Po tym posiłku poszliśmy na lokalny pchli targ. Lubię takie miejsca, chociaż odwiedzam je wyłącznie zagranicą. Obawiam się, że z moją naturą zbieracza rupieci, częstsze wizyty mogłyby zakończyć się źle. Tłumaczę to sobie tym, że pasjonuje mnie historia zwykłych rzeczy. Gdybym był bogaty i mógł spełnić jedno ze swoich bezsensownych marzeń, to założyłbym muzeum kultury materialnej. A w nim, zbierał kolekcję przedmiotów, które pokazywałyby codzienność sprzed lat pięciu, dziesięciu i pięćdziesięciu. Wiem, wiem, dziwne.
W Erywaniu znaleźliśmy sporo chińszczyzny, ale pomiędzy nią znajdowały się stoiska z rękodzielnictwem (kupiłem jakieś drobne podarki dla żony), z ikonami, no i z tym co mnie najbardziej interesowało, czyli z różnymi post-sowieckimi szpargałami: a to jakaś zastawa i talerze, a to kolekcja medali, albo resztki bezcennej niegdyś biblioteczki myślicieli marksizmu-leninizmu. Wszystko mnie interesowało, wszystko bym kupił. Gdybym tylko miał muzeum, a nadal nie mam.
Po tych przygodach jemy libańskiego kebaba i jedziemy pod miasto, do Echmiadzynu, nazywanego również Eczmiadzynem. Jakoś nie mogliśmy znaleźć właściwego przystanku autobusowego, więc ładujemy się do taksówki, która za grosze zawozi nas na miejsce. Nasz kierowca uśmieca się od ucha do ucha, co oznacza zapewne, że zdrowo przepłacaliśmy. No trudno. Echmiadzyn to “ormiański Watykan”, siedziba Katolikosa Karekina II, najświętsze miejsce kraju, którego mapa roi się od miejsc uświęconych, w końcu, to miejsce, gdzie zobaczyć można najstarszą na świecie Katedrę - wybudowaną w IV wieku n.e. Wiele sobie po nim obiecywaliśmy. Nawet bardzo wiele. Ale na miejscu poczuliśmy znane już nam uczucie lekko tępawego rozczarowania.

Samo miasto wyglądało nijako, szaro i monotonnie, a sakralny kompleks znajdujący się w jego środku, przypominał nam pod względem atmosfery świąteczny odpust na rodzimej prowincji. Ludzi było dużo, w końcu to niedziela, przy czym, ku naszemu zaskoczeniu, wiele kobiet pozwalało sobie na odkrycie swoich walorów - bujne “katolikosy” atakowały nas z głębokich dekoltów, co zupełnie nie licowało z naszym nastawieniem. Liczyliśmy, że będziemy obcować z sacrum, a dookoła nas panowało radosne profanum.



Pod względem architektury - Grzegorz słusznie zauważył, że niektóre budynki wyglądały jak nasz rodzimy kampus UKSW. Inne z kolei - jak kampus UW. Nic szczególnie ciekawego - neoklasycyzm wymieszany ze “współczesnym budownictwem sakralnym”.



Sama Katedra była akurat w remoncie i nie zrobiła na mnie jakiegoś ogromnego wrażenia. Trudno było uwierzyć, że jest to zabytek, który powstał tak dawno temu i rości sobie słuszne prawa do bycia najstarszą zachowaną chrześcijańską świątynią. W jej wnętrzu znajduje się Włócznia Przeznaczenia, czyli, według podań, narzędzie, którym przebito ciało Chrystusa przed zdjęciem z krzyża. Jak to w chrześciaństwie już bywa, kilka innych kościołów również uważa, że ją posiada w swoich zbiorach, więc tej w Echmiadzynie nie traktowaliśmy zbyt nabożnie.


To miejsce nas rozczarowało. I chyba trochę zniechęciło. Może to była kwestia dnia, a może zmęczenia. Na pewno, liczyliśmy na coś bardziej mistycznego.

Po wyjściu z tego kompleksu, poszliśmy jeszcze do małego kościółka zlokalizowanego nieopodal. Tam podobało nam się bardziej, szczególnie we wnętrzu, które było spowite dymem z kadzideł oraz zawodzeniem kapłana.

Jednak chyba najciekawszym doznaniem był … powrót marszrutką do Erywania. Wsiedliśmy do pojazdu, zajęliśmy ostatnie miejsca i ruszyliśmy. Szybko zaczęliśmy żałować tego, że nie pojechaliśmy taksówką, bo pojazd stawał co chwila i wypełniał się kolejnymi pasażerami. Nieszczęśnicy ci stali w niewysokim pojeździe, a ich głowy oraz szyje zginały się niczym w religijnym pokłonie. Grzegorz, siędząc z przodu, miał pecha - co chwila ktoś się o niego ocierał i to do tego, różnymi częściami ciała. Ach, Ci Ormianie!

Już w Erywaniu poszliśmy na obiad do irańskiej knajpki. Zamówiliśmy dziwne, acz smaczne dania, zjedliśmy, popiliśmy, odpoczęliśmy i doszliśmy do wniosku, że już nam się nic nie chce. Pojawiło się głębokie zmęczenie materiału i sami nie wiedzieliśmy czy znajdziemy w sobie energię, by ostatni dzień spożytkować na coś konkretnego.
