
Trasa długa nie była. Można się więc było nią delektować, zamiast denerwować się pytaniami “ile jeszcze” dobiegającymi z tylnej kanapy. Wjazd na Kaszuby ciekawy: przyrodniczo i “etnograficznie”. Krajobrazy bywały zaskakująco piękne. Jechaliśmy drogami, którym zdarzało się wić serpentynami, mijaliśmy urocze jeziora, wdrapywaliśmy się i zjeżdżaliśmy z pagórków. Przy trasie pojawiały się dwujęzyczne tablice informacyjne, co w Polsce, kraju spłaszczonym kulturowo, jest zawsze pewnym zaskoczeniem i dowodem na to, że mimo wszystko, jakaś różnorodność się u nas zachowała. Szkoda jedynie, że mijane miasteczka były niestety nijakie, brzydkie i spaczone rodzimym podejściem do architektury oraz estetyki przestrzeni publicznej. Z perspektywy samochodu tak prezentowały się Sierakowice (“gmina co Biedronki nie chciała”, czyli ponoć jedyne miasteczko, gdzie nie ma supermarketów; i po liczbie małych sklepów, widać od razu jakie to przynosi konsekwencje dla lokalnej przedsiębiorczości). Jak również - Kartuzy, które były dodatkowo paskudnie zakorkowane.
Za to “Czarny Kos” okazał się fajny. To w sumie nie tyle hotel czy pensjonat, a “ośrodek wypoczynkowy”. Z własną restauracją, kortem tenisowym, boiskiem do kosza, basenem, placem zabaw, mini-parkiem, miejscem do grillowania etc. Całość znajdowała się trochę w lesie, a trochę na uboczu rozrzuconych zabudowań o letniskowym charakterze.

Niedaleko Kosa było Jezioro Głębokie. Kilkanaście minut spacerkiem. Jego brzegi były dzikie i tylko częściowo zagospodarowane. W tafli wody odbijał się okoliczny las. Gdzieś daleko, na cypelku, ktoś postawił starą przyczepę kempingową, model “Niewiadów” N-126. Ogólnie, idylla. Takich wakacji chciała Ania i na miejscu, poniekąd zrozumiałem dlaczego jej na tym tak zależało.

Jednak rzut oka na mapę pokazywał, że jesteśmy tak naprawdę, tuż obok cywilizacji. Na Stare Miasto w Gdańsku można było dojechać w trzydzieści minut. Można by było, gdyby nie to, że kawałek od “Czarnego Kosa”, w Żukowie zaczynał się trójmiejski korek, z gatunku tych najbardziej irytujących, czyli mających miejsce na zadupiu i nie dających się zupełnie wyminąć. Na całe szczęście, praktycznie przez cały pobyt, nie miałem tego świadomości. Oddychałem więc pełną piersią, czując się WOLNYM CZŁOWIEKIEM NA KOŃCU ŚWIATA.
