czwartek, 5 maja 2016

05.05, Jakie jest Giżycko?

Co prawda do “centrum” Giżycka mieliśmy kawałek, ale każdego dnia dużo spacerowaliśmy i regularnie odwiedzaliśmy śródmieście. Zresztą, nic innego nam nie pozostawało, bo w naszym “ośrodku” nie było zbyt wiele atrakcji. Pogoda była wspaniała, powietrze ciepłe, a niebo błękitne, co sprawiało, że nawet szare bloki zyskiwały trochę na urodzie. A tych w Giżycku nie brakuje. Ukułem tam nawet taką oto teorię: miasta podzielić można na ciekawe dzięki swojej architekturze i ciekawe pomimo swojej architektury. Do tej pierwszej grupy zaliczyć można Rzym, Paryż, Nowy Orlean i setki innych miejsc, które wszyscy znamy przynajmniej z pocztówek i filmowych klisz. Do drugiej kategorii zaś wypada zaliczyć chociażby Giżycko, ale również niemal wszystkie aglomeracje regionu Mazur (z wyłączeniem Warmii, gdzie paradoksalnie, sprawa ma się znacząco lepiej - by wymienić chociażby Reszel czy Ornetę). Piękno architektury tego miasta jest bowiem mocno dyskusyjne. Co nie powinno dziwić, jeżeli weźmie się pod uwagę historię. Niestety, nie obeszła się ona z jego tkanką łaskawie. Dawne niemieckie Lötzen zostało dosłownie zgwałcone pod koniec wojny przez Armię Sowiecką i z dawnego mazurskiego kurortu nie zostało wiele. W sumie - ostały się jedynie resztki, obecnie wtopione w powojenną zabudowę, która powstała bez większego ładu & składu. Historia podobna do wielu innych miejsc, w których byłem i które opisałem w podobny sposób, zaczynając od znamiennego słowa “niestety”. Na całe szczęście, wojna nie zdołała zniszczyć tego, co najpiękniejsze, czyli przyrody.


Giżycko jest pięknie położone. I tym się broni! Otoczone jest siedmioma jeziorami, więc nic dziwnego, że miasto żyje w głębokiej symbiozie ze światem żeglarskim. Szczególnie rozbudowane jest północne wybrzeże Jeziora Niegocin, gdzie znajduje się kilka portów, marin i molo. Można tam leniwie pospacerować wzdłuż wody. Piękne widoki skutecznie odciągają uwagę od miejskiej tkanki, która, raz jeszcze to napiszę, trochę mnie rozczarowała swoją nijakością.

Trochę właśnie taki nijaki jest bowiem Zamek Krzyżacki. Czy raczej, jego resztki, obecnie przekształcone w elegancki hotel. Dobrze, że budynek z tak bogatą historią przetrwał. Szkoda wielka, że stał się kolejnym (po Rynie) snobistycznym miejscem dla elit, praktycznie niedostępnym dla takich zwykłych śmiertelników jak ja. Byłem ciekaw tego budynku, ale gdy pierwszy raz koło niego przechodziłem … nie zauważyłem go. Tak czy owak, to kolejny Zamek Krzyżacki jaki zobaczyłem, ale na liście mam nadal kilkadziesiąt pozycji do odhaczenia.

Zabawny (powiedziałbym nawet, że paradny) był z kolei Most Obrotowy nad Kanałem Giżyckim. Kilka razy trafiliśmy na moment, gdy był on w użyciu. Zamiera wtedy ruch uliczny, most jest obracany ręcznie przez operatora, a łódki mają wtedy możliwość wpłynięcia lub wypłynięcia z akwenu Jeziora Niegocin. To jedyny działający w Europie mechanizm tego typu. Pomyślałem wtedy, że już niejeden raz słyszałem i widziałem u nas w kraju rzeczy, które są “ostatnie” w swoim gatunku. Zawsze chodzi o eksponaty techniki i zawsze są one nadal w użyciu, bo kilkadziesiąt lat temu nie było środków, by je zastąpić, a obecnie są to już eksponaty muzealne i zastąpić ich nie wypada. No i zawsze, co do zasady, są to pozostałości po Niemcach, co stawia nas, Polaków, w dwuznacznej roli depozytariuszy pozostałości po dawnych władcach Ziem Odzyskanych.

Poza tymi atrakcjami w mieście zachowało się jeszcze trochę kamienic oraz oczywiście Twierdza Boyen, do której jednak wybraliśmy się innego dnia i o której napiszę więcej w stosownym momencie.

***

Wieczorem poszliśmy na spacer sami z Gabą. Lubię takie chwile, szczególnie, gdy dzieją się one na urlopach, przy dobrej pogodzie. Gaba ciągle coś mówiła. Było sporo śmiechu. Zjedliśmy lody nad jeziorem, popatrzyliśmy na rozstawione automaty “do grania”, pooglądaliśmy pływające po wodzie łódki i wyjaśniliśmy sobie, że w przyszłości Gabriela będzie kapitanem, a ja majtkiem na jej statku. Śmieszne nawet. W ten sposób, zrobiliśmy kilkanaście kilometrów, a łącznie z wcześniejszym spacerem z całą rodziną, wyszło nam, że mieliśmy w nogach jakieś 30 kilometrów, i to w ciągu zaledwie jednego dnia. Nieźle.