niedziela, 7 listopada 2010

Dzień drugi, czyli spacerowanie z czosnkowym epizodem na końcu

Jednej rzeczy nie przewidzieliśmy – że w Rydze będzie aż tak lodowato. Pogoda jest piękna, na niebie żadnej chmury. Ale to jednak miasto nadmorskie i wiatr znad wody skutecznie chłodzi i sprawia, że po chwili szczękamy zębami. Nie chciało nam się zabierać grubych rzeczy żeby ich potem nie nosić, czyli coś za coś, teraz nieco marzniemy.

Rano rezygnujemy z hostelowego śniadania (co mam już w zwyczaju) i udajemy się do lokalu sushi. Gdzieś czytałem, że tutejsza „scena kuchni japońskiej” rozwija się prężnie i oferuje naprawdę dobrą jakość potraw. Ja wziąłem spring rollsy, Ania zamawia takie śmieszne ryżowe kwadraciki – nie znam się na sushi. Ale jako specjalistka stwierdza stanowczo, że nie jadła go do tej pory tak smacznie zrobionego. Więc polecamy.



Po tym jakże klasycznym i bałtyckim śniadaniu ruszamy w Rygę. Włóczymy się po ulicach Starego Miasta i trafiamy do kościoła św. Piotra. Za niewielką opłatą można wjechać windą na taras widokowy zlokalizowany jakieś 70 metrów nad ziemią. Panorama ciekawa, dopiero stąd widać jak to miasto jest gęsto zabudowane i w sumie spore. Na naszym celowniku lokalizujemy kolejne cele – Hale Targowe oraz tutejszy Pałac Kultury i Nauki.




Ale zanim do tego przejdziemy spędzamy nieco czasu na bezowocnych poszukiwaniach toalety. Jak na złość, gdy potrzeba żadnej dookoła nie widać. Ostatecznie meldujemy się w całkiem miłym pubie, gdzie spożywamy rozgrzewającą kawę oraz herbatę. Odnośnie lokali – jest ich nie tylko dużo, ale praktycznie każdy ma swój własny, zgrabny i ciekawy styl. Dla miłośników szwędania sie po takich przybytkach, Ryga z pewnością ma do zaoferowania niejedną perełkę.


Z Halami Targowymi wiąże się ciekawa historia. Można przeczytać, że są to byłe hangary Zeppelinów. Nie jest to do końca prawda. Z hangarów, owszem pochodzi konstrukcja dachów, natomiast cała reszta została zbudowana w latach 20-tych ubiegłego wieku. Stalowa konstrukcja przyjechała do Rygi z południa kraju, gdzie w okresie I WŚ istniała baza lotnictwa wojsk niemieckich. Tak czy owak – dla miłośnika lotnictwa jest to dodatkowa atrakcja.



W środku w najlepsze trwa handel. Dominują artykuły spożywcze i gdzie jak gdzie, tu czuć w końcu, że mamy do czynienia ze wschodem. Babulinki oferują przeróżne produkty, nas najbardziej interesuje część w której sprzedawane są ryby i produkty „okołorybne”. W powietrzu aż gęsto od zapachu, a wzrok przeskakuje od jednego do kolejnego stanowiska. Czego tu nie ma...



Krótki spacer od hal i jesteśmy pod Pałacem Nauki. Dla nas to w sumie nic ciekawego, bo budynek to jedna z „sióstr” naszego PKiN. Podobnie jak i on, ryski pałac został wybudowany jako „dar” od wielkiego narodu sowieckiego dla Łotyszy. Ten jednak jest mniejszy od warszawskiego, a do tego, choć to niemożliwe, wydaje się być jeszcze brudniejszy na zewnątrz.

Jako że popołudniowy spacer wymraża nas doszczętnie, szukamy lokalu na pożegnalną obiadokolację. Wybór pada na miejsce przedziwne, fascynujące i ocierające się wręcz o surrealizm. Kiploka krogs to garlic bar, czyli miejsce gdzie każde danie... ma w sobie czosnek. Nawet lody czy ciasto. Po otwarciu drzwi uderza w nas zdecydowana woń potwierdzająca czyje jest to królestwo. Dania były jednak smaczne i jak na ryskie standardy, dosyć tanie. Restauracja znowu może się pochwalić świetnym wystrojem, klimatem i co tu pisać – samym pomysłem. Niezłe było nawet piwo z czosnkiem, aczkolwiek dużo łatwiej przychodziło mi jego picie niż teraz tego wspominanie...



Wracamy do hotelu i powoli pakujemy manatki. To zabawne, bo człowiek ma wrażenie, że weekendowy wyjazd dobiegł końca i pora wracać do domu. A tymczasem, przed nami przecież clue całej wyprawy. Ale zanim dotrzemy do Chiang Mai, czeka na nas bardzo długi dzień, w którym najpierw trzeba będzie wstać przed słońcem, potem dotrzeć do Kijowa, tam spędzić kilka godzin na lotnisku, a następnie wsiąść do samolotu i spędzić w nim ponad dziewięć godzin. A jakby to było mało, potem jest jeszcze jeden lot, poprzedzony dwoma godzinami oczekiwania. Nawet nie chce mi się liczyć ile to będzie czasu spędzonego „na nogach” tudzież tyłku.