I to wbrew pogodzie. Po śniegu zostaje coraz mniej śladu. Z nieba zaciekle pada chłodny deszcz, przez który tworzy się owa specyficzna, miejska mgła oblepiająca każdy zaułek. Wilgoć jest wszechobecna. Tłuste od wody chodniki „zachęcają” do ślizgania się, więc trzeba uważać pod nogi.


W takich miejscach jak to człowiek czuje się jak dziecko (i to we mgle). Podróże można kochać za wiele rzeczy. Jedną z nich jest to uczucie, gdy trafiamy do odległego miejsca obcego nam pod każdym niemal względem. Miejsca którego mieszkańcy porozumiewają się językiem, którego nie jesteśmy w stanie zupełnie zrozumieć. A więc i ją teraz idę przez obce mi Tbilisi. Zerkam na szyldy i widzę w nich ciąg robaczków, które nie mówią mi zupełnie nic. Słucham rozmów ulicy i nie mam zielonego pojęcia czego mogą dotyczyć. Ba, nie jestem w stanie powtórzyć ani słowa. Podróże sprawiają, że znowu jesteśmy przez chwilę dziećmi – trzeba do nas mówić powoli, pokazywać rękami o co chodzi, a najlepiej nas jeszcze pogłaskać po główce i dać lizaka na do widzenia. A jak coś nabroimy? Trudno, wolno nam więcej, bo słodkie z nas gapy. Jak tego nie kochać?
Postanawiam dotrzeć do Starego Miasta. Jeżeli już znajdzie się drogę do głównej arterii miasta, czyli Alei Rustavieli, nie jest to zadanie zbyt trudne. Po prostu trzeba iść do przodu. A przy okazji podziwiać miejskie życie współczesnej Gruzji.

Aleja to najsłynniejsza ulica kraju. Jest szeroka i pełna reprezentacyjnych kamienic. Na środku suną sznury aut, co odbiera jej nieco zalet. O przebiegnięciu na drugą stronę nie ma mowy (co oznacza, że to nie może być Azja!). Do tego służą nieliczne podziemne przejścia.

W nich, chroniąc się przed deszczem, kryje się smutniejsze oblicze Tbilisi. Starsze kobieciny sprzedające pomarańcze, żebracy i bezdomni czekają na jałmużnę. Dużo tu takich widoków. Ale jednocześnie sporo tu także symboli bogactwa. Samochody są głównie nowe, zachodnie i najlepiej terenowe (co mnie wcale nie dziwi, bo błota tu więcej niż w Polsce). Pełno eleganckich sklepów i marek, na które nie ma co czekać w Warszawie. Dziwne to robi wrażenie, chociaż to nic nowego. Bieda i bogactwo idą ramię w ramię wszędzie na świecie.


Melduję się na placu o nazwie nie do wymówienia oraz zapamiętania. Gdzieś tutaj powinno zaczynać się Stare Miasto ale coś go nie widać. Ostatecznie trafiam tam nieco boczną drogą.


Ulice robią się wąskie i bardzo ale to bardzo zaniedbane. Pojawiają się budynki z charakterystycznymi zdobionymi balkonami. Zdarzają się drewniane, jak i metalowe balustrady o przeróżnych kształtach.

Przypomina mi się Nowy Orlean. Zadziwiające, że można odnaleźć taką samą zabudowę tak daleko od siebie. Oba miejsca dzieli od siebie naprawdę dużo, ale gdzieś koniec końców wyprodukowały one taki sam styl architektoniczny. Tyle tylko, że Tbilisi jest zaniedbane. O i to jak. Niektóre budynki wyglądają jakby zaraz miały się zapaść. Niektóre już to nawet zrobiły. Wszechobecny deszcz jedynie dodaje im smutnego oblicza. W tej wilgoci wszystko wygląda posępniej i szarzej. Jakby po dotknięciu miało się rozsypać w drobny pył.

Schodzę w dół (strome uliczki są tutaj wyzwaniem) i już nie wiem w którą stronę iść. Dookoła tyle atrakcyjnych zakątków walczy o moją uwagę. Pierwszeństwo ma jednak świątynia majestatycznie stojąca na urwisku po drugiej stronie rzeki Mtkvari. Kościół nazywa się Metekhi i jest spowity mgłą. Robi wrażenie mistyczne, nawet jeżeli dookoła mnie w najlepsze trwa samochodowy żywioł.


W Kościele jestem świadkiem ślubu (nie pierwszego i nie ostatniego tej niedzieli). Państwo młodzi zajeżdżają elegancką Wołgą, goście czekają, radosny nastrój jednak psuje nie tylko aura ale i istny gang cygański. Starsze kobiety namolnie upraszają się o datki, podczas gdy dzieci dosłownie uwieszają sie nóg jednego z członków orszaku.

Są przy tym strofowane przez starszyznę, której widać nie w smak ich znikoma efektywność. Omijam to wszystko szerokim łukiem w obawie o to, że romskie rączki pobrudzą moje spodnie.
Wracam mostem na drugą stronę i trafiam w wąskie uliczki Starówki. Można ją podzielić na dwie umowne części. Jedna z nich jest zadbana i wypucowana do granic możliwości. Dookoła sklepy (puste), kawiarnie (pustawe) i restauracje (też niezbyt zapchane). W ciepłe dni wszystko to musi tętnić energią, obecnie cóż... Kaskady deszczu padają na to nieco sztuczne miejsce i to tyle z życia okolicy.

Druga część, znacznie większa to prawdziwe Stare Miasto. Domy drewniane, obok nich domy murowane, wszystkie mniej albo więcej, ale proszą się o remont generalny. Ulice z kocimi łbami to się wznoszą, to opadają.


Nie wiadomo gdzie skręcić, bo w każdym zaułku widać fotogeniczne balkony, fronty i witryny. Jest tu brudno, szaro ale autentycznie do granic bólu czy nawet przesady. Kiedyś zapewne w to miejsce wkroczy komercja, budynki doczekają się ekip, które doprowadzą je do stanu perfekcji. Póki co jednak, takie Tbilisi jest wizytówką i mam nadzieję, że takim jeszcze będę miał okazję je kiedyś zobaczyć.

Chociaż to postawa nader samolubna. Nie jest łatwo żyć w takim miejscu. Ludzie mają tu oblicza złe i smutne, do tego stopnia, że czasami wolę nie denerwować ich widokiem obiektywu.
Mijam ciekawe sklepy. Można kupić sporo suwenirów (o lekkim rustykalno-sowieckim sznycie), wina jak i ikony. Tych ostatnich całkiem sporo i nawet przez chwilę rozważam nabycie posrebrzanego Jezusa do powieszenia nad ciągle wirtualnym kominkiem.

Religia odgrywa tu wielką rolę. Kościołów jest naprawdę dużo i w niemal każdym jest tłoczno przez cały dzień. Niektóre pochodzą sprzed setek lat. Jestem świadkiem kolejnego ślubu. Zdjęcia młodej pary, proszę o uśmiech – krzyczy fotograf, a w tle wyciąga rękę kolejny żebrak.

Ale trzeba Gruzinom coś oddać – co chwila widać kogoś kto daje monety osobom potrzebującym i zachodnia znieczulica tu jeszcze nie dotarła.
Dzień się kończy, a ja postanawiam znaleźć wyszynk godny mej obiado-kolacji. Ostatecznie trafiam do miejsca o nazwie Caravan, które serwuje miks dań wschodu i zachodu. Pojawia się w menu nawet uzbecki pilav, czyli, przypomnijmy, mięso z ryżem nazywane „grą wstępną”. Ja zamawiam danie o bliżej nieokreślonej nazwie, które okazało się być sutym mięsiwem z dużą dawką cebuli i papryki. Smaczne. Wypijam jedno małe piwo (no, dwa) i czuję, że moja głowa zaraz wybuchnie. Często tak mam pierwszego dnia gdzieś zagranicą. Od nadmiaru emocji, zmęczenia i świeżego powietrza w płucach, staję się królową angielską która ma migrenę. Z bólu mróżę oczy i w stylu na chińczyka wracam Aleją Rustaveli do siebie.
Mój długi sen jest naprawdę wypoczynkiem, mimo iż przez moją głowę regularnie przetaczają się mongolskie hordy.
