wtorek, 8 września 2009

08.09 czyli "Home Alone 5: Port-of-Spain"

Port-of-Spain spodobało mi się. Przynajmniej w godzinach porannych. Znowu moja opinia jest sprzeczna z powszechnym osądem. Zapominam zupełnie o tym, że miałem wyjechać i spędzam cały dzień w jego murach. Miasto przypomina mi nieco Bangkok, Ateny czy Nowy Orlean. Jest chaotyczne ale żywe. Autentyczne chociaż brudne i “niedostosowane do potrzeb turystyki”. Na ulicach wieczne korki. Po krótkim treningu (jak to się robiło?), przeskakuję między samochodami jak zawodowiec. Nikt nie zwalnia, od czasu do czasu ktoś przepuści, najczęściej wtedy gdy widzi, że i tak nie ma sensu się pchać. Zabudowa raz nowoczesna, raz zapuszczona. Jest tu troszkę wieżowców, na czele z Nicholas Tower i “Dwoma wieżami”, które od biedy można nazwać niezwykle dalekimi krewnymi słynnych imienniczek.

Jest sporo centrów handlowych, czy raczej domów towarowych. Kupić można wszystko, od biżuterii po sprzęt video czy buty. Ceny bywają zabójcze. Zupełnie zwykła książka o historii Karaibów – 200 TT$. To jakieś 100 PLN!!! Absurd totalny. Za dwie “zamówione” płyty CD płacę jeszcze więcej co za niedoszłą książkę. Jest mi słabo. Z drugiej strony, jedzenie kosztuje mniej więcej tyle co u nas. Znajduję miły “food court” w jednym z domów handlowych. Rano w końcu jem rekina. Całkiem normalny. Wieczorem pieczoną rybę. Też całkiem normalna. Płacę tyle co za podobne jedzenie w Polsce. Ale cenowe absurdy nie dają mi spokoju.
Rano udaje się na rekonesans. Trafiam w okolice “biznesowe”, mijają mnie tutejsze białe kołnierzyki. Atmosfera jak w każdej dzielnicy tego typu. Jest więcej białych niż “zazwyczaj”. W kafejce kolejka po kawę, więc daję sobie spokój. Docieram do tzw. “Magnificent Seven”, czyli siedmiu, nomen omen, domów z epoki kolonialnej. Wybudowane na początku XX wieku, dzisiaj w większości są mocno zapuszczone. Podobają mi się, architektura przywodzi na myśl czasy brytyjskiej dominacji w regionie. Podobnych historycznych budynków w mieście jest dużo więcej.

Kolonialnej architektury zachowało się sporo, ale jest spychana coraz głębiej i głębiej poza percepcję ludzkiego oka. Nowe wypiera stare i robi to bez litości.

Zwiedzam centrum miasta. Słynna promenada Briana Lary daje nieco wytchnienia od szaleństw ulic i chodników. Dookoła mnóstwo bezdomnych. Znowu bogactwo i bieda tuż obok siebie. Siedziba banku lśni od marmuru, na którym na kartonach śpi tubylec. Bezdomni to praktycznie wyłącznie czarni.
W Port-of-Spain uderza mnie różnorodność ras. Tylko na kartonach jest jednolicie. Poza tym, wielu hindusów, nieco chińczyków i białych. Ci ostatni to albo ekspiaci pracujący tu na zesłaniu w oddziale swojej firmy albo uchowani autochtoni. Powiem szczerze – tutejsi biali wyglądają na niezłych kolonialnych skurwieli. Jest w nich coś takiego, co sprawia, że człowiek odnosi wrażenie, że niejedno mają za skórą. W obecnym albo przeszłym pokoleniu. Skąd ja to znam? Proste – z Nowego Orleanu :)
Jest też nieco “mieszańców”. Hindusi, którzy stanowią dominującą liczebnie grupę pośród mieszkańców kraju, przez lata byli spychani poza margines, tak przez białych jak i potem przez czarnych. Jedni i drudzy, tj. murzyni i hindusi, nie darzą się, delikatnie powiedziawszy, sympatią. Obie grupy żyją obok siebie, ale oddzielnie. Zasady zasadami a hormony hormonami i czasem, choć rzadko, można zobaczyć jakiś mezalians, albo efekt takowego. Kilka razy, mam wrażenie, napotkałem także miks rasy żółtej i czarnej. Czarna skóra i nieco skośnawe oczy. Część hindusów za to miewa bardzo europejskie rysy twarzy. Jeszcze wczoraj na promie nie mogłem się nadziwić na widok starszego mężczyzny, z pokaźnym brzuchem i brytyjskim wąsem. Rysy polskie, tylko twarz czarna. Niemal jak Rudi Szubert, daję słowo. Pasjonaci antropologii mieliby co robić, skoro nawet mnie to zainteresowało.
Wracamy do rzeczywistości. Koncentracja cały czas. Nie ma czasu na naukowe dywagacje, przejście przez ulicę bywa często kłopotem i oznacza nawet kilka minut stania na poboczu i wypatrywania dziury w sznurze kółek. Samochody tu i nowe i stare. Tych nowych bardzo dużo. Po amerykańsku, czyli zawsze wielki, rodzinny i bezpieczny. Dominują, co mnie nieco dziwi, auta japońskie. Za to amerykańskich praktycznie brak! Stare samochody to inna opowieść. Można natrafić na wspaniałe perełki. Robiąc zdjęcia na cmentarzu, spotykam Astona Cambridge z bodaj 1964 roku. W stanie średnim ale jego właściciel był z niego dumny i chyba ucieszył się, że okazałem zainteresowanie.

Dla pasjonata klasycznej japońskiej motoryzacji, tutejsze ulice są jednym wielkim muzeum. Auta bywają w stanie złym, najczęściej te z tablicami na “H”, czyli taksówki, ale trafiają się także dopieszczone klasyki jakby wypuszczone prosto z taśmy produkcyjnej.
Odwiedzam ZOO. W przewodniku nie polecają. I mają rację. ZOO niewielkie, w popołudniowym upale droga na miejsce dłuży się. Chce się pić. Sklepów niby dużo ale zawsze gdy usycham z pragnienia, żadnego nie widać. Na miejscu spędzam kilkadziesiąt minut, może nawet mniej. Smutny widok i smutna refleksja – jestem blisko dzikiej przyrody, otoczony nią, a poza krabami, rybami i kilkoma ptakami, nie widziałem na własne oczy żadnego dzikiego stworzenia!
Popołudniu moja sympatia do miasta napotyka mrożącą przeszkodę. Na środku ulicy scena jak z sensacyjnego filmu. Policjanci w kamizelkach pojawiają się nie wiadomo skąd na środku ulicy.

Lufy pistoletów wymierzone w samochód i jego pasażerów. Ja niemalże na linii strzału. Strzelaniny na szczęście nie ma ale sytuacja jest napięta. Policja tamuje ruch. Czarne ręce na samochodzie. Jednemu z pasażerów niemalże spadają spodnie ale “biedak” nie może ich sobie podciągnąć. Robię kika zdjęć ale gdy jeden z podejrzanych zerka w moją stronę, nie mam już ochoty podchodzić bliżej.
Nagle zdaje sobie sprawę, że to miasto, mimo wibrującej pozytywnej energii, to jednak wielki slums i gniazdo przestępczości. Kręce się po centrum ale zamiast kolorowego tłumu, widzę błyskające na mój widok białka oczu. Moja skóra jest nagle znowu stygmatem. Szukam wsparcia w postaci innej białej twarzy ale, jak to zazwyczaj bywa - gdy potrzebujesz, nigdy nie dostajesz. Humor poprawia mi sprzedawca błyskotek. Niedość, że niedrogo (ale nie żeby tanio), to jeszcze człowiek ucieszył się, że do jego kraju zawitał Polak. Welcome Poland :)

Wracam do domu. Chce się pić i znowu nie mogę znaleźć tego cholernego sklepu.
Jeszcze jedna refleksja. Jutro ostatni dzień na wyspach! Jak ten czas leci. W przeciwieństwie do ostatniego wyjazdu, jakoś nie zwracam większej uwagi na jego upływ. Dzisiaj wtorek, a Warszawę opuściłem ledwie w czwartek. Jutro muszę dotrzeć do Arimy i zupełnie nie mam pomysłu na ten dzień. Wizja podróży z wielkim ciężkim plecakiem nieco mnie zniechęca. Ale Arima jest już blisko lotniska, a lot w czwartek wcześnie, bo o ósmej rano. Do domu? Nie, do NYC :)