środa, 6 stycznia 2010

Rzym closer and closer

W sumie za dwa tygodnie pora lecieć do Rzymu. Tak się zacznie rok 2010 w najważniejszej dla mnie rzeczy na świecie, czyli w podróżowaniu.

Emocje nieco mniejsze, albowiem, raz że Wieczne Miasto pamiętam nader dobrze, dwa, że po głowie plącze się myśl, aby polecieć znowu gdzieś bardzo daleko. Europa już tak nie cieszy, chociaż każda sposobność, by uciec od biurkowego holocaustu jest wybawieniem.
Dlatego też cierpliwie czekam na promocje lotnicze, by coś zakupić i zacząć odliczanie do naprawdę poważnej wyprawy.

Tymczasem jednak jest Rzym. Hotel już zabukowany. Nazywa się Sleeping Beauty i jak znam przewrotność tych durnych makaroniarzy, z pewnością nazwa będzie odległa od rzeczywistości. Na zdjęciach, jak wszystko, prezentuje się sensownie.


Wejście jak wejście w sumie. Wiele o miejscu może mówić fakt, że nie jest ono jakoś specjalnie oznaczone, to może być równie dobrze wejście do sklepu mięsnego, burdelu albo nieśmiałego hoteliku.


Korytarz nie wygląda najlepiej, krzycząc „byłem szczytem fasonu w latach 50-tych“. Zaczynam się niepokoić, czy we Włoszech ciągle modna jest lamperia?


To na pewno nie jest oryginalny obraz. Pokój skromny, ale daje nadzieje na to, że nie będzie może jednak tragedii.


Te meble to albo znak, że wszystko jest w stylu klasycznym, a więc gustowne, albo że po prostu od lat nie było tam nic zmieniane i panuje ssyf&malaria.

Wylot – 21 stycznia. Fajnie będzie się znowu pokręcić po tym jakże pięknym mieście.