

Chociaż w Seulu niebo było zachmurzone i co chwila z niego siąpiło, przyjemnie było wrócić na „stare śmiecie”. Będąc daleko od domu, zazwyczaj staram się tak zorganizować wyjazd, by na koniec, choć na chwilę, zameldować się w miejscu skąd cała podróż się zaczynała. Czy powrót do Seulu był sensowny? Mógłbym ten jeden dzień więcej spędzić na koreańskiej prowincji, ale miałem wrażenie, że zupełnie nie poznałem tego molocha, w którym tak wiele czekało jeszcze na odkrycie.
Do hostelu trafiłem bez problemu, dostałem najgorszy do tej pory pokój ze wszystkich w jakich spałem i szybko udałem się na rekonesans. W pierwszej kolejności, wypadało coś zjeść. Wybrałem się do znanej mi już knajpy, gdzie zamówiłem pierwszą ośmiornicę od kilku dni. Smacznie, zdrowo i umiarkowanie tanio (7.000 wonów łącznie z miseczką ryżu). Ale czy będzie mi tego brakowało? Chyba nie. Koreańska kuchnia nieprzypadkowo przecież „przegrywa” z kuchnią japońską, chińską, wietnamską, tajską czy nawet filipińską. Niektóre rzeczy, takie jak barbeque galbi czy kimchi, mają swój czar, ale ogólnie rzecz ujmując, dziwne tu panują tak zwyczaje jak i doznania.


Po wysiadce w biznesowym centrum Seulu, udałem się spacerem w kierunku Cheonggyecheon. To jedna z najnowszych atrakcji miasta. Niegdyś był to niepozorny i zapomniany strumyk, zagubiony gdzieś pomiędzy strzelistą zabudową. Sporym wysiłkiem architektonicznym uczyniono z niego przyjemną trasę spacerową, wiodącą znajdującą się pod poziomem jezdni niecką. Na dole panuje zaskakująca cisza, szumi woda, oczy cieszą wystawione rzeźby i imponująca z tej perspektywy panorama wieżowców. Cały projekt był areną ogromnych protestów i afer. Organizacje ekologiczne narzekały na zniszczenia wyrządzone przyrodzie (faktycznie, wszystko zalane zostało betonem), koszty wykonania poszybowały w górę, a opinia publiczna wstrząśnięta była rozmiarem łapówkarstwa towarzyszącego budowie. Po kilku latach Cheonggyecheon to nowy, nader fotogeniczny symbol Seulu.




Jednak to miasto ma także swoje szare i brzydkie oblicze. Pisząc szczerze, w niektórych miejscach atmosfera improwizacji i zaściankowości była tak silna, że gdyby nie pogoda, mógłbym uwierzyć, że dziwnym trafem przeniesiony zostałem do Bangkoku. Brudne uliczki, ciemne zaułki, budynki o elewacji przykurzonej przez czas oraz smog – wszystko to przypomina, że Korea Południowa to nadal Azja, jedyna w swoim rodzaju ojczyzna pierdolnika we wszelkim wydaniu.





Ilekroć wędrowałem po ulicach stolicy, tylekroć natrafiałem na takie lub inne protesty. Koreańczycy od dawna mają na pieńku z władzą i głośno dają temu wyraz. Mając na uwadze, że niemal każdy rząd oskarżany był o rozmaite malwersacje, trudno im się dziwić. Tego dnia napotkałem na kilka kolejnych pikiet. Najpierw minąłem grupkę starszych osób, która nagrodziła głośnymi oklaskami płomienną przemowę krasomówcy z megafonem. Wieczorem trafiłem na koncert o silnym zabarwieniu politycznym – dyskretnie obserwowany przez silną grupę uzbrojonych po zęby policjantów. W powietrzu czuć było złość i niezgodę, jednak wędrowałem pomiędzy proporcami z poczuciem absolutnego bezpieczeństwa.


Tak naprawdę, krążyłem po okolicach sobie już znanych. Ale tym razem skupiałem się na miejscach, które wcześniej tylko mijałem, spiesząc się do tego czy innego pałacu. Tym razem miałem czas na zgłębienie kilku zaułków. Takich chociażby jak Park Tapgol, którego główną atrakcją jest piękna pagoda z epoki dynastii Joseon. Niestety, przezorni Koreańczycy ukryli ją w szklanej obudowie, co pozbawiło ją jakiejkolwiek fotogeniczności.




Kilka przecznic dalej „odkryłem” jeden z najbardziej zaskakujących punktów na mapie całego Seulu, Park Jongmyo. Oprócz tego, że znajduje tam się słynna konfucjańska świątynia, jest to także miejsce spotkań tutejszych emerytów. Pod drzewami, na rozlicznych ławkach przesiadywały setki mężczyzn. Rozmawiali, odpoczywali, dumali na świeżym powietrzu oraz zaciekle grali w rozliczne gry planszowe na czele z „Go”. Przy niektórych stolikach zbierały się grupki kibiców, a na twarzach grających rysował się stan wysokiego skupienia uwagi. Ci nieliczni, którzy byli w stanie oderwać się od emocji, witali mnie uśmiechami i skinieniami głowy, przez co zupełnie nie chciało mi się opuszczać Parku Jongmyo i jego miłych tubylców.







O ile Jongmyo było oczarowaniem, wielki bazar Dongdeamum wręcz odwrotnie – nieco mnie rozczarował. Wybrałem się tam w poszukiwaniu prezentów. Jednak „tekstylna” jego część była już w większości zamknięta. Krążyłem po alejkach i nie byłem w stanie znaleźć nic ciekawego, tym bardziej, że ceny większości rzeczy nie należały do przystępnych. Dużo żywiej i ciekawej było w części „restauracyjnej”. Setki garkuchni działało na pełnych obrotach pod dachem, co sprawiało, że powietrze w środku było tak gęste od zapachów, że można się było nim najeść. Kilka potraw zwróciło moją uwagę – szczególnie grube zwoje kiełbas przypominających rodzimą kaszankę.






Tuż przed zmrokiem dotarłem do pałacu Uhnyeongung. Nie jest on zaliczany do „Wielkiej Piątki”, ponieważ nigdy w jego historii nie był siedzibą dworu królewskiego. Jego środek odbiegał stylistyką od całej reszty jaką widziałem do tej pory. Przede wszystkim, był mały – składał się z kilku skrzydeł i małych placyków otoczonych przez budynki. Nie był monumentalny, a wręcz przeciwnie, uwodził swym niemal wiejskim klimatem. Niestety, po chwilowej kontemplacji przyszedł do mnie ochroniarz i wskazał na zamykającą się właśnie bramę wejściową.


To nie był lekki dzień. Wieczorem wpadłem w szał zakupów w Insandong. Ciekawostką ze sklepów z pamiątkami było to, że w każdym z nich łaziła za mną jakaś kobieta z obsługi. Gdy tylko zacząłem się na coś patrzeć dłużej, zaczynały się ich monologi zachwalające ofertę i cenę. Okropnie to było irytujące, więc bawiłem się z nimi w kotka i myszkę, uciekając co rusz, żeby mieć dla siebie chwilę na zastanowienie się. Jednak ich taktyka okazała się nader efektywna. Goniły mnie przez pół sklepu i kłapały buziami zagłuszając mój głos rozsądku. Gdy tylko zobaczyłem w hostelu co kupiłem (i za ile!) załamałem ręce nad swoją głupotą.
Późnym wieczorem zebrałem się na kolację. Z mojego pokoju wywabiły mnie zapachy produkowane przez okoliczne restauracje. Głodu nie zabiła kanapka, więc zdecydowałem się na coś konkretniejszego. Niestety, wybór okazał się być dalece nietrafiony. Zupę Naengmyeon jadłem już wcześniej i wiedziałem, że mogę spodziewać się długich klusków w towarzystwie jajka oraz ostrego sosu chili. Tym razem jednak dostałem „letnią” mutację tego dania. W misce było szaro i smutno. Całość zaś została udekorowana najprawdziwszymi kostkami lodu. Jak już wspominałem, koreańska kuchnia bywa dziwna i ten moment był chyba kulminacją moich kulinarnych przeżyć. Rozumiem, że chłodnik jest chłodny, ale lodowaty? Kto to je? Poza oczywiście głupim białasem jak ja. Jakby tego było mało, smak był nijaki, kojarzył mi się z kranówką, do której włożono kluski, posypano sezamem i zapomniano o przyprawach. Wyszedłem niepyszny, ale zły humor szybko mi minął, gdy uświadomiłem sobie, że jutro ostatni dzień w tym miejscu i nie wypada się na koniec obrażać na ten szalony kraj. Nawet jeżeli za kilkanaście złotych otrzymuje się coś absolutnie niezjadliwego.



