii. Z muzykami ramię w ramię szli kabareciarze. Tuż obok “Andaz” znajduje się zresztą jedno z najsłynniejszych miejsc sceny komediowej - The Comedy Store. Na jego deskach wychowało się całe pokolenie amerykańskich aktorów. Dość wymienić gwiazdy kina lat 80-tych, np. Whoopie Goldberg, Johna Belushi, Richarda Pryora, Michaela Keatona, czy też mojego “ulubionego” Chevy Chase’a. Co z tego zostało? Klub istnieje nadal, ale chyba nie stanowi już takiej instytucji jak niegdyś. Autobusowe wycieczki przejeżdżają bulwarem, zatrzymując się koło tego niepozornego miejsca, a turyści robią zdjęcia, słuchając wywodu pilota. Po chwili ruszają dalej, w stronę pseudo-antycznych fasad, za którymi kryją się eleganckie butiki.


Przeszedłem ulicę wzdłuż i wszerz, coraz bardziej męcząc się skwarem. Po kilku dniach siedzenia w klimatyzowanej sali pośród innych ludzi, czułem się lekko oszołomiony tak świeżym powietrzem, jak i wolnością jaką odzyskałem. Szkoda tylko, że nie za bardzo można było z nią coś sensownego zrobić, no ale takie już jest Los Angeles.

Powędrowałem w inną stronę i trafiłem do spokojnej dzielnicy, pełnej małych, uroczych domków. Zastanawiałem się kto tutaj może mieszkać. Posesje nie należały do szczególnie imponujących, ale położenie, tuż obok serca Hollywood należało do znakomitych. Do tego, panowała tutaj przyjemna cisza, która zapewne ma swoją, wysoką cenę. Była to zaskakująca odmiana od betonowej nijakości okolicy.

Zrobiłem zakupy w lokalnym markecie, jak zawsze, zadziwiając się rozmachem tego typu placówek. Sam dział z napojami zajmował ogromną powierzchnię, a na półkach doliczyłem się dobrych kilkuset rodzajów wszelakich napitków. Los Angeles słynie z tego, że jego mieszkańcy zdrowo się odżywiają (zdrowo jak na standardy panujące w Ameryce oczywiście!), więc znalazłem sporo herbat, soków, także takich z warzyw, które podkreślały swoje naturalne pochodzenie. Ale dookoła panoszyło się przerażające wręcz badziewie, pędzone za pomocą chemii - najdłuższa półka należała nie do napojów gazowanych, ale do “wspomagaczy”, energetyków i izotoników, od których wręcz biła aura sztuczności. Podobnie było w nieskończenie wielkim dziale z mrożonkami, gdzie nabyć można było niezliczoną ilość junk-food, przetworzonego, plastikowego, taniego i zabójczego żarcia dla zabieganych, otyłych tubylców. Konsumpcjonizm Ameryki podziwiany z bliska bywa trudny do zniesienia. Szczególnie gdy widzi się ludzi monstrualnie otyłych, którzy pakują do wózków wielkie pudła z kaloriami i zdają się nie rozumieć konsekwencji jakie ich nawyki żywieniowe ze sobą niosą...

Po kilku godzinach bezcelowej tułaczki, wróciłem do hotelu, odebrałem bagaże i taksówką pojechałem na lotnisko. Tam odprawiłem się bez problemu i spędziłem długie chwile czekając na lot do Nowego Jorku. Od rana miałem silne poczucie, że już to kiedyś wszystko przeżywałem! Leciałem tymi samymi liniami co w marcu (Virgin America), byłem w tym samym terminalu, a nawet, siedziałem na tym samym fotelu co wtedy, gdy wybierałem się do San Francisco. W takich drobnych chwilach zadziwia mnie to jak życie potrafi być przewrotne i zaskakujące. Dwa razy w ciągu roku byłem w Los Angeles, dwa razy w ciągu roku uciekałem z niego gdzie pieprz rośnie i w obu przypadkach, były to podróże służbowe. Miło jest być tak zaskakiwanym przez Fortunę, której wyroki, jak widać, są doprawdy niezbadane.