Koniec roku to czas różnych podsumowań. Jako że blog traktuje jedynie o moich wojażach, a nie, na szczęście, o innych aspektach życia osobistego, napisać takowe nie będzie ciężko. Bo raz, że jest o czym, a dwa, że można wyjątkowo powiedzieć wtedy: to był dobry rok. A nawet bardzo dobry.
Szaleństwo podróży trwało w najlepsze. Myślałem, szczerze, że mijające dwanaście miesięcy takie nie będzie. Okazało się jednak, że rok 2008 został pobity i pozostawiony w polu, chociaż poprzeczka została postawiona bardzo wysoko. Idąc po kolei, na moje wojaże składały się:
1) Nowy Jork & Nowy Orlean & Nowy Jork
2) Budapeszt
3) Czarnogóra & godzina spędzona w Dubrowniku
4) Trynidad & Tobago & Nowy Jork
5) Stambuł
Czyli mniej wałęsania się po Starym Kontynencie, za to więcej podróży o charakterze, nie bójmy się tego słowa, interkontynentalnym. Takie zresztą było założenie. Po pierwsze, ekonomia, bo co to bliżej, bywa zaskakująco drogie, po drugie, po Tajlandii pojawiła się głęboka potrzeba wizytowania, miejsc dalekich i egzotycznych.
Gdybym miał to jakoś podsumować, to poza suchymi liczbami, przydałoby się coś więcej. Cyferkowo jednak:
- 22 loty samolotem, co daje 2 dni i 7/10 trzeciego spędzone w powietrzu
- okrążyłem ziemię dookoła, albowiem przeleciałem 45 tysięcy kilometrów
- byłem na 13 lotniskach
- mój tyłek zaszczycił swoją obecnością 6 państw, a licząc tranzyty to aż 9
- nie powiem ile pieniędzy na to wydałem, bo wolę się nie denerwować
A wspomnienia są bezcenne.
Pierwszy raz zobaczyłem na własne oczy Nowy Jork. By po kilku miesiącach do niego powrócić niemal z łzami radości w oczach. Byłem w Nowym Orleanie i oddychałem wilgotnym powietrzem stolicy grzechu, jazzu i występku. Płynąłem po wielkiej Mississippi River. Ba, z okna samolotu widziałem panoramę Chicago, a nawet robiłem siku w samolocie stojącym na wielkim O’Hara Airport. Jeździłem budapesztańskim metrem pamiętającym XIX wiek i spacerowałem po klimatycznych uliczkach stolicy Węgier. Błądziłem pod stadionem w Podgoricy, jadłem kolacje na promenadzie w Herzeg Novi, rozczarowałem się tłokiem panującym w Dubrowniku. W końcu odbyłem najdłuższą podróż lotniczą cywilizowanego świata i po ledwie ponad dobie, zameldowałem się via Dublin i NYC w pięknym karaibskim Tobago. I w ten sposób trafiłem do miejsca, które zawsze chciałem zobaczyć. Siedziałem na plaży, widząc jak Morze Karaibskie zlewa się z Atlantykiem, słuchałem soca, oddawałem hołd kurlandzkiej przeszłości wyspy. Unikałem niebezpieczeństw Port-of-Spain, zachwycałem się wybrzeżem Trynidadu, podróżowałem po jego bezdrożach z etiopskim taksówkarzem. Ponownie ucałowałem nowojorską ziemię, odwiedzając dobrze znane, kochane miejsca. A na koniec, po drugiej próbie, zobaczyłem Stambuł, czyli najbardziej bodaj egzotyczne miasto nowoczesnej Europy.
Brzmi to fajnie i tak właśnie było. Chociaż, mam takie wrażenie, że jednak ciągle Tajlandia jest najpiękniejszą wyprawą jaką podjąłem. Ale to z kolei Trynindad & Tobago jest tą najbardziej szaloną.
Jaki będzie przyszły rok to nie wiem. Jako osoba pokorna, nie będę rozwodził się nad planami. Jako osoba zdroworozsądkowa wiem doskonale, że dawno temu przegrałem już walkę z nałogiem, więc nie będę się oszukiwał, że już nigdzie nie pojadę. Bo pojadę, niezależnie od budżetów jakimi będę dysponował. Najwyżej będzie to po prostu coś taniego i blisko. Ot, kolejny rok z nałogiem.
