sobota, 7 maja 2016

07.05, Dyskretny urok nazizmu

Tego dnia udało mi się spełnić jedno z moich dziecięcych marzeń (dziecięcych nie dlatego, że miałem je od dziecka, ale dlatego, że są po prostu dziecinne - to tak gwoli jasności): odwiedziłem słynny Wilczy Szaniec, ukrytą w leśnej gęstwinie tajną kwaterę samego Adolfa Hitlera, miejsce, gdzie spędził on znaczną część wojny, miejsce, gdzie przeprowadzono na niego zamach (którego autor, pułkownik Stauffenberg został niegdyś zrównany swym bohaterstwem do uczestników Powstania Warszawskiego, autora tej złotej myśli pominę z litości), w końcu, miejsce, które, według wielu, może kryć w sobie jeszcze niejedną, nieodkrytą tajemnicę. Czy wyczuwacie radość i podniecenie w moich słowach? Powinniście, bo naprawdę cieszyłem się, że będę miał sposobność zobaczyć w końcu Wilczy Szaniec na własne oczy.

Nie jestem niestety ekspertem od spraw związanych z II Wojną Światową. To co o niej wiem to albo urywki zapamiętane z historii, albo to, co zobaczyłem kiedyś na ekranie telewizora, z naciskiem na kino wojenne pokroju “Tylko dla Orłów” czy “Dział Navarony”. Na Wilczy Szaniec patrzyłem więc z perspektywy wesołego prostaczka, pozbawionego głębokiej wiedzy, za to ciekawego i poszukującego odpowiedzi. A pytań miałem w głowie wiele. Zawsze dziwiło mnie wiele rzeczy związanych z tym obiektem. Po pierwsze, dlaczego tak ważny ośrodek zlokalizowano niedaleko granicy z ZSRR. Logika sugerowałaby, że lokalizacja powinna znajdować się np. bliżej Berlina, serca Rzeszy (tam zresztą Hitler ze świtą przeniósł się, gdy w stronę Kętrzyna zmierzały już rozpędzone zagony czerwonoarmistów). Częściową odpowiedzią jest to, że Mazury zapewniały naturalne maskowanie w postaci gęstego lasu. Okoliczne jeziora praktycznie uniemożliwiały atak lądowy, zaś pobliskie twierdze, w tym Festung Boyen, dawały dodatkowe poczucie bezpieczeństwa. Uzupełnieniem tegoż jest jeszcze psychologia. Ofensywna III Rzesza rozpoczynając Plan Barbarossa nie obawiała się niczego, parła na wschód jak po swoje, a fakt, że Wilczy Szaniec znajdował się tak daleko od Berlina miał pewnie dodatkowo pokazywać wszystkim co o Sowietach i zagrożeniu z ich strony sądzi Fuhrer.

Po drugie, dziwiło mnie zawsze to, że Adolf Hitler spędził tu dobre osiemset dni, czyli znaczną część wojny. W powszechnej świadomości istnieją pewne skojarzenia, obrazy, które pokazują go w pozie zdobywcy świata, rzec by można, w pozie człowieka, który ściska żelazną rękawicą jądra Aliantów: Hitler na tle wieży Eiffla, Hitler witający żołnierzy wkraczających do Warszawy, Hitler machający ręką w Berlinie...

Tymczasem, znaczna część jego wojennej rzeczywistości ograniczała się do kompleksu bunkrów położonych niedaleko Kętrzyna, gdzie rano przez godzinę spacerował ze swoim ukochanym psem, popołudniem jadł obiad w kantynie, a wieczorem pewnie usypiał nad militarnymi mapami. Trochę jednak nuda, z dala od parad, pałaców, balów i hulanek, na których rozpasła generalicja spijała śmietankę sukcesów pierwszych lat pożogi.

Trzecią rzeczą, która mnie niepomiernie dziwiła jest to, że Wilczy Szaniec przetrwał i istnieje do dzisiaj. W mocno naruszonej formie, ale mimo wszystko. W 1945 roku bunkry co prawda wysadzono, ale niemiecka, solidna materia nie poddała się łatwo, nawet jeżeli za robotę wzięli się sami Niemcy. Z ponad 200 budynków ostały się ruiny, które malowniczo pochłonął las. Władze PRL nie doprowadziły do kompletnego usunięcia pozostałości. I to jest dopiero paradoks. W końcu, był to symbol znienawidzonego wroga, którego kontynuatorów i pomazańców widziano wszędzie, szczególnie po zachodniej stronie muru berlińskiego. Ale tym “żywym” śladom po Hitlerze pozwolono sobie trwać, chociaż można by je było doszczętnie zniszczyć. Zdaje się, że do połowy lat 50-tych wysadzano tysiące min, które Niemcy zostawili po sobie na terenie Szańca. Może tak się tym zmęczono, że z ruinami dano sobie spokój?


Tyle historii. A jak wygląda rzeczywistość? Żeby dotrzeć na miejsce trzeba jechać leśnymi drogami, które po dziś dzień budują klimat. Wrażenie jest takie jakby rzeczywiście wjeżdżało się do tajnego, militarnego kompleksu. Jakiś czas temu obiekt został wydzierżawiony prywatnej firmie, która na jego terenie prowadzi osobliwe muzeum, czy raczej skansen. Spacerować można tam długo i namiętnie. Tak swoją drogą, właśnie trwa batalia prawna, która ma doprowadzić do zwrotu nieruchomości w ręce nadleśnictwa Srokowo. Więc przyszłość Szańca nie jest na ten moment jasna, nie mam jednak wątpliwości, że nadal będzie on atrakcją turystyczną, szczególnie, że co roku odwiedza go ponad dwieście tysięcy osób, które zostawiają w kasach grube miliony złotych.

Czy Wilczy Szaniec mi się podobał? Tak. Ale do jego kontemplacji potrzeba co nieco dystansu. Niestety, wiele obiektów to sterty gruzu. Niektóre zresztą i tak robią kolosalne wrażenie nawet w takim stanie. Dawną potęgę można sobie tylko wyobrażać. Trzeba też przymknąć oko na różne oznaki współczesności, najczęściej nieporadne i trochę wstydliwe. Chyba najbardziej urzekły mnie dziesiątki patyków, które ktoś, chyba dla żartu, wstawił w ziemię, próbując w ten sposób ochronić blok betonu przed zawaleniem się. Niby żart, ale jakże symboliczny w swojej wymowie. Jakby tak się głębiej zastanowić, jest to wręcz nawiązanie do Polski i jej kondycji.

Na szczęście, darowano sobie inne atrakcje, pokroju tego co można zobaczyć w pobliskich Mamerkach. Do dziś pamiętam tamtejszą kukłę Adolfa Hitlera, na widok której, pierwszy raz w życiu, zrobiło mi się szkoda tego człowieka. Na taką karykaturę nie zasługiwał nawet ktoś taki jak on.

***

Kilka dni na Mazurach minęło szybko. Za szybko. Nieodmiennie uważam, że pomysł, by odwiedzać je na początku sezonu, to jest słuszna koncepcja, bo pozwala to delektować się tym miejscem bez przewalających się tłumów i tandety, której celem jest przyciągnięcie jej rozlicznych miłośników. Nie dziwię się, że sam Adolf Hitler spędził w okolicznych lasach tyle czasu, przedkładając widok na mazurskie jeziora nad wielkomiejski Berlin, Paryż czy Pragę. Jest w tym miejscu coś wyjątkowego i jeśli los tylko pozwoli, z chęcią wrócę tam ponownie za czas jakiś.