poniedziałek, 4 kwietnia 2011

04.04, Tropik Santa Fe

To miał być taki spokojny dzień. Wycieczka do Santa Fe de Antioquia, potem jeszcze poszperanie do El Poblado i pożegnanie się z miłym Medellin. Taki był, niezbyt zresztą ambitny, plan. Wyszło wszystko nieco inaczej. Jakby Kolumbia jeszcze raz chciała mi przypomnieć jaką to jest nieobliczalną krainą.

Ranek nie zapowiadał żadnych „przygód”. Metrem szybko docieram do Terminalu Północnego, gdzie bez większych problemów znajduję właściwe okienko, kupuję bilet i melduję się na pokładzie autokaru jadącego do leżącego na Wybrzeżu Karaibskim, Turbo. Nie powiem, przez chwilę dałem unieść się magii tych wszystkich nazw. Autokar kończył swój kurs u wrót Przesmyku Darien, po dziś dzień, miejsca uważanego za jedno z najbardziej niebezpiecznych na całym świecie...

Ja jednak wysiadam daleko wcześniej, w kolonialnym Santa Fe. Miasteczko liczy sobie ponad 12 tysięcy mieszkańców i jest znanym weekendowym miejscem wypoczynku dla wielkomiejskich paisa. Jest więc „turystyczne” ale nadal nastawione niemal wyłącznie na ruch lokalny. Gringo spotkałem łącznie dwóch. I to w autobusie. Potem jakoś nie wpadliśmy na siebie już ani razu.

Santa Fe od razu kojarzy się z Villa de Leyva czy Baricharą. Od obu jest jednak nieco większe i zdecydowanie bardziej żywe. Po brukowanych uliczkach co chwila przejeżdża a to motor, a to motoryksza (widzę je tu pierwszy raz).





Ludzi też tu więcej, na głównym Plaza Mayor kwitnie handel. Rozstawione stoiska, sporo ludzi dookoła. Trudno się w tym wszystkim odnaleźć. Nie ma mowy o ciszy i spokoju. Ale z drugiej strony, Santa Fe jest dopiero odkrywane na nowo. Przez wszystkie lata, gdy w okolicy dominowała La Violencia, przyjezdni rzadko tu zaglądali, dzięki czemu miasteczko zachowało swój własny klimat i historyczny sznyt.




Z nieba leje się niewiarygodny wprost żar. Miasto leży na wysokości nieco ponad 500 metrów i znane jest ze swojego dusznego, upalnego klimatu. Wszystkie posady dookoła posiadają więc baseny, w których lokalni turyści zażywają kąpieli (w weekendy, bo obecnie nie ma tu ich prawie wcale). W porównaniu z łagodnym klimatem Medellin (tubylcy mawiają, że panuje tam wieczna wiosna – oczywiście taka kolumbijska), Santa Fe oferuje tropikalny żar rozkładający człowieka na łopatki.





Miasto nie do końca chwyta mnie za serce. Zdecydowanie bardziej wolałem Villa de Leyva i Baricharę. Może to kwestia pierwszeństwa, bo kolejny kontakt z podobną zabudową już pewnie nie robi takiego wrażenia. Może to dlatego, że miasto, choć niewielkie, nie posiada zupełnie tej małomiasteczkowej, sennej atmosfery. Życie tu pulsuje, ludzi dużo i nawet bez turystów ma się wrażenie, że jest tam za gęsto. Miejsce jest w sam raz na kilka godzin. Pospacerować po uliczkach, zobaczyć jeden, drugi, trzeci kościół, kupić jakiś prezent na głównym placu. W końcu – zjeść dobry i tani obiad.

Ja zawitałem do lokalnej restauracji niskiego sortu. Niestety, mój hiszpański ciągle mnie zawodzi, bo regularnie mam problemy z rozpracowaniem karty dań. Wiem oczywiście gdzie jest kurczak, gdzie wołowina, ale już bardziej skomplikowane opisy są dla mnie zawsze zagadką (mój specjalny słownik kulinarny też w tym nie pomaga). Kolejny więc raz zamawiam z pewną taką niepewnością – ma być kurczak, ale jaki dokładnie tego już nie wiem. Jestem mile zaskoczony. Po pierwsze, przyniesiony półmisek jest szczelnie wypchany różnościami. Po drugie, kurczak jest podany „w całości” i można się nim najeść do syta. No i ile dodatków. A to ryż, a to frytki, sałatka, fasola i bliżej nieokreślony placek w towarzystwie dziwnej bułki. Wszystko kosztuje grosze. Tak to lubię. Danie to tutejsza regionalna specjalność, o czym dowiaduję się później, widząc je regularnie w niemal każdym menu (aczkolwiek, „wkładka mięsna” się różni).



Powrót sprawił mi sporo problemów. Co prawda, idę na „dworzec” (tutaj to raczej postój) i od razu wsiadam do stojącego autobusu wracającego z Turbo, ale potem było już tylko gorzej. Zaraz za miastem zatrzymuje nas policja. Droga do Medellin wygląda na zablokowaną! Sierżant zabiera nasze dokumenty, w tym mój paszport i znika gdzieś na dłuższą chwilę. Na szczęście – wraca, oddaje i życzy miłej podróży. Tylko że jedziemy w zupełnie innym kierunku. Nie wiem dlaczego i mogę snuć jedynie domysły, w których występują partyzanci albo wypadki blokujące ruch. W te drugie jakoś nie wierzę, bo wtedy nie wiem po co by nas sprawdzano. W to pierwsze też nie wierzę, bo okolice Medellin to od lat strefa wolna od problemów z guerillą. Co prawda, w knajpie oglądałem wydanie wiadomości, gdzie na dziesięć materiałów, co najmniej cztery dotyczyły partyzantów i wojska, ale nie chce mi się wierzyć, że byliby aż tak zuchwali... Fakt jest taki, że zmierzamy daleko od celu i do Medellin wjeżdżamy od południa zamiast od północy. Zabiera nam to ponad 4 godziny, czyli dwa razy dłużej niż w odwrotnym kierunku „po bożemu”. Jeszcze tylko korek w samym mieście, powrót metrem do El Poblado i już wieczorem melduję się w hostelu. Jest 19:00, a więc sporo po czasie. Odbieram pranie (widok sterty czystych majtek już dawno mnie tak nie cieszył) i wychodzę na miasto, poszukać kolacji i miejsca na drobne zakupy. Okolica jest przyjemna, cicha i spokojna. Tak spokojna, że zupełnie zapominam w jakim kraju się znajduję, nawet gdy z ulicznego bankomatu wyciągam pieniądze. Przyzywczaiłem się już do tej wielkomiejskości dookoła i chyba zatęsknie i za nią w najbliższych dniach...