środa, 9 września 2009

09.09 czyli "kurz, dziki zachód i czerwone oczy kierowcy"

Ostatni dzień na wyspach. Już zmierzch. W pokoju standardowy rozgardiasz przedwyjazdowy. Byłby smutek, gdyby nie to, że przede mną jeszcze jakieś 72 godziny w Nowym Jorku. Miasto miast już na mnie czeka.
Rankiem wyjazd z Port-of-Spain. Duszno i ciężko. Plecak z przodu, plecak z tyłu. Pot zalewa mi wszystko, mam już dosyć. Na szczęście do Arimy dostaję się bez problemu. Nowe lokum bardzo schludne. Własna łazienka, telewizor (którego nie potrafię włączyć), cicha klimatyzacja, porządek i przestrzeń. Zupełne przeciwieństwo nowego miasta na mojej mapie.
Trudno napisać coś sensownego o Arimie. Podobno trzecie co do wielkości miasto na wyspie. Nie ma żadnych zabytków i w świadomości turystów, jeżeli w ogóle, istnieje jedynie jako punkt przesiadkowy, ewentualnie baza wypadowa w pobliskie regiony. Dookoła same sklepy, targi ale wszystko jest rozlazłe w typie przedmieść. Ciągnie się to w jedną, to drugą stronę, męcząc człowieka samym swoim wyglądem. Nie podoba mi się tutaj zbytnio - a w końcu jestem miłośnikiem zatłoczonych przestrzeni miejskich.
Co się odwlecze, to nie uciecze, mawia przysłowie. Znowu ma rację. Jeszcze wczoraj myślę sobie, że jeżeli szybko uwinę się z dotarciem do punktu docelowego, będę miał czas na jakąś wycieczkę. Jadę więc do Manzanilli.
Najpierw wsiadam w maxi taxi i jadę do Sangre Grande. Za oknem znowu wspaniałe widoki. Środkowy Trynidad to już prawdziwa karaibska prowincja. Z jednej strony ginące w zieleni wzniesienia, z drugiej palmy i nieprzebyte krzaki. Gdzieniedzie małe skupiska ludzkie. Samo Sangre Grande to kolejna szara mieścina. Szara tak ale na pewno nie nijaka.

Pierwsze skojarzenie zupełnie słuszne. Dziki Zachód. Tłok, krzyk, harmider, wszędzie ludzie i samochody. Każdy gdzieś spieszy, każdy czymś handluje. Coraz więcej hindusów, to już powoli “ich” rejony na wyspie. W tym całym chaosie nie jest łatwo znaleźć mi właściwy postój, ale udaje się. Zostaję zaproszony do dusznego, rozklekotanego samochodu prowadzonego przez dziwnego Etiopczyka. Zezowane spojrzenie czerwonych oczu nie daje mi spokoju. Znowu to samo. Wsiadam przecież do prywatnego auta tysiące kilometrów od domu. Jestem jedynym białym w okolicy. Ostatniego "swojego" widziałem jeszcze wczoraj.
Żyłka podróżnika bierze górę nad siusiumajtkiem jeszcze jeden raz. Jedziemy. Znowu pięknie za oknem. No i najważniejsze. Zbliżam sie do morza. Nieco się za sobą stęskniliśmy.

Cieszę się, że z wyjazdu do Manzanilli na dłużej nic nie wyszło. Plaża jest przepiękna. Tyle, że to miejsce w sam raz na kilka godzin, nie więcej. Poza spektakularnymi widokami nie ma tu nic innego. Nawet do sklepu trzeba iść pod górę do Upper Manzanilla. Tylko z nazwy to ta sama miejscowość. Nawet samochodem jedzie się chwilę. Tak naprawdę - to jest kilka dobrych kilometrów dalej.

Nie mogę nadziwić się urodzie tego miejsca. Plaża ciągnie się dobre 40 km, aż do Mayaro. Na horyzoncie ginie linia brzegowa i rząd palm.

Coś pięknego. Woda ciepła, fale obmywają stopy, po brzegu skaczą bliżej mi nieznane wodne jaszczurki. Mało osób, można się delektować szumem morza.
Wychodzę na słynny Cocal i zastanawiam się jak ja stąd wrócę. Droga pusta, tylko czasem ktoś przejedzie.


Ale spokojnie, dzisiaj mam szczęście. Kiedy już jestem gotowy wracać do kurzu i spalin, na drodze pojawia się znany mi Etiopczyk i wracam do Sangre Grande.
Arima wita mnie ponownie. I wygląda jeszcze gorzej. Wszędzie busy i taksówki, wszyscy wracają do domów. Miasto późnym popołudniem zamienia się w jeden wielki korek. Smród spalin unosi się w powietrzu. "Zwiedzam" chwilę miasto, ale ostatecznie poddaje się - tu naprawdę nie ma nic ciekawego. Surrealistycznie wygląda zegar stojący na głównej ulicy. Pochodzący z początków XX wieku, masywny i klasyczny. Zupełnie nie pasuje do okolicznego dzikiego targowiska. Na ulicznym straganie kupuję płytę CD - 20 TT$ za wydawnictwo o "podejrzanej legalności". Wracam do domu i uprawiam sport pod tytułem "skoro się zmieściło raz, musi się zmieścić i teraz". Plecak robi się coraz bardziej wypchany. Od zawartości powinien niedługo zacząć sam chodzić. Brudne ciuchy stworzą w nim niebawem własną sztuczną inteligencję. Jutro bladym świtem na lotnisko zawiezie mnie właściciel przybytku. To spore pocieszenie, nie będę musiał się z rana pocić.