
Tyle lamentów. Część oficjalna się skończyła, a ja zmieniłem hotel służbowy na prywatny. Tym razem, wyjątkowo, zdecydowałem się spać za własne w warunkach godnych. Miałem naprawdę świetny pokój, łóżko było wielkie, łazienka również. Ha! Miałem łazienkę w pokoju, to dopiero rarytas. Sam hotel był w dobrej lokalizacji, kilka kroków od rzeki. W przeciwieństwie do poprzednich wyjazdów na amerykańską ziemię, z przyjemnością do niego wracałem w ciągu dnia, żeby odpocząć i się odświeżyć. Szczególnie, że wyszedłem z wprawy w tak intensywnym zwiedzaniu. Codziennie robiłem dziesiątki kilometrów na nogach i wieczorami dosłownie nie mogłem usiąść, tak mnie wszystko bolało.

Mając na uwadze fakt, że w Polsce czekano na dokument ode mnie, pozwoliłem sobie tylko na mały spacer po zmroku. Wyszedłem z hotelu i … poczułem się w końcu wolny. Tak naprawdę, dopiero tego dnia, zrozumiałem w pełni, że jestem w Chicago, że mam przed sobą weekend na obcowanie z tym miejscem, że mogę się otworzyć na nowe doznania. Włączyłem swoją ciekawość świata i dałem się jej ponieść w mrok miasta.




Patrzyłem się na ludzi, zarówno tych spieszących na imprezy, jak i tych, którzy nadal pracowali. Tu i tam spotykałem różnych dziwaków, którzy, co rzecz typowa dla USA, nie wzbudzają niczyjego zainteresowania, poza przybyszami z innych światów. Krążyłem po ulicach, zaglądałem w zaułki, przypominałem sobie swoje wyjazdy sprzed lat. A potem, przypomniałem sobie, że czas wracać przed laptopa, więc kierowany poczuciem obowiązku, wróciłem grzecznie do hotelu, z piwem, albo nawet trzema. Oglądałem NBA, słuchałem Lynyrd Skynyrd i muszę przyznać, że tego wieczora byłem wyjątkowo płodny, jeżeli chodzi o efekty mojej pracy. Chicago zaczęło mi najwyraźniej dobrze służyć.
