Niby za tydzień o tej porze będę się zbierał w kierunku Okęcia, ale odczuwam silną potrzebę zaplanowania sobie urlopu w marcu. Dłuższego, gdzieś dalej, gdzieś gdzie jest egzotycznie i bardziej dziko. Gdzieś gdzie się leci długimi godzinami, a zerkając przez okno widzi się świat inny od tego znanego nam z codzienności.
Jednym słowem rozpiera mnie moja poriomania wsparta chęcią ucieczki od biurkowego holocaustu. Chciałbym znowu mieć proste zmartwienia człowieka w podróży. Gdzie coś zjeść, jak znaleźć mój hotel, jak dogadać się z kimś kogo zupełnie nie rozumiem, jak dotrzeć do punktu na mapie, jak wrócić. Życie :-)
Skoro tak – pierwsza rezerwacja poszła. Lufthansa bije Polaków, ale czasem ma gest i robi jakąś miłą niespodziankę cenową.

Mexico City czeka aż opłacę stosowną kwotę. Stosunkowo niewielką jak na wyprawę na drugą półkulę. O ile zdążę.
Kiedyś wszystko byłoby proste i już bym mógł powiedzieć, że bilety mam i zaczynam przygotowania i odliczania do wielkiej przygody. Obecnie jest nieco trudniej. Ale na szczęście jeszcze nie beznadziejnie, a nadzieja umiera ostatnia. Może się uda.



To z pewnością fajne miasto. Pewnie nieco niebezpieczne, szalone, chaotyczne i brudne od smogu i milionów ludzi po nim krążących każdego dnia. Ale nie powiem – z chęcią bym je zobaczył, a następnie nieco powłóczył się po samym Meksyku. Jako tako wpisywałoby się to w moje ostatnie podróże, które wiodą mnie ostatnio zazwyczaj właśnie w kierunku zachodnim.
Może i nigdy nie marzyłem o takich właśnie wakacjach, ale to się nazywa spontaniczność i to jest to co w sobie lubię.
No ale zobaczymy co to będzie, tak czy owak, bilety czekają aż przyjdą do nich moje pieniążki i powiedzą „wypierdalać w podskokach do Pana”.
