Cel: Ostróda. Chciałbym napisać, że nigdy tam nie byłem, ale nie byłaby to prawda. Podczas wakacji A.D. 2015 zajechałem tam po drodze i zapamiętałem to miasto z koszmarnego korka oraz tego, że wjechałem pod prąd w jednokierunkową uliczkę. Na szczęście, bez konsekwencji, ale emocji nie brakowało. Widok ludzi jadących wprost na Ciebie i pukających się w czoło, należy przecież do niezwykle emocjonujących. Wspaniałe wspomnienia. Na swoje usprawiedliwienie mogę dodać tylko to, że i wtedy i obecnie nie widziałem przy wjeździe do tej uliczki stosownego zakazu. Tajemnica godna drogowego Archiwum X.
Zbliżająca się wizyta w tym mieście zachęciła mnie do podszkolenia się z zakresu wiedzy geograficznej. A dokładniej, tego jak i gdzie przebiega granica pomiędzy Warmią, a Mazurami. Dzięki temu, upewniłem się, że Ostróda przynależy do tych drugich, co wcale nie jest takie oczywiste, gdy patrzy się na mapę i widzi się jak blisko jest stamtąd do takiego Olsztyna.

Nie jest to również oczywiste, gdy pamięta się, że oba regiony różniły się stopniem nasilenia “polskiego żywiołu”. Na Warmii był on zdecydowanie silniejszy, na Mazurach zaś już silnie zgermanizowany, czy też po prostu, germański. Tymczasem, dawna Ostróda była w dużym stopniu polska, aczkolwiek do macierzy wróciła dopiero w 1945. Przeprowadzony w 1920 roku plebiscyt okazał się nad nas totalną klęską, również w tym regionie.
***
Tyle historii. W Ostródzie nie zachowało się po niej wiele, bo jak można się domyśleć, Armia Czerwona gdy wyzwalała to miasto, nie spieszyła się jeszcze na Berlin, więc w tzw. międzyczasie zdążyła je porządnie przetrzebić. Jak podają źródła, podczas walk z Niemcami zniszczono pięć budynków. Pozostałe 495 dokonało swego żywota w kolejnych miesiącach. Gdy w maju 1945 roku władzę przejmowali od komunistów radzieckich komuniści polscy, Ostróda była zdewastowana w 60%, a zniszczenia dotyczyły przede wszystkim tzw. tkanki historycznej oraz oczywiście przemysłu. Nie znaczy to jednak, że nie zachowało się zupełnie nic. W centrum jest trochę starych kamienic, do tego, kilka kościołów, na czele z kościołem gotyckim pw. Św. Dominika Savio.


Oraz oczywiście Zamek Krzyżacki. Gdybym był złośliwy, mógłbym napisać, że z boku wygląda on na przerośniętą stodołę. Mógłbym też podkreślić to, że jego elewacja jest praktycznie w ogóle pozbawiona detali, co sugeruje (zresztą zupełnie słusznie), że przeszłość obchodziła się z nim raczej brutalnie, a to, co widzimy obecnie, to efekt rekonstrukcji. Mógłbym też zwrócić uwagę na jego sąsiedztwo, przede wszystkim, współczesną zabudowę blokową. Mógłbym, ale po co.



Zamek w istocie jest bowiem ujmujący, bezpretensjonalny i utylitarny. Jego czerwone mury, ilekroć je widziałem, zawsze mnie cieszyły. Spacerowałem wzdłuż nich z radością. Jego wnętrza służą mieszkańcom. Każdy może więc wejść na dziedziniec, gdzie zresztą warto wejść, bo jest tam nieco bardziej “zdobnie” niż na zewnątrz. Znajduje się tam chociażby tablica pamiątkowa, która przypomina, że w Ostródzie nocował sam Napoleon Bonaparte.

W 1807 roku zatrzymał się tu na cały miesiąc, w praktyce, rządził stąd swoim Cesarstwem. Wydarzenie to zostało uwiecznione również w obrazie. Nazywa się on “Napoleon użyczający łask mieszkańcom Ostródy”, jest zdeponowany w Wersalu i stanowi dobry przykład typowej dla polityki obłudy. W praktyce bowiem, armia cesarska przez miesiąc Ostródę grabiła i gwałciła, co trudno nazwać w jakikolwiek sposób łaską.

Spacerując po okolicach trafiłem również na ostródzki rynek. Jego centralnym punktem jest, ciekawostka, świeżo wybudowany ratusz. Który jest “wierną w założeniach” kopią budynku, który nie przetrwał aktów łaski użyczanych z kolei temu miastu przez wspomnianą już Armię Czerwoną. Tak poza tym, można by się zupełnie nie zorientować, że to historyczny środek Ostródy, ponieważ zabudowa dookoła stanowi typowy misz-masz komuny ze współczesnością. O tym, że jest to coś więcej niż zwyczajna okolica, sugerować może co najwyżej stara fontanna i wysokie stężenie sklepów oraz banków.

Kilka dni w Ostródzie były dla nas prawdziwym odpoczynkiem. Pogoda była idealna. Ludzi trochę, ale nieprzesadnie znowu dużo. Spędzaliśmy sporo czasu w okolicach Jeziora Drwęckiego, którego brzegi kuszą zarówno ciszą, jak i atrakcjami sprofilowanymi pod gusta masowego klienta. Sękacze, lody włoskie, a nawet hamburgery i inne frykasy dla wielkomiejskich portfeli. Było w czym wybierać i było gdzie wydawać pieniądze.

Ten klimat zachęcał mnie dodatkowo do rozmyślań. Udało mi się wymyślić, że Ostróda to miasto żyjące w symbiozie z wodą, koleją i żulami. O pierwszej już wspomniałem. W końcu, to tutaj swój bieg zaczyna słynny Kanał Elbląski, czy raczej, Kanał Ostródzko-Elbląski. Co do drugiego, przez środek miasta przechodzą tory kolejowe. Które je dosłownie przerywają na pół. Ilekroć przejeżdża jakiś pociąg i zamyka się przejazd, zaczynają się tworzyć ogromne korki. Wystarczy dosłownie minuta, by pół miasto stało, a drugie pół, wdychało skondensowane spaliny tutejszych Passatów TDI. No niefajne to trochę i to podwójnie, bo ja uwielbiam kolej, a domyślam się, że w takiej Ostródzie jej wrogowie dostają do ręki aż za dużo argumentów na rzecz jej pozbycia się. Byłoby, mimo wszystko, szkoda.
Żule z Ostródy to też swoista ciekawostka. Państwo okupowali ławki koło jeziora od rana do wieczora. Nie byli agresywni, za to zadziwiająco liczni, rozśpiewani i radośni. Podczas któregoś ze spacerów widziałem jednego dżentelmena, który śpiewał wybrance swojego serca “Biełyje Rozy”. Chwyciło mnie to za serce i zostało ze mną na długo.

***
Ostróda to też dobry punkt wypadowy w okoliczne atrakcje. Których nie brakuje. Jednego dnia odwiedziliśmy ponownie Jezioro Narnie. Byliśmy tam już lata temu i wszystkie ówczesne obserwacje, znalazły ponowne potwierdzenie. Dookoła nas, wszędzie jak okiem sięgnąć, głównie tzw. “klasa dresiarska”. O 10:30 każdy paradował już z piwkiem i obowiązkowo, bez koszulki. Żeby można było podziwiać tatuaże, czyli obowiązkowe, plemienne trajbale i znaczki a’la chińskie menu. Nie nasz klimat oczywiście, a trochę szkoda, bo okolica jest nader urodziwa. Ale nie mam wątpliwości, że tam na pewno nie przyjadę na dłużej, bo nie mam żadnych problemów. A pytanie o posiadanie takowych się zapewne tu dosyć często słyszy.


Odwiedziliśmy też Gietrzwałd. A raczej, tamtejszą ludyczną knajpę, która niestety, karmi coraz słabiej, przynajmniej wg nas. Co w sumie nie dziwi, bo klientela dopisuje, a skoro tak, nie trzeba przesadnie dbać o jakość.
Byliśmy też w kolejnym skansenie. Tym razem w Olsztynku. Fajne miejsce i podobnie jak inne tego typu placówki, zaskakująco nowoczesne, schludne i ciekawe. Przeniesiono tu budynki, które pokazują jak wyglądała dawna warmińska wieś przed laty. Jest więc drewniany kościółek, zagrody, domostwa, począwszy od skromnych do szykownych. Biegają zwierzęta. Kupiliśmy dzieciom gliniane koguciki, które przez następne miesiące przypominały nam o tym miejscu swoim świdrującym dźwiękiem.
