piątek, 1 kwietnia 2011

01.04, Prima Aprilis na pięć gwiazdek

To miał być zwykły nudny dzień „w drodze”. Z kategorii tych o których wspomina się jedynie z powinności. Jeden z tych do których rzadko wraca się myślami, bo nie ma po co. Miał taki być – ale nie był.

San Gil ma tak naprawdę jeszcze jedną, chyba największą atrakcję, której jeszcze nie widziałem. Zwlekam się więc rankiem i kieruję swoje kroki do Parku El Gallineral. Znajduje się on blisko centrum. Na powierzchni czterech hektarów jest aż gęsto od zieleni. Można spokojnie pospacerować alejkami, posłuchać śpiewu ptaków i świdrujących dźwięków wydawanych przez insekty. Przez teren płynie rzeka, są nawet jakieś mostki (ja trafiłem tylko na jeden przy samym wyjściu), ale najpiękniejsze są tutaj zdecydowanie drzewa. Niektóre olbrzymy mają ponad sto lat i niesamowite siwe warkocze zwisające z gałęzi aż do samej ziemi. Nazywane są „brodą starego człowieka” i nadają miejscu nieco tajemniczą aurę. Słońce przebija się przez nie z pewnym trudem, rzucając na ziemię i otoczenie dziwną poświatę. Lonely Planet wspomina, że to klimat żywcem wyjęty z kart powieści Tolkiena, więc niech i tak będzie.






Pakuję się i opuszczam miłe progi hostelu „El Dorado”. Czy napisałem miłe? Nieco na początku narzekałem, ale w sumie miejsce złe nie było. Pokój był wygodny, a gdy rozrywkowe towarzystwo wyprowadziło się po pierwszej nocy, wieczorami było już bardzo spokojnie. Około północy na korytarzu nie było żywej duszy, nie licząc śpiących psów. Właściciele też okazali się w porządku – całe dnie leżeli na hamakach i oglądali seriale komediowe...

Bez problemu docieram na dworzec i po kilkunastu minutach jestem w drodze – do Bucaramangi. Tu muszę zatrzymać się na chwilę i wspomnieć jeszcze co nieco o komunikacji w Kolumbii. Tutejsze PKS-y docierają wszędzie i jeżdżą często. Ani razu nie zdarzyło mi się czekać na odjazd więcej niż kwadrans. Wszystko jest proste i zorganizowane tak intuicyjnie, że radzę sobie bez problemu i myśli o kolejnej jeździe autokarami wcale nie przerażają (a czasem potrafiło mnie wystraszyć nawet coś tak błahego).

Trasa San Gil – Bucaramanga to chyba najbardziej malownicza droga jaką kiedykolwiek jechałem. Nawet w Kolumbii nie widziałem do tej pory czegoś tak porażającego swoim majestatem. Autokar sunie kaskadą wiodącą szczytem wzniesienia. Za moim oknem kanion Chichamocha w całej okazałości. Na dole, daleko pod nami, lśni brązowa rzeka (o ile brązowa rzeka może w ogóle lśnić), gdzieniegdzie widać nawet jakieś pojedyńcze zabudowania. Gdy nasz pojazd niebezpiecznie zbliża się do barierki, moje wnętrzności rozpoczynają szybką wędrówkę do przełyku. Niby jest to jakaś ochrona, ale tu i tam zieje między nimi przerwa. Czasami nawet tego brak, a zakręty są tu częste i ostre. Co chwila pojawia się znak ostrzegający, nie inaczej, przed strefami wypadków. Gdyby jakiś samochód naprawdę spadł, to myślę, że zatrzymałby się chyba dopiero w odmętach Rio Chichamocha...I pewnie niejeden taką drogę przebył...

Trasa wiedzie nas na sam dół wąwozu. Nieco to trwa, kaskady wiją się niczym wąż. Od różnicy wysokości czuć nawet zmiany odczuwane w uszach. Ja nie mogę oderwać wzroku od tego co za oknem i nieco mi żal, że jednak nie wybrałem się do Parku (gdybym to zrobił żałowałbym pewnie z kolei tego, że nie widziałem Guane i tak dalej i tak dalej).

Terminal w Bucaramandze znajduje się dosyć daleko od centrum (tak naprawdę po prostu znajduje się on w innym mieście). Nieco po nim krążę zanim znajduję postój taksówek i rozklekotanym Renault pamiętającym jeszcze czasy Mitteranda, jedziemy na lotnisko Palonegro. Na początek męczymy się w kurzu i upale stojąc w korkach. W Kolumbii często spotyka się roboty drogowe i spododowane przez nie zwężenia dróg. Widać, że kraj idzie do przodu pod tym względem.

Wiem, że to już nudne, ale znowu gapię się w okno i nie mogę się nadziwić temu co widzę. Palonegro zlokalizowane jest na płaskowyżu położonym wysoko nad miastem. Lądowanie jest tutaj bardzo malownicze, albowiem maszyny „siadają” na płaskim szczycie góry. Z perspektywy pasażera wrażenie jest takie, że najpierw jest się wysoko nad ziemią, gdy nagle pojawia się płaskowyż i samolot już wylądował. Nie miałem okazji, więc opisuję jedynie to co przeczytałem z cudzych relacji...




Na lotnisku nudzę się okrutnie. Taki to już zły czar takich dni – ciężki plecak nie pozwala zwiedzać, więc trzeba jakoś przeżyć te kilka godzin bezczynności. W powietrzu dało się wyczuć, że coś się jeszcze wydarzy...

Najpierw długo trzymają nas we wnętrzu terminalu i nie pozwalają wsiąść do samolotu, który widzimy zza okna. Potem podana jest informacja o tym, że odlot do Bogoty się opóźni. Dla mnie to wiadomość fatalna, bo mam tam przesiadkę do Medellin, a czas między jednym samolotem, a drugim wynosił mniej niż 40 minut. Po pewnym czasie byliśmy już na „styku” i pojawiły się czarne myśli. Wszystko spowodowane było ponoć warunkami atmosferycznymi. Obsługa niby uspokaja, że wszystkie połączenia mają opóźnienia i żebym się nie martwił, ale to mi nie wystarcza (tym bardziej, że z moim hiszpańskim połowy muszę się domyślić, a drugą zgadywać).

W końcu startujemy. Dookoła nas czarna noc i okrutna burza. To wygladało jakbyśmy wchodzili wprost w piekelne czeluście. Co chwila jaśniało całe niebo, a pioruny rysowały na nim esy-floresy. A nasza łupinka pośrodku żywiołu rozpętanego przez matkę naturę. Odzywa się pilot i z całego bełkotu wychwytuję tylko „turbulencion” powtarzane kilka razy. Zaciskam ręce na kolanach i zaczynam robić rachunek sumienia.

Jakimś paradoksem jest to, że praktycznie ani razu nami nie zatrzęsło. Do strachu w zupełności wystarczyły, a jakże! widoki za oknem. Kolumbia to kraj widoków!

Na lotnisku w Bogocie wspaniała informacja. Nasz samolot do Medellin odleciał sobie bez nas. Co za latynoskie łajzy z tych Copa Airlines. Nie mogli poczekać?

Całe szczęście, że pomaga mi bardzo miły poznany człowiek, Edgar. Wspomnę o nim jeszcze w innym miejscu, tym niemniej bez jego pomocy i tłumaczenia o co chodzi, nie wiem czy bym sobie poradził. Taka sytuacja jak ta nie jest przewidziana w żadnej książce do nauki języka jaką ze sobą mam... Przedstawicielka linii najpierw kombinuje, unika odpowiedzi i każe czekać. W końcu mówi o tym, że jedyne wyjście dla nieszczęśliwców (zostało nas jakieś dziesięć osób, z czego połowa do Medellin) to lot jutro. Edgar jest wściekły i wyciska od niej nocleg dla nas wszystkich, bo próbowała nam uciec bez tego przysługującego nam świadczenia. Nie wiem czy się cieszyć czy nie, fakt jest taki, że na koszt linii nocuję w pięciogwiazdkowym hotelu w Bogocie.

Za własne pieniądze nigdy bym się na coś takiego nie zdecydował. Standard nie był może wysoki, ale tak wygodnie podczas tej podróży nie spałem. Szkoda tylko, że pobudka musiała nastąpić bladym świtem. O 7:30 mam kolejny lot do Medellin.




W ten sposób, nieco symbolicznie, kończy się pierwsza połowa mojego urlopu. Druga będzie chyba spokojniejsza, chociaż kto to może wiedzieć?