Ten dzień musiał nadejść – jutro wylot :-( Myślami wracam do pierwszych dni tutaj i wydaje się, że było to i dawno i niedawno temu. Figle, figle, figle.

Udało się zrealizować plan ale łatwo nie było. Metro którym mogłem dojechać na odległy kraniec miasta, nie jeździło, z nieznanego mi powodu. Koniec końców, z przesiadkami i po chyba godzinnej podróży trafiłem na Brighton Beach. Jeszcze w sobotę przechodząc obok Lincoln Center trafiłem w tłum ludzi wychodzących z baletu. Sami Rosjanie! Co do jednego na ulicy. W Brighton jest tak samo, to tzw. Mała Rosja, wszędzie cyrylica, mowa naszych sąsiadów i tępe słowiańskie twarze, które tak lubię. Kiedyś to ponoć było niezłe zadupie i enklawa przestępczości. To drugie się zmieniło, to pierwsze raczej nie. To raczej dziura, nie ma nic ciekawego, ale ale. Po pierwsze uno, zza budynków jeszcze w metrze prześwituje mi morze!!! A w sumie to nie morze a Ocean!!! Po drugie linia metra jest nadziemna i tak oto znalazłem kolejny widok rodem z filmu, czyli słynne stalowe wiadukty po których jeżdżą wagoniki, a pod którymi są jezdnie, skrzyżowania i toczy się normalne życie miasta. Scena pościgu z „Francuskiego Łącznika” się kłania, dokładnie ten sam styl zabudowy. Jest :-)

Morze jak morze. Świeciło słońce i chociaż było zimnooo, to pogoda mogła się podobać. Plaża szeroka, jak na fakt, że jest to plaża miejska – to nader czysta. Rosjanie nawet się kąpali... Widoki ładne, w tle statki, dalsze wyspy i daleki horyzont. W ten sposób po raz pierwszy zobaczyłem Ocean. Z atrakcji spaceru do Coney Island można wymienić nieczynne wesołe miasteczko, znowu znane z filmów (bodajże „Annie Hall” ale i inne). Dobry materiał na zdjęcia – stary diabelski młyn i inne urządzenia, dookoła pusto, odrapane mury, puste ulice. Niby Ameryka ale taka już mocno bez makijażu, brudnawo i śmierdzi starością. Wlazłem także na molo, na którym Rosjanie ambitnie łowili ryby.

Potem jeszcze chwilę pozachwycałem się wspomnianym metrem i wróciłem na Manhattan, gdzie udałem się na spacer po dolnej części Broadwayu. Dookoła same sklepy z ciuchami, dosyć tandetne jak na miejsce, spodziewałem się lepszego szyku raczej, ale... te ceny. Naprawdę jesteśmy jako Polska pariasem świata. Zarabiamy mało, a wszystko u nas drogie. Tutaj ludzie zarabiają więcej, a wiele rzeczy, w tym ciuchy mają za połowę i mniej tego co u nas. Dodajmy różnice w parytecie siły nabywczej nas i ich i wyjdzie nam, że u nas jest wszystko trzy i więcej razy droższe... Spodnie Levisa 501 za 25 dolarów, koszulki markowe za 10 dolarów, a jestem pewien, że w tym mieście kryje się wiele ciekawszych ofert. Potem obowiązkowo spacer po centrum finansowym, ostatni rzut oka na statuę, Wall Street, statek „peking” i... Wizyta (już druga dzisiaj) w największej księgarni NYC. Książki tak nowe jak i stare, ceny bardzo atrakcyjne (powieści Iana Fleminga za 5 dolarów – taka sama w Empiku kosztowała mnie 40 zł), a wybór taki, że onieśmiela za pierwszym podejściem. Kupiłbym ze sto ale musiałem zdecydować się na trzy, za które zapłaciłem łącznie 18 dolarów. W Polsce za to kupiłbym akurat jedną.
Podsumowanie? Co to podsumowywać. Wyjazd wspaniały i udany. Miasto olśniewające swoim blaskiem, ciekawe, nie pozwalające się nudzić. Wielkie ale jednocześnie złożone z dzielnic, różne ale koherentne, zorganizowane ale dające nieco swobody, bezpieczne, zielone. Z wad – pozbawione publicznych kibelków! Myślę, że jeszcze tydzień musiałbym tu spędzić by je poznać lepiej. Tak naprawdę, nie zobaczyłem prawie wcale Brooklynu, a i na Manhattanie jest wiele dziur – ledwo, ledwo znam Soho, Noho, Greenwich, Tribekę, zaś wcale np. Chelsea. Nie byłem na Upper East Side, w Central Parku byłem jeden raz. Wymieniać można dalej. Chociaż i tak zaliczyłem bardzo dużo, o czym świadczy niech fakt, że moje nogi to jedna wielka rana. Dzisiaj od 9:30 do 21:30 non-stop a przecież to była norma podczas tego wyjazdu.

Ludzie? Trochę dzicy. Trudno powiedzieć jak wygląda „nowojorczyk” bo miks ras jest tutaj naprawdę maksymalny. Lubią się ścigać – na pasach, mówią przepraszam ale i tak się wpychają pierwsi. Jeżeli ustąpisz jednemu to następna setka wejdzie przed Ciebie. Na światłach wyjdą na czerwonym, byle tylko zaoszczędzić pół sekundy na czekaniu na zmianę. W pewnym sensie władze się poddały – USA stają się powoli dwujęzyczne. Wielu mieszkańców używa dwóch języków równolegle, sam nie wiem czy więcej tu Latynosów czy murzynów czy może jednak białych. Mieszanka czasem przyprawia o ból głowy. Od setek lat nic się nie zmieniło, Ameryka wciąż przyciąga nowych obywateli z całego świata, tylko teraz, paradoksalnie, Ci nowi nie chcą się asymilować w tyglu. Pozostają sobą, trzymają się swoich, ciekawe czym to się skończy. Acha, no i najważniejsza cecha wspólna każdemu. Jakieś 80% osób jakie widziałem non-stop gada przez telefon. A mi właśnie mija drugi tydzień odkąd używałem swojego :-)
