
Przywódca Kartelu to postać nietuzinkowa. Bandyta? Owszem, ale jaki! Biznesmen? Miał niesamowity zmysł do generowania pieniędzy. Gdyby nie kokaina, z pewnością zarabiałby na czymkolwiek innym. Filantrop? Za swoje pieniądze postawił niejeden szpital czy szkołę. Escobar to kolumbijski Janosik i Robin Hood, który zabierał bogatym, a dawał ubogim. W pierwszym okresie funkcjonowania Kartelu, narkotyki trafiały „na stoły” nienawidzonych gringos. Skoro chcą – niech się trują, myślał niejeden parobek, któremu kokainowe królestwo dało okazję do godnego zarobku po raz pierwszy w życiu.
O jego życiu krążą legendy. Wystarczy zapoznać się z samymi faktami, by zadumać się nad jego fenomenem. Uchodzi za najbogatszego bandytę świata. Nikt nigdy ani wcześniej, ani później, nie zdobył nielegalnie takiego majątku jak Pablo Escobar. Nie wiadomo ile dokładnie, ale wiadomo jedno – miał bardzo dużo. Szacowny i poważny „Forbes” umieścił go nawet na swojej liście najbogatszych ludzi świata – w 1989 roku wylądował na miejscu siódmym. Pojawiał się tam przez kilka lat, a i miejsce zapewne mogłoby być wyższe. Kto wie, może Escobar tą swoistą reklamę sobie kupił? Byłoby to w jego stylu. Lubował się swoją pozycją. Chciał być częścią śmietanki towarzyskiej, nawet jeżeli elita go tam nie chciała widzieć. Stosował łapówki jako narzędzie efektywniejsze od kul. Obu rozwiązań jednak nie unikał. Podczas jednych wyborów prezydenckich z jego poleceń zamordowano aż trzech kandydatów... Był szalony, szczególnie pod koniec życia, gdy z producenta kokainy stał się także jej konsumentem. O skali jego bogactwa i rozmachu niech świadczy to, że w latach 80-tych zaproponował rządowi swoisty układ. Oni dadzą mu spokój i pozwolą prowadzić interesy. On w zamian spłaci cały zagraniczny dług Kolumbii liczony wtedy na ponad 10 miliardów dolarów. Władza odmówiła...
Bardzo się polubiliśmy z Edgarem. Znajdujemy szybko wspólne fale i rozkręcamy się na całego. Na lotnisku zaczynamy nawijać i rozmawiać o każdej kwestii jaka nam przychodzi do głowy. Miłe to po tygodniu milczenia. Proponuje mi, że mnie podwiezie do domu i razem przemierzamy długą trasę do Medellin jego samochodem. Po drodze Edgar opowiada mi o swoim kraju i swoim życiu. Przez kilka lat mieszkał w Niemczech. Niemców nie polubił, więc nie mam oporów by mu powierdzieć, że w Polsce też ich jakoś nie kochamy. Obaj wiemy dlaczego. Wzruszył się opowiadającym o „naszym” papieżu. Ma własny biznes i radzi sobie coraz lepiej. Ile masz dzieci Edgar? Dwie córki. To może pora jeszcze na syna? Nie, moja żona już zamknęła fabrykę, mówi i wybucha śmiechem. Opowiadam o Ani, ale Edgar chyba nie może uwierzyć, że jestem w Kolumbii dla innych rzeczy niż tutejsze kobiety. Więc ja zaczynam opowiadać o zdjęciach, Polsce, cenach mieszkań. A potem dalej on o sobie – wiecie, że jego brat grał zawodowo w piłkę razem z Carlosem Valderramą i Rene Higuitą? Gdy mijamy miasteczko Rionegro temat schodzi na samego Escobara – to tam się właśnie urodził. Ponoć miał w kieszeni całą kadrę Kolumbii w piłce nożnej, a mój idol z dzieciństwa, szalony bramkarz Higuita, siedział nawet w więzieniu w związku z porwaniem, w którym uczestniczył jako przekazujący okup.. Edgar mówi o Escobarze z szacunkiem. Był bandytą i terroryzował cały kraj, nie mówiąc o tym, że zrobił z Medellin najbardziej niebezpieczne miasto lat 80-tych. Racja. Ale jaką ten człowiek miał fantazję. Był przecież nawet członkiem Parlamentu, drwił sobie ze wszystkich przez tyle lat. Potrafi docenić geniusza, nawet jeżeli wyrządził tyle złego, również jemu.

Edgar jest tutejszy. Jest więc „paisa”. Tak nazywa się mieszkańców Medellin, departamentu Antiochii oraz Zona Cafeteria. To potomkowie europejczyków, którzy osiedlili się na tych ziemiach wieki temu i zostali farmerami. Nie było tu nigdy wielkich latyfundiów, mało było niewolnictwa. Paisa to ludzie przywykli do ciężkiej pracy, wywodzący się z małych gospodarstw. Dzisiaj są symbolem przedsiębiorczej elity. Każdy paisa to mały biznesmen, każdy zarabia i kombinuje by było więcej i lepiej. Szczerze pisząc, Ci ludzie to sól tego narodu. Są z siebie dumni i patrzą z góry na innych. I mają ku temu powody, bo okolica jest przepiękna, czysta i bardzo „zachodnia” w dobrym tego słowa znaczeniu. Po czasach La Violencia nie ma już śladu, poza tymi ukrytymi w ludzkiej psychice.
Edgar podwozi mnie pod same drzwi hostelu, a nawet wchodzi ze mną żeby sprawdzić czy miejsce jest aby na pewno bezpieczne. Potwierdza, że jest w porządku, zostawia mi do siebie namiary. Rozstaję się z nim z żalem – co za miły człowiek...
Samo Medellin robi wrażenie. Miasto można porównać do Chicago, Lyonu czy naszego Poznania. W cieniu największej metropolii, ale ambitnie do przodu i z wielkimi perspektywami na przyszłość. To centrum biznesowe i prężny ośrodek oddziaływujący na cały kraj.


Tego dnia chodzę jedynie po El Poblado. To dzielnica podobna do bogotańskiej Zona Rosa. Dużo barów, restauracji, hotelów. Zielono i bezpiecznie o każdej porze dnia. Co do tego ostatniego, spotkała mnie dziwna „przygoda”. Rano pozwoliłem sobie na śniadanie w jednej z kawiarni. Gdy kończyłem, przy stoliku obok usiadł młody człowiek – delikatne rysy, mokasyny na nogach, dobrze ubrany. Zrobił to tak, że mnie zablokował i wychodząc musiałem się przeciskać. Ja idę przed siebie ale szóstym zmysłem widzę, że facet wstaje i podąża za mną. Ja skręcam – on też. Ja w lewo i on też w lewo, Ja w prawo i on tak samo. Ja się odwracam i idę w jego kierunku – on staje i idzie do mnie. Pyta czy znam angielski. Jako że już się nagadałem, mówię, że nie. Facet niby się wycofuje i idzie w innym kierunku, ale nagle robi się cały wściekły i rzuca w moim kierunku stek przekleństw w języku Szekspira. Wiem, że powinienem zareagować, ale coś mi podpowiadało, by dać sobie spokój. Dziwna sprawa. Człowiek wyglądał bardziej na męską prostytutkę niż bandytę i nie mam pojęcia czego chciał. Może to jakiś tutejszy sposób na turystów. Trzymał w ręku zwiniętą kartkę, może coś w niej było? Tak polubiłem ludzi z Medellin dzięki Edgarowi, a tu byle gnojek szarga wizerunek. No ale gnojek nie był paisa – mówiąc wprost, karnację miał ciemnawą. Przez dłuższy czas zerkam czy nie ma go na horyzoncie, ale więcej już się nie spotykamy.
Jest tu pełno sklepów i centrów handlowych. Wchodzę do jednego i nie mogę się nadziwić jak tu drogo i „światowo”. Na nic mnie nie stać, a szukam bielizny, bo już dawno jestem w fazie czerwonej alarmu majtkowego. Co oznacza, że jedyna alternatywą jest wyciągnięcie jakichś używanych.


Dzielnica ma biznesowo – rozrywkowo – handlowy sznyt. Obecnie stanowi nowe centrum miasta. Wzdłuż Avenida El Poblado dużo wielkich gmachów. Pełno zieleni, drzew i małych parków. To bardziej Europa niż Ameryka Południowa. Niby wszystko ładnie i w porządku, ale na wielu murach wciąż widać zwoje drutu kolczastego, a każdy budynek ma swoją ochronę. Mój hostel jest zawsze zamknięty grubymi metalowymi drzwiami... Gdybym przyjechał tu na początku, może byłbym nieco rozczarowany. Teraz mi się podoba, chociaż, szczerze, już tęsknie za mniejszymi mieścinami i pięknem przyrody.


Kolumbijska piłka mnie nie kocha. Jutro chciałem iść na mecz. Sprawdzałem datę kilka razy, a tu niespodzianka – mecz odbył się dzisiaj. Obejrzałem go w telewizji jedząc obiado-kolację w knajpce. Może i dobrze, że nic z tego nie wyszło. Kamera kilka razy pokazywała jak kibice jednej z drużyn rozrabiają na trybunie. Jak siebie znam – pewnie trafiłbym w oko cyklonu, a tak przy piwie i pizzy zerkałem leniwie na wydarzenia na boisku. Innym razem, kolumbijska piłko. Następnego dnia widziałem w gazecie zdjęcia z zamieszek pod stadionem. Chyba ktoś nade mną naprawdę czuwa i dba żebym nie szwędał się po niewłaściwych miejscach...
