poniedziałek, 25 września 2017

23-25.09, Schematyzm w praktyce: Orłowo raz kolejny

Schemat pogania schemat! Jest wrzesień, więc pora pojechać do Orłowa. To już powoli nasza tradycja, choć tym razem jedziemy nie w komplecie, a tylko z Gabrielą. Czeka nas uroczy, przedłużony co nieco weekend, który jest nagrodą za ciężki i szczęśliwie, zwycięski projekt przetargowy w pracy.

O tym miejscu napisałem już wiele. I wiele więcej napisać się już chyba nie da, szczególnie, że wymyślone rok wcześniej stwierdzenie, że “Orłowo to Żoliborz nad morzem” uważam za zdanie, które temat niemal wyczerpuje. Można do niego dodać również to, że ilekroć to miejsce wspominam, tylekroć budzi się we mnie chęć pojechania tam ponownie. Zamykam wtedy oczy i widzę siebie spacerującego ulicą Króla Jana III wprost na nadmorską promenadę, gdzie z reguły o tej porze wieje przyjemna bryza znad wody. W marzeniach odwiedzam kawiarnię w Domku Żeromskiego, a potem siadam na ławce i po prostu gapię się na morze. Wracając, odwiedzam molo, po którym spaceruję krokiem dostojnym i powolnym, tak żeby nacieszyć się każdym momentem. Przemykam też przez skwer Suchanka, czyli wybitnego malarza-marynisty (o czym wie już nawet moja żona, którą co jakiś czas zamęczam o to pytaniem). Potem otwieram oczy i widzę, że jestem w biurze. Nie mogę jednak przestać myśleć o swoich wizjach, więc kończę z rezerwacją hotelu i wystawionym wnioskiem urlopowym. Tak to właśnie było, drogi sądzie.

Lubię to całe Orłowo i to pomimo tego, że nasza “znajomość” zaczęła się przed laty w sposób, który nie sugerował takiego głębokiego afektu. Jednak szczegóły tegoż wydarzenia pozostawię już tylko dla siebie.

***

Mieszkamy w przybytku, w którym już kiedyś, przed laty spaliśmy. Taki jestem sentymentalny, że lubię czasem wrócić na stare śmieci. Śniadania zaś jemy w jednej z modnych knajp zlokalizowanych w tzw. nowym budownictwie. Orłowo się buduje i zmienia na naszych oczach, ale trzeba przyznać, że ten cały postęp pasuje do tego miejsca. Nowe budynki są reprezentatywne i najczęściej mają w sobie owego “marynistycznego” ducha, którego oczekiwać należałoby od tej nadmorskiej lokalizacji. W samej knajpie czuję się jednak zawsze reprezentantem trzeciego świata. Siedzę w pomiętych, poplamionych spodniach, moja koszula jest niewyprasowana, włosy zmierzwione, a obok mnie, swoje bezglutenowe posiłki kontemplują ludzie, którzy wyglądają jakby całe życie byli na urlopie. Mimo to, Orłowo jest chyba jedynym miejscem w Polsce, gdzie takie sąsiedztwo mi wcale nie przeszkadza. Tu po prostu czuć, że ten dyskretny urok burżuazji jest u siebie w domu i że nie jest wcale na pokaz. A przynajmniej, takie odnoszę wrażenie, już kolejny raz.

Z kulinarnych odkryć, to odwiedziliśmy w końcu “Tłustą Kaczkę”, najlepszą ponoć restaurację w tej okolicy, do której jednak nigdy jakoś nie było nam po drodze. Moje jedzenie było nawet dobre, chociaż niska jakość dania Gabrysi zachęciła mnie do następującej konstatacji: “restauracja jest tak dobra, jak dobre jest jej menu dziecięce”. A w tym przypadku, niestety, było przeciętnie. “Tłustej Kaczki” już raczej nie odwiedzę, także z tego powodu, że siedzieliśmy tam obok kobiety, która była modelowym przykładem wrednego i wymagającego klienta. Jej odzywki do kelnera powodowały we mnie mieszaninę śmiechu, wzburzenia i … strachu. Dawno nie słyszałem takiej kawalkady obelg, utyskiwań i złośliwości. Byłem nawet ciekaw kim owa starsza pani jest i w jaki sposób dorobiła się tak ciekawej osobowości, ale zamiast zgłębiać temat, wolałem zjeść swoje, zapłacić i ucieć od niej jak najdalej.

Dni mijały nam na spacerach po okolicy. I poszukiwaniach ślimaków, który stały się tematem przewodnim tego wyjazdu. Gabriela uparła się, że chce potrzymać jednego na ręku. Chociaż oboje wiedzieliśmy, że gdy tylko jej jakiegoś znajdę, to ona ucieknie w popłochu na widok jego śliniącej się macki. Ale tak to była nad wyraz spokojna, może dlatego, że pierwszego dnia poszliśmy do centrum handlowego na małe zakupy i przez cały pobyt w Orłowie paradowała z zabawką-psem. Można to nazwać przekupstwem, a można również - sztuką negocjacji. Poza tym grzecznie pozowała mi do zdjęć, jadła wszystko, słuchała się taty i tylko czasem doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Ja zaś poodychałem jodem i trochę z żalem żegnałem się z “jako taką” pogodą, ponieważ do Polski wkraczała już ponura jesień, a ja postanowiłem, że jesienią podróżować nie będziemy, bo to się mija z celem podróżowania jakim jest radość.