12.02
Kolejny ciężki dzień już jakby za mną. Ostatni w Nowym Orleanie, jutro rano wracam do NYC. Dziwne ale jestem tu ledwie trzeci dzień, a już zapomniałem, że niedawno przecież byłem w Big Apple. Podczas urlopowych wypraw pamięć i świadomość płata mi niezwykłe figle. Jestem tak wykasowany i zrelaksowany, że w końcu żyję chwilą, tym co jest teraz. Nic dziwnego więc, że wszystko co miało miejsce choćby wczoraj, jawi się mi jako mglista przeszłość.

Długo zastanawiałem się nad wspólnym mianownikiem którym można zdefiniować wszystko to co czuję w temacie tego miasta. Długo to zajęło ale już mam – chodzi mi oczywiście o to, że tu czuć kolonialny klimat. Są bogaci biali i biedni kolorowi, architektura miasta z jednej strony łączy kreolskie wpływy z „białym’ biznes center, no i ten wszechobecny kult voodoo, którym jestem jakby nieco zafascynowany. To przednówek Karaibów i pokaz jak wyglądał świat jeszcze kilka dekad temu gdy na świecie były jakiekolwiek sensowne kolonie. Ech :-)
Dzisiaj udałem się na wycieczkę parowcem. Na pokładzie byłem jednym z nielicznych tak młodych osób – dominowali raczej emeryci, jednym z nielicznych młodych i szczupłych – nigdy nie widziałem tylu grubasów jednocześnie, jednym z nielicznych europejczyków – dosłownie wszyscy inni bowiem pochodzili z USA. Dodam, że w ogóle w NO baaardzo rzadko słyszy i widzi się turystów spoza Stanów. Ani razu nie usłyszałem polskiego – a przypominam sobie, że nawet w Ajutti mi się zdarzyło napotykać „naszych”. Zaczynające się właśnie Mardi Gras to zdecydowanie atrakcja „wewnętrzna” USA. Co do osób na pokładzie parowca. Amerykanie mają ten swoisty lokalny patriotyzm, chwalą się tym skąd pochodzą, obnoszą się z tym na ubraniach. Można więc łatwo zobaczyć skąd są. Alabama, Yuta w Arizonie, Teksas, Michigan, Minnesota – miałem przekrój całego kraju. Oczywiście dominują debilne spojrzenia, wyszczerzone zęby i tępy poziom rozmów. To naprawdę kraj debili. Wiem, wiem, że są tu najlepsze uczelnie świata, że mają najwięcej noblistów, że inwestują najwięcej w rozwój nauki. Ale wierzcie mi, że żadnego noblisty na ulicy nie spotkacie, natkniecie się za to na tabuny tępych, otyłych i prostych autochtonów, którzy nie mają podstawowej wiedzy na temat świata.

No ale wracając do statku. Rewelacja to nie była, obecność amerykanów nieco dawała się we znaki, czułem się otoczony przez głupotę która z zazdrością zerkała na mój wypełniony wiedzą umysł :-). Missisipi może i jest wielką rzeką ale w tej części nie należy do ładnych, na brzegach znajdują się głównie części portu, stocznie, miejsca przeładunkowe albo bazy marynarki wojennej. Żadnych pięknych okazów przyrody tu nie znajdziemy, chociaż czuć potęgę rzeki, jest naprawdę szeroka. Sam statek ładny ale też bez rewelacji, nie był to Titanic, wystrój utrzymany, ale bogactwa tam wielkiego nie było. Oczywiście, parowiec prawdziwy, pływał w XIX wieku regularnie.
Przed i po tym wydarzeniu udałem się na małe buszowanie po sklepach. Jak już pisałem, można tu znaleźć naprawdę multum różności, pamiątki bywają tandetne ale jest sporo naprawdę świetnych rzeczy. Pod tym względem NO ma sporego plusa. Zawitałem np. do sklepu voodoo zlokalizowanego w małym drewnianym domku na bodaj Bourbon Street. Na zewnątrz biednie, w środku zaś – dziwnieeeee. Nawet sprzedawczyni była niezłym freakiem, a co do zawartości to... Ech, wszystko, jakieś kulki na czary, zaczarowana biżuteria z amazonii, olejki, karty, kości, mumifikowane paszcze małych krokodyli, zęby, figurki voodoo, małe trumienki etc etc. Repertuar niesamowity, klimat jeszcze bardziej. Trochę jako przeciwwagę do tego świetnego miejsca, byłem też w Voodoo Marcie, czyli dosłownie supermarkecie z rzeczami związanymi z tym kultem. Czego to ludzie nie wymyślą?
Jak zawsze, mam/miałem też ulubione miejsce w całym mieście, gdzie lubie przychodzić najbardziej. Mi się podobało na Jackson Square, gdzie jest świetny widok na St Louis Cathedra, jest blisko do brzegu rzeki a jednocześnie jesteśmy w sercu Francuskiej Dzielnicy. Jest tam malutka uliczka nazywająca się Pirates Alley, gdzie chyba najbardziej lubiłem się zaszywać. Cisza i spokój, a do tego dobry widok na katedrę. Tylko dzisiaj byłem tam chyba z pięć – sześć razy.

Jutro pora wyjeżdzać, wracać do NYC, a już niedługo, buuuu, pora do pracy i koniec z moim urlopem. Niestety, dobre tak szybko się kończy. Chociaż jak to się mawia przecież, w podróżowaniu najpiękniejszy jest powrót do domu. Może i racja. Jestem w USA dosłownie tydzień, przyleciałem w czwartkowy wieczór, dzisiaj też jest czwartek, a czuję się jakby to było wieki temu. I dawno i tak niedawno. A ile fajnych rzeczy przez ten czas się wydarzyło, ech, ech, ech.
