piątek, 5 lutego 2010

Tiziano Terzani

Faktem jest, że zasypiam trzymając w dłoni przewodnik po Wietnamie i codziennie zerkam jak licznik do wylotu odejmuje kolejny jeden dzień. Prawdą jest, że czas się zaczyna dłużyć i tygodnie mijają wolno, coraz wolniej. Ale to nie powód, by zostawiać tu ślady po przeżyciach równie miałkich jak te. Więc dzisiaj będzie o książkach.

Dzieła Tiziano Terzaniego zacząłem czytać dopiero niedawno. Czytać, a raczej chłonąć, należy powiedzieć. Zacząłem od tej mniej znanej.

„W Azji“ to zbiór felietonów, przekrój z wydarzeń dziejących się na kontynencie w ciągu ostatnich dekad. Terzani opisuje zarówno wygasającą wojnę w Wietnamie, jest świadkiem wejścia wojsk północy do Sajgonu, przyznaje się do naiwności w ocenie Czerwonych Khmerów. Jest blisko masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju. Stara się być wszędzie tam gdzie dzieje się coś ważnego, a takie wydarzenia w tamtych czasach definiowało się głównie po ilości przelanej krwi.
Ale jest tu też miejsce na sporo ciekawostek na temat sterylnej Japonii, zachwyt Indiami czy podkreślanie fascynacji autora wielkimi Chinami. Ostatnie rozdziały poświęcone są obserwacjom operacji „powrotu do macierzy” Hong Kongu. Odpływający statek z ostatnim gubernatorem wraca do Wielkiej Brytanii, czerwony sztandar powiewa nad niedawną przecież perłą w Koronie Imperium. Można powiedzieć – coś się nieodwołalnie skończyło, a mi osobiście robi się żal, że jedyny Hong Kong jaki jeszcze mogę ujrzeć, to ten chiński, a nie kolonialny.


To z kolei „ta bardziej znana“ książka Terzaniego, od której zaczęła się jego niszowa popularność w kraju nad Wisłą.
Autor opisuje w niej tylko jeden rok swojego życia – rok, w którym zgodnie z wróżbą wypowiedzianą lata wcześniej, zginie jeżeli chociaż raz wsiądzie na pokład samolotu. Więc zamiast nad chmurami, podróżuje klasycznymi środkami lokomocji. Odkrywa na nowo to o czym zapomina się będąc anonimowym pasażerem na kolejnym anonimowym lotnisku. Świat, zrazu kurczący się, znowu staje się ogromem i tyglem różnorodności, trudnej do uchwycenia z pozycji innej niż osoby, która posiada czas. Dużo czasu.
Tak naprawdę, jestem w trakcie lektury i ważę ją bardzo spokojnie. Tak sobie czytam i czasem mam wrażenie, że część rzeczy mógłbym sam napisać. Gdybym tylko miał talent oczywiście. Jako że nie mam, część moich własnych refleksji spisał Terzani, a ja mogę powiedzieć jedynie, że się z nimi zgadzam. Mnie też ciągnie w świat i czasem tego nie rozumiem, mając w pamięci, że moi rodzice do podróżników zdecydowanie nigdy nie należeli. Mi właśnie mija pierwsza „pięciolatka” poważnej pracy zawodowej w systemie day-to-day, biurko-obok-biurka i podobnie jak on... zastanawiam się póki co jedynie co by było gdybym tak... Gdybym tak miał odwagę i oszczędności na koncie :-)



I tak mi mija czas. Cieszę się, bo za kilkadziesiąt stron Terzani uda się w podróż z Hanoi do Sajgonu przez cały kraj. A ja zerkam na licznik i widzę, że do mojej jeszcze 38 dni. Kupa czasu...