piątek, 27 października 2017

27.10, Moje małe "Free at Last"

Przykro to pisać, ale firmowe spotkania mnie naprawdę wymęczyły. Zarówno ich forma, jak i ludzie dookoła. Zabrakło mi jakiejś bratniej duszy. Zawsze jakąś znajdowałem, a tym razem, niestety, nie było nikogo kto, by mnie zrozumiał i kto by myślał podobnie jak ja. Gdy tylko skończyliśmy ostatnią turę, pożegnałem się i szybko uciekłem. Musiałem jeszcze wymigać się od kolacji, co nie było trudne, bo miałem do skończenia prezentację. Ale tak czy owak, było mi trochę głupio być aż takim antyspołecznym dupkiem.

Tyle lamentów. Część oficjalna się skończyła, a ja zmieniłem hotel służbowy na prywatny. Tym razem, wyjątkowo, zdecydowałem się spać za własne w warunkach godnych. Miałem naprawdę świetny pokój, łóżko było wielkie, łazienka również. Ha! Miałem łazienkę w pokoju, to dopiero rarytas. Sam hotel był w dobrej lokalizacji, kilka kroków od rzeki. W przeciwieństwie do poprzednich wyjazdów na amerykańską ziemię, z przyjemnością do niego wracałem w ciągu dnia, żeby odpocząć i się odświeżyć. Szczególnie, że wyszedłem z wprawy w tak intensywnym zwiedzaniu. Codziennie robiłem dziesiątki kilometrów na nogach i wieczorami dosłownie nie mogłem usiąść, tak mnie wszystko bolało.

Mając na uwadze fakt, że w Polsce czekano na dokument ode mnie, pozwoliłem sobie tylko na mały spacer po zmroku. Wyszedłem z hotelu i … poczułem się w końcu wolny. Tak naprawdę, dopiero tego dnia, zrozumiałem w pełni, że jestem w Chicago, że mam przed sobą weekend na obcowanie z tym miejscem, że mogę się otworzyć na nowe doznania. Włączyłem swoją ciekawość świata i dałem się jej ponieść w mrok miasta.




Patrzyłem się na ludzi, zarówno tych spieszących na imprezy, jak i tych, którzy nadal pracowali. Tu i tam spotykałem różnych dziwaków, którzy, co rzecz typowa dla USA, nie wzbudzają niczyjego zainteresowania, poza przybyszami z innych światów. Krążyłem po ulicach, zaglądałem w zaułki, przypominałem sobie swoje wyjazdy sprzed lat. A potem, przypomniałem sobie, że czas wracać przed laptopa, więc kierowany poczuciem obowiązku, wróciłem grzecznie do hotelu, z piwem, albo nawet trzema. Oglądałem NBA, słuchałem Lynyrd Skynyrd i muszę przyznać, że tego wieczora byłem wyjątkowo płodny, jeżeli chodzi o efekty mojej pracy. Chicago zaczęło mi najwyraźniej dobrze służyć.