Odprawiamy się zgrabnie, mnie zaczyna coś cisnąć w żołądku. Czosnkowa orgia daje o sobie chyba znać. Na nas już czeka znany i ceniony „ołówek”, czyli wąski Embraer 145. A do tego, malowanie ma w kolorze niebeskim, zaś na kadłubie widać napis Dniproavia zamiast oczekiwanego Aerosvit.

Szybko się wznosimy ponad pokrywę chmur i po godzinie z okładem, jesteśmy na miejscu, czyli w Kijowie. Po cichu liczyłem, że może jednak będziemy na nowym i pachnącym świeżością Terminalu F, ale jednak siedzimy na tym starym, czyli Terminalu B i czekamy na kolejny lot. Dziewięć i pół godziny. Pod koniec takiej wyprawy, człowiek (a przynajmniej ja) zaczyna mieć uczucie, że spędził w tej metalowej tubie kilka dni, a poza nią nie ma już innego życia. Ale wiecie co, zbliżamy się przecież do Bangkoku i podniecenie zaczyna się udzielać coraz to mocniej.
W marcu br lecieliśmy Aeroflotem i była to okazja ku temu, by przekonać się, że rosyjskie linie lotnicze nie są wcale takie złe jak je inni rysują. Zastanawiałem się ostatnio jak wypadnie Aerosvit. Muszę przyznać, że zasługuje na ocenę gorszą niż jego rosyjscy „bracia”.
Sam przelot był w porządku, ale wspomnę jedną rzecz. Głos pilota przed lądowaniem wskazywał albo na to, że człowiek ten jest bardzo zmęczony, ma ewentualnie wrodzoną wadę wymowy ale po prostu jest kapkę pijany. Ja obstawiłem to ostatnie i z niepokojem obserwowałem każdy kolejny manewr.
Serwis pokładowy nie należał ani do najgorszych ani do najlepszych. Personel był miły i nie bił klientów. Jedzenie podano dwa razy, ale jego jakość pozostawiała sporo do życzenia. Zapamiętałem szczególnie przedziwną „sałatkę” na którą składało się – słodka galaretka w kształcie kawałka pomarańczy, dwa kawałki sera oraz pokruszone paluszki. Chciałbym poznać geniusza, który to wymyślił – przekazałbym mu wtedy palmę lidera śmieciowego żarcia, którą przejął w ten sposób od American Airlines.
