Opowiadam o tym dlatego, że postać tegoż kolegi bardzo silnie wpłynęła na moją percepcję Lublina jako takiego. Nigdy tam nie byłem, ale wyobrażałem sobie, że jest to miasto po którym chodzą sami ludzie w golfach, którzy noszą swe wielkie głowy wysoko w chmurach, rozmawiają o polityce, jedzą drożdżówki, ubierają się w lumpeksach i mają nieświeże oddechy. Traktowałem to miasto jako wrota do mitycznej “Polski B”, odrapanej, ubogiej, aczkolwiek, bardzo dumnej, ciułającej grosz do grosza, dobrze wykształconej, no i fanatycznie wręcz wierzącej - tak w Boga, jak i w siebie, czy raczej, swoją wyższość nad innymi. Przez lata nie myślałem nawet o tym, by tam pojechać i zobaczyć jaka jest prawda, chociaż docierały do mnie głosy mówiące, iż miasto to należy do najpiękniejszych w naszym kraju. Aż w końcu, przyszła pora zrewidować swoje poglądy.

***
Lublin to oczywiście miasto z wielowiekową przeszłością. I do tego, w przeciwieństwie do takiego Chełmna, o którym pisałem niedawno, jest to przeszłość “wielkoformatowa”, ponieważ działy się tam rzeczy ważne i przełomowe dla całej Polski. W 1569 roku podpisano w nim akt Unii Lubelskiej, który dał początek Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Odbywały się tam sejmy walne (choć raczej incydentalnie), znajdowała się tam również siedziba Trybunału Koronnego, czyli instancji odwoławczej od sądów szlacheckich. W XVI wieku Miasto przeżywało rozkwit architektoniczny, wypracowując własny styl tzw. renesansu lubelskiego, mocno zresztą inspirowanego Półwyspem Apenińskim (a niby czym innym miano by się inspirować - dopowie sobie każdy kto choć trochę zna się na historii architektury). Słynne lubelskie jarmarki, czyli wielkie, kilkudniowe targowiska, przyciągały kupców z całego ówczesnego świata - było to bowiem swoiste “okno wystawowe” organizowane w mieście, w którym przecinały się kluczowe szlaki handlowe z południa na północ i ze wschodu na zachód. Lublin przed wiekami był miastem zasobnym i przede wszystkim, różnorodnym. Gmina żydowska była liczna i dobrze zorganizowana. Ale w jego murach mieszkali także inni - chociażby, prześladowani wtenczas w katolickiej części Europy, nasi bracia protestanci, którzy tutaj mogli w spokoju żyć i tworzyć swoje dziedzictwo kulturowe.
A jak ma się teraźniejszość? Przede wszystkim, Lublin niszczony był przez zarazy, pożary, zabory, no i wojny. Gdy wjeżdżałem do miasta nocą, na widok standardowych szarych blokowisk, zastanawiałem się czy aby na pewno wszystko co słyszałem o tym miejscu jest aby prawdą. Nie wyglądało to zachęcająco, ale z czasem na horyzoncie zaczęło majaczyć podświetlone Wzgórze Zamkowe i przestałem się niepokoić. Nad ranem wyszliśmy na spacer i idąc ulicą Zamojską zastanawiałem się kiedy dostaniemy od kogoś w mordę. Okolica nie prezentowała się bowiem “reprezentacyjnie”, podobnie jak tubylcy przemykający po chodnikach. Potem trafiliśmy na Krakowskie Przedmieście i zrobiło się zdecydowanie przyjemniej - to miły i szeroki deptak, z pięknym widokiem tak w jedną, jak i drugą stronę.


Kawałek dalej, przekraczając średniowieczną bramę, przekonałem się, że Lublin może poszczycić się całkiem rozległym Starym Miastem, w którym znajduje się wiele cennych, pięknych zabytków. Chyba najciekawszym jest niepozorny, okrągły “donżon”, czyli wieża znajdująca się na dziedzińcu zamkowym. Wybudowana w stylu romańskim jest zabytkiem “klasy zero” nie tylko w skali regionu. Obok niej znajduje się Kaplica Trójcy Świętej, również budowla wielce nobliwa, tylko ile razy w ciągu roku można zachwycać się kolejnym kościołem?

Sam zamek za to jest względnie nowy i zawdzięcza swoją nazwę tylko i wyłącznie temu, iż powstał na miejscu, gdzie wcześniej takowy “prawdziwy” przez wieki istniał. Przez sporą część swego młodego żywota (budynek powstał w 1826 roku!) było to więzienie. Dosyć ponura historia się za nim ciągnie, tym bardziej, że w czasie wojny torturowano tu ludzi, a po wojnie urzędowali tu “funkcjonariusze” komunistycznej bezpieki. Fasada zamku jest zadziwiająca - jest to niby neogotyk, ale łuk nad drzwiami wejściowymi, okrągłe obramowania okiennic oraz ząbkowane szczyty momentalnie kojarzą się z Maurami, pustynnymi piaskami, karawanami przemierzającymi bezkres. Co zresztą, nieco przewrotnie, ale idealnie pasuje do Lublina, miasta na styku wielu kultur, miasta które można nazwać pierwszym bastionem wschodu.

W tym samym czasie, w którym przypadła nasza wizyta w Lublinie, odbywał się tam Festiwal Smaku. Jak zawsze, miało to swoje wady i zalety. Te pierwsze były dla nas dosyć dolegliwe, bo ludzi na Starym Mieście było naprawdę dużo, a przepychanie się przez ciżbę z wózkiem wcale nie jest takie przyjemne. Z zalet - leciwe zakątki wypełniły się dzięki temu życiem. Dookoła nas rozstawionych było mnóstwo kramów z jedzeniem. Od prostej pajdy chleba ze smalcem, przez wojskową grochówkę, poprzez przysmaki z ościennych krajów, piwa regionalne, sery, wędliny, kiełbasy, dania na zimno i na gorąco, kończąc na lekcjach gotowania, koncertach i innych imprezach plenerowych. Było tego tak dużo, że niekiedy przybierały one groteskową formę, np. gdy wracaliśmy wieczorem do hotelu, trafiliśmy na punkowy koncert jakiejś młodzieżowej kapeli z Węgier. Na widowni było kilkoro ich znajomych, poza tym zaś: pani emerytka, która widać się zmęczyła i musiała na chwilę usiąść, jeden śmierdzący lump, dwójka przechodniów, no i my, para z dzieckiem w wózku. Wyglądało to komicznie, ale zespół nie dawał po sobie poznać rozczarowania i wykrzykiwał słowa buntu zupełnie jakby byli co najmniej na Roskilde.



Festiwal nieco utrudniał podziwianie uroków Starego Miasta, na szczęście jednak jest ono na tyle rozległe, że wystarczyło skręcić kilka kroków, by mieć ciszę i móc znowu obserwować otoczenie bez żadnych “przeszkadzajek”. Cóż, lublińskie trotuary i mury bywają wytarte i cuchnące stęchlizną, ale nie od dzisiaj wiadomo, że ja uwielbiam takie klimaty, więc i to miejsce przypadło mi od razu do gustu. Mam nadzieję, chociaż jest to nadzieja wręcz bezczelnie samolubna, że nieprędko trafią tutaj pieniądze na remonty elewacji i Lublin zachowa swój urok lekko zapuszczonej, acz pięknej prowincji. Chyba słuszne są słyszane czasem porównania do Krakowa. Oczywiście, skala jest inna, ale wrażenia estetyczne podobne. Warto tu więc było przyjechać.







Spodobały nam się też tutejsze kawiarnie. Może to kwestia tego, że w Warszawie do takich miejsc nie chadzamy, ale ilekroć jestem gdzieś poza domem, tyle razy zadziwiam się pomysłowością oraz różnorodnością z jaką ich właściciele podchodzą do swego biznesu. W jednej, chyba najfajniejszej, trafiliśmy np. na rozliczne kawy przyrządzane na różne, nieznane nam wcześniej sposoby. Wszystkie miały wspólny mianownik “literacki”. Ot, chociażby kawa a’la Tuwim - gotowana w imbryku, z dodatkiem cukru, wanilii oraz spienionego mleka. Zaskakująco prosta, ale i smaczna.

Niestety, nie wszystko było takie znowu idealne. Stołując się w jednej z restauracji skusiłem się na danie z polików wołowych. Odkąd usłyszałem, że jest to najwyborniejszy mięsny rarytas, zamawiam je zawsze gdy znajduję je w karcie. Niestety, tym razem co nieco się strułem, więc resztę wyjazdu musiałem uważać i nie oddalać się zbyt daleko od najbliższej toalety. O ile wyzbyłem się swoich kretyńskich uprzedzeń do Lublina (żadnych golfów, drożdżówek i wielkogłowych bowiem nie stwierdziłem), to od tej pory miasto to kojarzy mi się, niestety, w pierwszej kolejności z polikami w tłustym, brązowym sosie i tym co z nimi działo się później.
