Ranek nie zapowiadał żadnych „przygód”. Metrem szybko docieram do Terminalu Północnego, gdzie bez większych problemów znajduję właściwe okienko, kupuję bilet i melduję się na pokładzie autokaru jadącego do leżącego na Wybrzeżu Karaibskim, Turbo. Nie powiem, przez chwilę dałem unieść się magii tych wszystkich nazw. Autokar kończył swój kurs u wrót Przesmyku Darien, po dziś dzień, miejsca uważanego za jedno z najbardziej niebezpiecznych na całym świecie...
Ja jednak wysiadam daleko wcześniej, w kolonialnym Santa Fe. Miasteczko liczy sobie ponad 12 tysięcy mieszkańców i jest znanym weekendowym miejscem wypoczynku dla wielkomiejskich paisa. Jest więc „turystyczne” ale nadal nastawione niemal wyłącznie na ruch lokalny. Gringo spotkałem łącznie dwóch. I to w autobusie. Potem jakoś nie wpadliśmy na siebie już ani razu.
Santa Fe od razu kojarzy się z Villa de Leyva czy Baricharą. Od obu jest jednak nieco większe i zdecydowanie bardziej żywe. Po brukowanych uliczkach co chwila przejeżdża a to motor, a to motoryksza (widzę je tu pierwszy raz).



Ludzi też tu więcej, na głównym Plaza Mayor kwitnie handel. Rozstawione stoiska, sporo ludzi dookoła. Trudno się w tym wszystkim odnaleźć. Nie ma mowy o ciszy i spokoju. Ale z drugiej strony, Santa Fe jest dopiero odkrywane na nowo. Przez wszystkie lata, gdy w okolicy dominowała La Violencia, przyjezdni rzadko tu zaglądali, dzięki czemu miasteczko zachowało swój własny klimat i historyczny sznyt.


Z nieba leje się niewiarygodny wprost żar. Miasto leży na wysokości nieco ponad 500 metrów i znane jest ze swojego dusznego, upalnego klimatu. Wszystkie posady dookoła posiadają więc baseny, w których lokalni turyści zażywają kąpieli (w weekendy, bo obecnie nie ma tu ich prawie wcale). W porównaniu z łagodnym klimatem Medellin (tubylcy mawiają, że panuje tam wieczna wiosna – oczywiście taka kolumbijska), Santa Fe oferuje tropikalny żar rozkładający człowieka na łopatki.



Miasto nie do końca chwyta mnie za serce. Zdecydowanie bardziej wolałem Villa de Leyva i Baricharę. Może to kwestia pierwszeństwa, bo kolejny kontakt z podobną zabudową już pewnie nie robi takiego wrażenia. Może to dlatego, że miasto, choć niewielkie, nie posiada zupełnie tej małomiasteczkowej, sennej atmosfery. Życie tu pulsuje, ludzi dużo i nawet bez turystów ma się wrażenie, że jest tam za gęsto. Miejsce jest w sam raz na kilka godzin. Pospacerować po uliczkach, zobaczyć jeden, drugi, trzeci kościół, kupić jakiś prezent na głównym placu. W końcu – zjeść dobry i tani obiad.
Ja zawitałem do lokalnej restauracji niskiego sortu. Niestety, mój hiszpański ciągle mnie zawodzi, bo regularnie mam problemy z rozpracowaniem karty dań. Wiem oczywiście gdzie jest kurczak, gdzie wołowina, ale już bardziej skomplikowane opisy są dla mnie zawsze zagadką (mój specjalny słownik kulinarny też w tym nie pomaga). Kolejny więc raz zamawiam z pewną taką niepewnością – ma być kurczak, ale jaki dokładnie tego już nie wiem. Jestem mile zaskoczony. Po pierwsze, przyniesiony półmisek jest szczelnie wypchany różnościami. Po drugie, kurczak jest podany „w całości” i można się nim najeść do syta. No i ile dodatków. A to ryż, a to frytki, sałatka, fasola i bliżej nieokreślony placek w towarzystwie dziwnej bułki. Wszystko kosztuje grosze. Tak to lubię. Danie to tutejsza regionalna specjalność, o czym dowiaduję się później, widząc je regularnie w niemal każdym menu (aczkolwiek, „wkładka mięsna” się różni).

Powrót sprawił mi sporo problemów. Co prawda, idę na „dworzec” (tutaj to raczej postój) i od razu wsiadam do stojącego autobusu wracającego z Turbo, ale potem było już tylko gorzej. Zaraz za miastem zatrzymuje nas policja. Droga do Medellin wygląda na zablokowaną! Sierżant zabiera nasze dokumenty, w tym mój paszport i znika gdzieś na dłuższą chwilę. Na szczęście – wraca, oddaje i życzy miłej podróży. Tylko że jedziemy w zupełnie innym kierunku. Nie wiem dlaczego i mogę snuć jedynie domysły, w których występują partyzanci albo wypadki blokujące ruch. W te drugie jakoś nie wierzę, bo wtedy nie wiem po co by nas sprawdzano. W to pierwsze też nie wierzę, bo okolice Medellin to od lat strefa wolna od problemów z guerillą. Co prawda, w knajpie oglądałem wydanie wiadomości, gdzie na dziesięć materiałów, co najmniej cztery dotyczyły partyzantów i wojska, ale nie chce mi się wierzyć, że byliby aż tak zuchwali... Fakt jest taki, że zmierzamy daleko od celu i do Medellin wjeżdżamy od południa zamiast od północy. Zabiera nam to ponad 4 godziny, czyli dwa razy dłużej niż w odwrotnym kierunku „po bożemu”. Jeszcze tylko korek w samym mieście, powrót metrem do El Poblado i już wieczorem melduję się w hostelu. Jest 19:00, a więc sporo po czasie. Odbieram pranie (widok sterty czystych majtek już dawno mnie tak nie cieszył) i wychodzę na miasto, poszukać kolacji i miejsca na drobne zakupy. Okolica jest przyjemna, cicha i spokojna. Tak spokojna, że zupełnie zapominam w jakim kraju się znajduję, nawet gdy z ulicznego bankomatu wyciągam pieniądze. Przyzywczaiłem się już do tej wielkomiejskości dookoła i chyba zatęsknie i za nią w najbliższych dniach...
