środa, 25 lutego 2009

10.02 Big Easy

Big Easy

10.02

Jestem – jestem w Nowym Orleanie!!! Na razie powiem tak: mieszkam w ciekawym i co to ukrywać, dużo milszym miejscu niż w NYC. Z zewnątrz wydaje się, że dom jest mały ale w środku to niemal pałac. Mam fajny pokój, baaardzo czysty, do tego jest kuchnia super urządzona, dwie łazienki i coś w rodzaju patio, lobby czy jak tam nazwać – miejsce do leniuchowania na świeżym powietrzu. W ogóle wszędzie jest tak czysto, że szok, po brudzie NYC czuje się jak w niebie.

Miasto na razie poznałem jedynie z okna taksówki (30 dolarów ale nie chciało mi się męczyć z bagażami, tym bardziej, że padał sobie właśnie deszcz). Jest ciepło, nieco dusznawo, mimo iż nie gorąco, więc znak, że jesteśmy na prawdziwym południu, yeaah. Odpczywam chwilę i wyruszam w miasto, tym bardziej, że właściciele byli tak mili, że już o 10-tej mnie check’ingowali do pokoju.
Mam nadzieję, że będzie fajnie, chociaż przed oczami mam Nowy Orlean, miasto dużej przestępczości i mnie to nieco mrozi :-)

Z ciekawostek dodam w jaki sposób zostałem potraktowany rano na lotnisku LaGuardia. Jak? Niemal jak bandyta. Jako obywatel UE przeszedłem bez kolejki do kontroli bagażu. Nie był to jednak akt kurtuazji a poniżenia. Na widok mojego paszportu koleś powiedział do innego „we have secondary here”, kazał mi iść za drugim, a ten drugi przekazał mnie w ręce „tej trzeciej”, czyli pani (która zresztą przekazała mnie w ręce czwartej osoby, aaaaa!!!). Swoje rzeczy wyjmowałem do specjalnego pojemnika, większego od innych. Musiałem zdjąć buty – ale nie tylko ja, więc jest ok. Jako jedyny jednak przeszedłem kontrolę osobistą i to dokładną. Moje rzeczy były sprawdzane szczegółowiej od innych, mimo iż „nie piszczały”. Musiałem stać oddzielnie i czekać aż mi pozwolą podejść do stanowiska – taka segregacja. Poczułem się nieco poniżony, nie powiem... No ale cóż, tak się traktuje w USA sojusznika...
Chwila odpoczynku i pora na wypad na miasto, bye bye!!!
***
Dzień nie był zbyt intensywny w moim wykonaniu, zmęczenie dało o sobie znać. Żeby być na lotnisku rano trzeba było baardzo wcześnie wstać. Kolejny raz potwierdza się zasada, że planowanie podróży przed komputerem w domu, z herbatką i mapą w dłoni, to jedno, a wykonanie takiego planu to drugie :-).
Nowy Orlean jest nieco dziwnym miastem. Z jednej strony ciągle mam na uwadze, że to eldorado dla przestępców, z drugiej jest tu naprawdę wielu białych, z czego naprawdę wielu wydaje się nieprzyzwoicie bogatych. Mieszkam w ich dzielnicy, Garden District jednak zobaczę dopiero dzisiaj. To co wczoraj udało się liznąć to eklektyczny miks bogactwa z biedą... Z jednej strony piękne domy w stylu luizjańskim, z pięknymi fasadami, a z drugiej rudery i baraki. Dzielnica jednak podobno warta zwiedzenia, więc niebawem się udam by to sprawdzić samemu.

Wczoraj zaś udałem się na Charles Avenue i powędrowałem do French Quarter on my foot. Ta pierwsza ulica nieco rozczarowała! Jeździ po niej co prawda linia zabytkowego tramwaju i to jest plus, ale sama okolica jakoś niespecjalnie przystaje do tej „zabytkowości” pojazdu. Jakieś domki, jakieś restauracje, zabudowa raczej niska i taka powiedzmy „pchlarska”, nic specjalnego. Przypomina nieco centrum Piaseczna, a to nie jest dobra rekomendacja :D. Potem tramwaj wjeżdża w centrum miasta, to nowoczesne, by skręcić w Canal Street. Ta ostatnia to już coś innego. Słynne zdjęcia klasycznych kamienic, palm i ulicy z klasycznym tramwajem, są właśnie tam robione. Może i musi się podobać! French Quarter zaś to jeszcze inna bajka.

Powiedzmy sobie szczerze dwie rzeczy: nigdzie w USA, a pewnie i na świecie, nie zobaczymy takiej dzielnicy, takiej zabudowy i takiego klimatu. A numer dwa? A numer dwa, niestety, dzielnica się starzeje a remontów nie widać coś. Nie jest to jakaś szczególna wada, takie leciutkie zapuszczenie jedynie dodaje uroku. Miejsce jest naprawdę super – domy z balkonami, wymyślne szyldy i nazwy wyszynków, sklepy z pamiątkami voodoo, piękne zdobienia balustrad etc etc. Ja robiłem zdjęcia co 10 kroków, a co 2 chciałem, gdyby nie lenistwo. Dzisiaj też tam na pewno zawitam, bo miejsce jedynie liznąłem przez szybę, a przynajmniej takie mam wrażenie.
Pogoda w NO gnuśna – jest ciepło, dzisiaj będę chodził jeno w podkoszulku, ale często kropi, a czasem lunie z nieba porządnie. Jest, jak już pisałem, nieco duszno i myślę sobie, gdyby w Bangkoku kiedykolwiek było tak z 18-19 stopni w dzień, to pewnie by to wyglądało podobnie. Fajnie jednak po 3 godzinach lotu z NYC znaleźć się w innym zupełnie klimacie!

Na koniec dnia, chociaż było wcześnie, udałem się do D-Day Museum, chyba największego tego typu miejsca na świecie. To w NO produkowano łodzie desantowe i lokalizacja zbiorów jest swoistym podziękowaniem. Jest co oglądać, dla miłośników militariów to nie lada gratka, ale i dla pozostałych ciekawy kąsek. Oczywiście! To muzeum DLA AMERYKANÓW więc wszystko jest nieco uproszczone i nastawione na ich mniejsze móżdżki (żeby nie było, że przesadzam, w tym muzeum właśnie byłem świadkiem takiej rozmowy: babka do dziadka rzecze, że ta wojna to było istne szaleństwo i że, wyobraź sobie, nawet włosi dali się w to wszystko wciągnąć i to po stronie tych złych, uwierzysz?). Zbiory są spore, do tego super zdjęcia, niektóre to naprawdę dzieła sztuki, aż dziw, że ktoś w desantowej pożodze miał odwagę je w ogóle robić! Do tego multimedia – filmy, relacje, dokumenty, wspomnienia weteranów. A tak poza tym, mimo iż mowa jest głównie o Normandii, to określenie D-Day odnosi się do wszelkich desantów więc każde lądowanie na pacyficznej wysepce jest też odnotowane. Nie powiem, i ja się dowiedziałem kilku nowych dla mnie rzeczy, szczególnie nowych, że raczej nie patrzymy na II WŚ przez pryzmat amerykanów i nic nie wiemy tak naprawdę o ich życiu w latach 1941-1945.

Po tym wszystkim bardzo mocno zmęczony udałem się na małe zakupy (gdzie okazało się, że TAKA SAMA mortadela !!! kosztuje tutaj jednego dolara, a w NYC nawet 4 !!! Argh!!!) i do domu. Wyszedłem jeszcze na moment ale pomny, że wieczorem samotnie się chodzić nie powinno szybko wróciłem do domu i poszedłem spać. Bo taki byłem zmęczony :-)
SS