poniedziałek, 28 marca 2011

28.03, Miasto godne legendy Zorro

Bogota to ogromne miasto. 8 milionów mieszkańców (oficjalnie) w końcu musi się gdzieś pomieścić. Dla turysty, przynajmniej takiego szarego jak ja, istnieją w tym molochu tylko dwie dzielnice. Dopiero opuszczając to miasto i jadąc gdzieś dalej, można przekonać się ile jeszcze stolica Kolumbii w sobie kryje i jaka jest monumentalna.

Muszę pochwalić bogotańskich taksówkarzy. Nie oszukują, chociaż powiedzmy sobie szczerze, moja poczciwa twarz aż się prosi by naciągnąć na kilka tysięcy pesos więcej. Spod hotelu jadę prosto do „La Terminal”, czyli głównego dworca autobusowego. Na mapie daleko nie jest, kilka kilometrów, ale przejażdżka zajmuje nam jakieś 40 minut. Po drodze mijamy różne okolice. I takie że lepiej nie zdejmować nogi z gazu i takie, kiedy można sobie zdać sprawę, że Kolumbia bogaci się niezależnie od przeszkód w postaci partyzantów czy przestępczości. Jak grzyby po deszczu wyrastają eleganckie bloki (strzeżone, a jakże!), biurowce, ośrodki użyteczności publicznej. Przy czym zasada jest prosta – im dalej na północ, czy raczej im dalej od południa Bogoty, tym bezpieczniej i milej dla oka.

Sam dworzec zorganizowany jest na podobieństwo lotnisk. Czysto, przestronnie, pełno sklepów i tak intuicyjnie, że nawet hiszpańskojęzyczny ignorant taki jak ja, jest w stanie kupić bilet do Tunja i wsiąść do właściwego minibusa.

Jego kierowca prowadził dziwną „grę” ze swoim pracodawcą. Wyjeżdżając z terminalu musi zatrzymać się w punkcie kontrolnym. Tam sprawdzają mu dokumenty, coś w nich dopisują, a na koniec, pieczętują mu papierem drzwi. Nie jestem pewien, ale chyba po to, by po drodze nie zabierać „łebków” i nie robić zbędnych przerw w trasie. Wiadomo, otwarte drzwi to zerwana plomba, zerwana plomba to kłopoty. W teorii... Kierowca uśmiecha się głupkowato (z typem urody tutejszych metysów nie jest to trudne) i macha na do widzenia strażnikom. Idylla. Nie mija jednak pięć minut kiedy zatrzymuje się, zrywa delikatnie papier i cóż, pusty pojazd napełnia się kolejnymi osobnikami na kolejnych, niezaplanowanych przystankach. Na każdym z nich nasz kierowca ma pomocników, którzy naganiają mu klientelę. Przestrzeń dookoła zaczynają pochłaniać tobołki, torby i latynosi. Dużo latynosów.
Gdybyście kiedyś zastanawiali się dlaczego głupia trasa do Tunja trwa trzy godziny, to macie odpowiedź. Bez tej maskarady byłoby zapewne sporo krócej, no ale w Ameryce Południowej czas to pojęcie, którego nikt nie rozumie...

Droga wspaniała. Nieco czasu trwa zanim pożegnamy Bogotę ale potem zaczynają się majestatyczne góry, pagórki, doliny, wąwozy i serpentyny to wszystko oplatające. Są chwile kiedy nie mogę oderwać oczu od tego co widzę za szybą. Są chwile kiedy żałuję, że żadne zdjęcie ani film nie jest w stanie oddać piękna departamentu Boyaca.



Trzeba przyznać Kolumbijczykom, że drogi mają znakomite. Nie wypowiadam się o lokalnych dróżkach, ale główne arterie byłyby w stanie zawstydzić naszych rodzimych speców, którzy szczycą się każdym kilometrem równego asfaltu. Tutaj, w kraju ponoć biedniejszym od Polski (w co zaczynam wątpić) jakoś się udało stworzyć znakomitą sieć drogową łączącą miasta wszelkiej wielkości. I to bez rozgłosu i bata w postaci Euro nad głową. A mówimy o terenie górskim, a nie nizinnym... No cóż, pod pewnymi względami zawsze będziemy wyjątkowi, my Polacy. U nas by się nie udało!

Tunja wydaje się być miłym miastem. Wydaje, bo mój kontakt z nią ogranicza się do przejścia z jednego miejsca dworca na drugi. Tam szybko znajdujemy się z kierowcą kolejnego busika i po chwili ruszamy w komplecie do kolonialnego Villa de Leyva.

Na miejscu daje o sobie znać mój opór. Zamiast pokornie wsiąść do taksówki i zostać zawiezionym pod drzwi hostelu jak na gringo przystało, ruszam obładowany plecakami z mapą w dłoni. Oczywiście – gubię się, chociaż błąd który doprowadził do niepowodzenia był drobnej natury. Pokornie więc wracam pod dworzec i wsiadam do żółtego samochodu ku radości kierowcy.

„El solar camping” to spore rozczarowanie jeżeli chodzi o jakość. Już słowo „camping” w nazwie powinno mi dać coś do myślenia, niezależnie od rewelacyjnych opinii jakie miejsce ma.



W takich spartańskich warunkach nocowałem ostatnio w Podgoricy, u niezapomnianego Steve’a. Pokój skromny, przechodzony, a meble reprezentują ideę DIY, czyli „Do it yourself”. Na dodatek, nie ma ani właścicielki, ani wody (za tym drugim tęsknie bardziej). Niepyszny, zostawiam rzeczy w moim nowym lokum i idę „w miasto”.

Villa de Leyva od 1954 roku ma status dobra narodowego Kolumbii. I w pełni na to zasługuje. W miasteczku (liczba lokalnej ludności nie przekracza 10 tysięcy) dominuje kolor biały. Białe są kolonialne domostwa, białe są kamienice, kościoły, mury, bramy i wszystko dookoła. W ścisłym historycznym centrum ulice cały czas są zbudowane z kamienii, przez co żywot tutejszych samochodów jest nie do pozazdroszczenia. Ciężko się również po tym chodzi, nogi bolą, ale cel uświęca środki. Dzięki temu, Villa de Leyva wydaje się być miejscem gdzie czas zatrzymał się w początkach XIX wieku.




Moje pierwsze i najmocniejsze skojarzenie to filmy o Zorro. Wchodząc na wielki Plaza Mayor nie sposób odpędzić się od wrażenia, że za chwilę zza rogu wytoczy się lekko zawiany sierżant Garcia ze swoją watahą hiszpańskich żołdaków. Przypominają się mimochodem sceny z seriali, które człowiek pochłaniał w wieku dziecięcym. Pod kamienicą już zbiera się zły tłum ciemiężonych wieśniaków oraz mieszczan, może na pomoc przyjdzie im sam Zorro w pelerynie smaganej wiatrem i szelmowskim uśmiechem przylepionym pod wąsikiem?





To nie chore wizje, tylko szczera prawda. Miasteczko jest tak urodziwe i autentyczne, że od dawna stanowi naturalny plener dla wielu filmów. Akurat podczas mojego pobytu kręcony był następny. Powiewająca gdzieś z boku flaga Królestwa Hiszpanii oraz stroje z epoki nie pozostawiają złudzeń – kolejna mutacja kina płaszcza i szpady rodzi się na moich oczach.

Ekipa kończy pracę i rozchodzi się po okolicy, więc spacerując po uliczkach niejeden raz natrafiam na żołnierza tudzież krasną mieszczankę podpierającą ściany. Magiczne to miasto ta Villa de Leyva...




Jest niby szczyt sezonu ale i tak jest pustawo. W restauracjach albo brak klientów albo zajęty góra jeden, dwa stoliki. Mam wszystko niemal wyłącznie dla siebie. Miasteczko jest kompaktowe, co rusz napotykam te same osoby, a nawet ... te same psy. Mało też tu turystów. Owszem, kilku jest, ale to sami latynosi. Innych gringo nie widać. Oprócz mnie tylko jedna osoba przemierza uliczki z aparatem w dłoni. Tyle się naczytałem o komercji, a tu taka niespodzianka. Oczywiście, oblicze miasta się zmienia, sporo tu butikowych hotelików nastawionych na bogatych zwiedzających, ale bruk wydaje się nadal nie być zadeptany turystycznym obuwiem.



Posilam się w nijakiej restauracji na samym rynku. Ma dwie zalety. Widok na Plaza Mayor jest cudowny. Jest już ciemno, w oddali błyskawice zbliżajacej się burzy oświetlają góry. Po drugie, jedzenie jest dosyć tanie i dobre. Jest to mój pierwszy posiłek tego dnia, więc jem aż mi się uszy trzęsą. Pozwalam sobie także na dwa piwa (Club Colombia) i bardzo ale to bardzo powoli, wracam do „hostelu”. Z tym miejscem trudno się rozstać...