Na Okęciu jestem obecny, jak zawsze, sporo przed czasem, mam więc kiedy się ponudzić, tudzież popatrzeć na lotniskowe życie. Przed odprawą, to też już tradycja, wizyta w tej samej toalecie co zawsze oraz zakupy w tym samym kiosku. Przesądny nie jestem, ale do dzisiaj pamiętam jak pewnego dnia nie odprawiłem tego rytuału i do samego lądowania zastanawiałem się „kiedy spadniemy”. Wolę więc mieć swięty spokój.
Mniej więcej o tej samej porze co Lwów odprawiane było połęczenie do Rygi – już za tydzień znowu przypadnie mi być na Okęciu i udać się w tym właśnie kierunku. Zabawnie mieć świadomość, że jest się regularnym gościem lotniska. Przed moimi oczami zapełniał się także srebrny samolot należący do Aeroflotu. Zapewne ten sam, którym na wiosnę udawaliśmy się z Anią w pierwsze objęcia wietnamskiej przygody.
No właśnie. Nieco mi smutno bez towarzystwa. Niby ciągle lubię samotne wyjazdy, bo zmuszają one do chłonięcia otoczenia. Samemu człowiek obserwuje i zapamiętuje. Z kimś wygląda to inaczej. Z samotnych wyjazdów pamiętam dużo więcej. Ale z drugiej strony nie ma do kogo się odezwać ani kogo podenerwować. Za tydzień powinno być inaczej.
Sam lot perfekcyjny. Czas w powietrzu – miała być godzina, wyszło o kwadrans mniej. Wszystko gładko i bezboleśnie, obyło się bez dosłownie żadnej, nawet najmniejszej, turbulencji. Nie ma to jak ten nasz LOT, nawet kanapka mi smakowała.
Lotnisko we Lwowie to pierwszy sygnał, że jestem w innym świecie. To niesamowite. Jakieś 70 km stąd jest przecież Polska, może zaściankowa i nieco zaciągająca, ale jednak moja kochana Polska. Tymczasem tu jest wschód. A raczej Wschód, pisany dużą literą z szacunku i trochę ze strachu.
Budynek lotniska przypomina dworzec, na ten przykład ten w Kutnie. Pobudowany zapewne gdzieś w latach 40-tych, a może raczej 50-tych, niewielki, z kolumnami przy wejściach i wnętrzem które zupełnie nie pasuje do roli jaką przyszło mu pełnić.

Ale nie ma co się dziwić, bo ruch tu niewielki i poza lotami z Warszawy czy Kijowa, innych samolotów tu się niemal nie widuje wcale. Niedaleko obok buduje się chyba nowy szklany terminal, znak nowych czasów, które nie mają szacunku do przeszłości.
Cierpliwie czekam na swoją kolej do kontroli paszportowej. Młodzi mężczyźni ubrani w niedopasowane mundury wskazują kolejnym osobom do którego stanowiska mają podejść. Na oczy nachodzą im za duże czapki. Wschód na całego. Raz po raz słyszę jak kolejna osoba musi sie tłumaczyć pogranicznikowi. Po co tu przyjechała, co zamierza robić, gdzie będzie nocować. Mnie też to nie omija ale szybko dają mi spokój. Cały czas uśmiecham się do siebie, bo wszystko przypomina mi jedynie delikatną wersję tego co znam i pamiętam z Uzbekistanu. Zabawne to wszystko. I te srogie miny, i te wytarte wnętrze i celebrowanie wszelkich formalności.
Jestem jedyną osobą, która po wyjściu z lotniska decyduje się wsiąść do marszrutki. Taksówkarze są tym niepocieszeni. Po pewnej chwili zacząłem żałować tej decyzji, bo pojazd poruszał się nader ospale. Dosyć szybko zapełnił się ponad swoje możliwości i nawet siedząc, czułem że jest mi w tym tłoku niewygodnie. Ma to jednak i swoje zalety. Po pierwsze, oszczędziłem nieco, nieważne, że to groszowe kwoty. Po drugie i ważniejsze, mam okazję popatrzeć na współczesny Lwów. Są tu i blokowiska i targi i typowa postsowiecka szarość. Ludzie jakby bardziej zmęczeni, poważni i jeszcze biedniejsi. Po pewnym czasie jednak wjeżdżamy do centrum miasta i rzut oka za okno wystarcza mi do tego, by stwierdzić, że pora na wysiadkę, bo jestem na miejscu.
Szybko znalazłem Hotel Sun i to wtedy ukułem tytułowe stwierdzenie. Co tu strzępić pióro. Ukrainki są urodziwe, a ulica to niemal wybieg. Co prawda, rewia mody pachnie tu nieco klimatem białych kozaczków i tipsów, ale i tak moje fotograficzne oko co chwila natrafia na godny obserwacji obiekt. Kusa spódniczka mini to chyba nieformalne godło narodowe Ukrainy. Inna sprawa jest taka, że młodość jest tu piękna, a wiek dojrzały... Cóż, naprawdę nie wiem skąd biorą się te roztyte damskie pasztety po czterdziestce...
Lwów od razu mi się spodobał. Pal licho kobiety, przyjechałem tu dla miasta. Pierwszego popołudnia poszwędałem się po starówce, okolicach rynku, prospektach Szewczenki i Swobody. Pełno pięknych kamienic, kościołów, cerkwi. Ledwo chwilę po wyjściu z marszrutki polubiłem to miejsce, a spacery po zaułkach sprawiły jedynie, że mój zapał dodatkowo wzrósł.



W samym centrum miasta nadal stoi pomnik Adama Mickiewicza, takim jakim go stworzono. A mało tego, ciągle obowiązuje na nim polska pisownia. Nie powiem, zadumałem się chwilę i ja nad losem tych ziem. Nie po raz pierwszy i z pewnością nie po raz ostatni.

Kiedy już doczesność dała znać o sobie, postanowiłem znaleźć miłe miejsce na obiadokolację. Wybór padł na przybytek o nazwie Kupol. Nazwa może i budzi w człowieku niebezpieczne skojarzenia, ale zupełnie niepotrzebnie, bo restauracyjka to znakomita. Po pierwsze, czas tam zatrzymał się w 1938 roku. Już na zewnątrz oko cieszą reklamowe szyldy z piękną polszczyzną, zaś w środku jest nie mniej klimatycznie. Na ścianach pełno pamiątek z okresu przedwojennego. Tu człowiek znowu może pomyśleć chwilę nad przedziwnymi dziejami tego miasta.


Zamówiłem wieprzowinę w sosie z jabłek. Danie dobre, a cena przyjemna dla portfela. Spisuję póki pamiętam – 70 hrywien. Do tego doszło miodowe piwo, które okazało się mordercą mojej energii. Krótko mówiąc – po wyjściu z Kupola zapragnąłem znaleźć się w hotelowych pieleszach. Powrót nie nastąpił może szybko ale ostatecznie zameldowałem się z powrotem wcześnie. Wolę chyba naładować baterię i rano wstać pełen energii niż chodzić po ciemnym już Lwowie z ciężką głową.
