środa, 29 grudnia 2010

Coś na Trzech Króli

Od przyszłego roku (zabawnie to brzmi, gdy piszę się takie słowa 27 grudnia...) Święto Trzech Króli jest dniem wolnym od znoju. A jako że wypada w czwartek, to już na początku my, Polacy mamy długi weekend do zagospodarowania. No to może gdzieś by pojechać. W sumie – czemu nie?

Tanich biletów za wiele to już nie ma, bo termin bliski, a w liniach lotniczych też mają czasem kalendarze i wiedzą kiedy spodziewać się wzmożonego popytu. Ale poszukałem, pogmerałem i znalazłem dosyć tanio Rzym. Więc polecimy znowu do Włoch. Ostatni raz byliśmy tam również w styczniu, niemal dokładnie rok temu. Czyli są podstawy do tego, by powiedzieć, że to już tradycja.

Tym razem jednak doszedłem do wniosku, że pora na coś innego niż Wieczne Miasto. Znamy je nieźle, a pamiętamy jeszcze lepiej. Po wysiadce na Roma Termini skierujemy więc swoje kroki na inny peron i udamy się w objęcia słonecznej Italii (no, może deszczowej ale i tak cieplejszej niż Polska). Zagraniczne dworce zawsze kusiły mnie, by pewnego dnia wsiąść w pociąg i pojechać gdzieś przed siebie. Więc może w końcu będzie okazja, by dać upust tej dzikiej fantazji?



Wybór wstępnie padł na Neapol, czyli matecznik Camorry, boskiego Diego Maradony i ton śmieci zalegających od czasu do czasu na ulicach. Dodajmy do tego, że jest to ważny ośrodek portowy, ruch uliczny zasługuje na miano największego chaosu stąd aż do Indii i mamy mniej więcej obraz tego miasta-molocha. Gdzieś pomiędzy brudem, a kolejnymi warstwami grafitti czai się jednak miejsce, któremu dopiero Rzym odebrał miano najpiękniejszego na świecie. Zobaczyć Neapol i umrzeć – tak to brzmiało w oryginale.

Ja, nie powiem, lubię porty i odrapaną autentyczność miast, które mają turystów w tyłku, więc na myśl o Neapolu się nawet cieszę. Tym bardziej, że za oknem wróciła mroźna zima z temperaturami zdecydowanie poniżej kreski i nawet deszczowe Włochy jawią się niczym Ziemia Obiecana.

W sumie wypada się zacząć pakować, bo do wyjazdu został tydzień z górką. W oczekiwaniu można sobie przypomnieć jeden z klasycznych odcinków Toma i Jerry’ego, którego akcja „dzieje się”, a jakże, w Neapolu. Pewnie i ja to oglądałem pacholęciem będąc.