czwartek, 6 stycznia 2011

06.01, czyli jowialny Eugenio i ojczyzna włoskiego placka

Za oknem typowa polska zima. Szaro, brudno, ponuro i chłodno. Mamy w tle taką oto scenerię, gdy wybieramy się do miejsca, gdzie w ciągu dnia będzie ponad piętnaście stopni, a niebo będzie w jedynie słusznym, błękitnym odcieniu.

Samolot do Rzymu jak zawsze niemal pełen. Towarzystwo iście mieszane. Pielgrzymi, turyści, emigranci wracający do swoich obowiązków zawodowych. No ale nieważne. Istotne jest to, że po raz trzeci będę na Fiumicino. Kto by się spodziewał, że będzie mi dane tak często odwiedzać to akurat lotnisko?

Szybko przemieszczamy się do Termini. Przez ponad godzinę nudzimy się oraz wspominamy poprzednią tu wizytę oczekując na pociąg do Neapolu. Odwiedzamy lokalnego Spar-a, gdzie ponownie dajemy się zadziwić mnogości tutejszych makaronów. Jest w czym wybierać i tylko szkoda, że plecaki nie są z gumy.

Włoska kolej ma wiele wspólnego z naszym rodzimym PKP, jednakowoż jakość świadczonych usług jest na zupełnie innym, wyższym poziomie (no bo na niższym to byłoby już doprawdy trudno).


Skład przyjeżdża na ten peron na który powinien, nasze miejsca na nas czekają wolne, nasze bilety zabukowane przez internet są ważne, a odjeżdżamy o czasie. A do tego, na miejsce przyjeżdżamy tak jak powinniśmy. A nawet chwilę wcześniej. Wszystko jak we włoskim zegarku.

Stacja kolejowa w Neapolu zaskoczyła pozytywnie. Budynek przeszedł gruntowny remont i prezentuje się schludnie oraz nowocześnie – przynajmniej do czasu gdy nie zarośnie go kolejna warstwa patyny oraz brudu. Na zewnątrz panuje przedziwny chaos typowy dla tego miasta. Pełno obcokrajowców, bezdomnych i innych dziwnych jednostek. Ulice ciemne, niedoświetlone i brudne. Szybkim krokiem mijamy to wszystko i kierujemy się do naszego noclegu. I tu wielkie zaskoczenie tego dnia jakim jest nasz gospodarz, Eugenio. Czeka na nas na dole budynku i prowadzi na swoje włości. Na miejscu cierpliwie wszystko nam tłumaczy, dając skrócony kurs korzystania z toalety, kuchni i pokojowej aparatury grzewczo-rozrywkowej (w końcu, jesteśmy Polakami więc nie wiadomo czy mieliśmy wcześniej kontakt z bieżącą wodą). Następnie otwiera przed nami mapę Neapolu i pokazuje co&jak. Mówi co warto, czego nie warto, jakich miejsc lepiej unikać, a gdzie pójść trzeba obowiązkowo. Złoty osobnik, a do tego niezwykle serdeczny i wesoły. Jego angielski prezentuje poziom podstawowy, ale tak się składa, że wszystko rozumiemy. To czego nie jest w stanie powiedzieć pokazuje rękami albo dźwiękami. W wielu miejscach już człowiek nocował, ale pierwszy raz spotykam kogoś tak pozytywnie zakręconego na punkcie swoich klientów. Neapol powinien mu kiedyś postawić pomnik.

W końcu Eugenio pozwala nam wrócić do siebie i nieco odpocząć.

Przegrupowanie nie trwa długo, bo jest już wieczór, my zaś nic prawie nie jedliśmy. Kierujemy się więc na kolację. Mieszkamy w średniej okolicy. Ma poważną zaletę, bo jest w centrum i wszędzie blisko. Ale niedoświetlone i brudne uliczki jakoś nie wzbudzają do końca zaufania. Eugenio co prawda ciągle powtarzał, że Neapol to bezpieczne miasto, ale mówiąc to pokazywał jakich miejsc unikać. Nam jednak nic nie straszne.


Wybór pada na pobliski Plazza Nazionale i restaurację, którą, a jakże, polecił nam nasz gospodarz.

Tak się składa, że trafialiśmy potem tam co wieczór. Nawet jeżeli chcieliśmy zjeść gdzieś indziej, w tej części miasta ciężko było znaleźć coś konkurencyjnego. Inna sprawa jest taka, że na miejscu było smacznie, a jak jest smacznie to po co cokolwiek zmieniać? Przyzwyczajenie to w końcu druga natura człowieka.

Pierwszy dzień w Neapolu musieliśmy zakończyć lokalnymi specjałami, więc na naszym stole wylądowały dwie pizze – Margerita i Marinara.

Tutejsze specjalności smakowały nader dobrze, chociaż w sumie oba dania należą do tych najprostszych. Ale właśnie taka jest kuchnia neapolitańska. Nie ma tu ekstrawagancji, a wszystko powinno być „jak u mamy”, czyli zdrowo, syto i bez udziwnień. Miasto to ojczyzna pizzy i warto przypomnieć sobie, że niegdyś był to właśnie taki oto najtańszy placek, którym żywiła się biedota.

W lokalu mamy okazję poznać neapolitański charakter z jeszcze jednej strony. Trwa transmisja z meczu lokalnych herosów, czyli SSC Napoli. Grają z Interem Mediolan i emocje sięgają zenitu. Radość po strzelonej wyrównującej bramce nie zna granic, krzyczą nawet kelnerzy (i nieważne, że w ręku trzymają talerz z czyimś zamówieniem). Ostatecznie wszystko zakończyło się porażką 1:3, ale o tej porze byliśmy już w hotelowym pokoju. Trawiąc posiłek planowaliśmy co i jak zobaczymy jutro (to w sumie metafora, albowiem w kieszeni mieliśmy mapę miasta z trasą naznaczoną przez Eugenio).