
Z jednej strony, to polityk. W moim słowniku nie ma większej obelgi. Do tego, jest to reprezentant lewicy. W moim słowniku nie ma większej obelgi. Działacz organizacji zwalczających homofobię? Wiadomo. I tak dalej i tak dalej. Z drugiej jednak strony, Biedroń to trochę również człowiek spoza układów, bo tak wypada nazwać osobę związaną niegdyś z SLD (nawet nie wiem czy ta partia jeszcze istnieje). Działa trochę na własny rachunek. W swoim stylu. Bez zaplecza, więc frontem do społeczeństwa. A to kazał samemu sobie obniżyć pensje, a to zrezygnował z samochodu na rzecz roweru. Poobcinał uposażenia urzędnikom miejskim. Zamiast zamknąć się w gabinecie, wyszedł do ludzi. Biega w maratonach, kwestuje, rozmawia, wyjaśnia. Udziela nawet ślubów cywilnych. Trochę to wszystko trąci naiwnym populizmem, takim w stylu byłego prezydenta Urugwaju. José Mujica wyglądał jak lump, jeździł VW Garbusem, zalegalizował marihuanę i bratał się z pospólstwem. Wspaniały człowiek. Aczkolwiek, zupełnie nie z mojej bajki.

Wracając do naszego geja. Jestem ciekaw efektów jego rządów. Rozpoczął od budżetu obarczonego długiem w wysokości zdaje się, że 300 milionów złotych. Jeżeli za jakiś czas, Słupsk będzie się rozwijał i wyjdzie na prostą, to Pan Biedroń wjedzie na autostradę do prezydentury. Jak nie w 2020 roku, to pięć lat później. Że nie ma odpowiednich kompetencji? Bzdura. Chyba żaden prezydent, może poza Kaczyńskim, nie miał większych niż on może niebawem mieć. Zarządzanie średniej wielkości miastem to mocny wpis do politycznego CV, o którym zarówno poczciwy Maliniak, jak i Magister, już o Elektryku nie wspominając, mogli co najwyżej pomarzyć.
Jak widać, mimo różnic nas dzielących, doceniam tego całego Biedronia, szczególnie, że jego podejście wyznacza nowe standardy, co z kolei musi irytować innych polityków. Którzy są przecież przyzwyczajeni do stylu zarządzania “a’la Maharadża”, a o społeczeństwie przypominają sobie na kilka miesięcy przed wyborami. Więc ostatecznie, ten słupski pedał ma moją sympatię, umiarkowaną i pod kontrolą, ale jak na polityka, to i tak bardzo dużo.

I wiecie co? Spacerując po Słupsku pomyślałem sobie, że nic dziwnego, że to właśnie tutaj, ktoś taki został prezydentem. Miasto jest po prostu sympatyczne. Spokojne, przemyślane, dobre do życia. Nie wszędzie jest czysto, nie każdy budynek w śródmieściu jest wyremontowany, ale mimo to, klimat Słupska kipi pozytywną energią. Czułem ją będąc tu za pierwszym razem i po latach, poczułem ją znowu. Więc to nie może być przypadek.
***
Rano Ania tak nieszczęśliwie zjadła śliwkę, że złamała sobie zęba na pestce. Szczęśliwie, okazało się, że niedaleko jest dentysta, który może ją przyjąć. Poszła więc się leczyć, a ja wędrowałem po ulicach z dzieciakami. Potem usiedliśmy w kawiarnii, w której jako samotny ojciec, stałem się lokalną atrakcją przyciągającą wzrok niewiast. Gabriela ciągle coś gadała, Apolonia też dokazywała, a ja próbowałem okiełznać ten dziecięcy chaos. Który zwyczajowo wygląda mniej więcej tak:

Tego dnia łaziliśmy po mieście. Bez celu, bez pośpiechu, bez planu. Miałem pomysł, by wsiąść w samochód i ruszyć nad morze, ale umarł on zaatakowany przez żelazny rozsądek Ani. Która stwierdziła, że skoro przyjechaliśmy do Słupska, a nie np. do Ustki, to mamy tu zostać. Bo gdybyśmy chcieli jechać nad morze, to byśmy zatrzymali się w Ustce, a nie w Słupsku. No na taką mądrość to ja nie miałem kontr-pomysłu…


Jak już wspominałem, szczęśliwie zachowało się w Słupsku dużo z gotyku (jest on zresztą częścią trasy Europejskiego Gotyku Ceglanego). Z którego najciekawsza dla mnie była Baszta Czarownic. Ma ona przedziwny kształt, zupełnie jakby została w połowie przecięta. Niegdyś, była to część miejskich murów. Znajdowało się tam więzienie dla kobiet podejrzanych o czary. Dawny Słupsk ma tu zresztą bogatą historię, ostatnią czarownicę spalono w mieście w 1701 roku. Biedroń chciał ją zresztą upamiętnić i nadać imię Triny Papisten jednemu z rond. Dziwaczny to był pomysł, do tego, fatalna była jego argumentacja, w której Pan Prezydent wykazał się sporą niewiedzą, albo, co gorsza, fanatyzmem światopoglądowym, który mu trochę zasłonił rzeczywistość. No i najważniejsze - tak naprawdę nieszczęśnica nazywała się zupełnie inaczej. Trina Papisten to zbitek obraźliwych słów, obelga, która po jej śmierci na stałe do niej przywarła.

Dzień skończyliśmy zakupami w okolicznych Galeriach Handlowych, słusznie zakładając, że będzie to ostatnia tych wakacji okazja do tego, by poobcować z komercją. Kolejnego dnia ruszyliśmy bowiem na dalekie, dzikie, tajemnicze Kaszuby. A Słupsk? Pozytywne zaskoczenie. Jest na pewno wart tego, by odwiedzić go kiedyś ponownie, jak również, by go polecić.
