środa, 11 marca 2015

11.03, Skuszeni przez stolicę

Po dwóch dniach w Wanadzorze ruszyliśmy dalej. W Armenii wszystkie drogi wiodą przez Erywań, więc chcąc dotrzeć do położonego na południu kraju Goris, musieliśmy najpierw pojechać do stolicy i tam przesiąść się dalej. Porankiem szybko znaleźliśmy marszrutkę i nie minęło dużo czasu, gdy drzwi busika zamknęły się, a pojazd ruszył. Ruszył, dodajmy, ospale, niczym tuwimowska lokomotywa.

Nasz pojazd dosłownie toczył się po drodze, większość czasu spędzając na przeciwległym, lewym pasie. Kierowca bardzo ostrożnie wypatrywał dziur w drodze (a tych było mnóstwo, w sumie, były to dziury na które ktoś kiedyś wylał trochę asfaltu), wymijał je, a manewr ten przekładał ponad takie prozaiczne rzeczy jak bezpieczeństwo czy to, że z naprzeciwka jadą na niego inne samochody. Minę miał zatrapioną, czoło zmarszczone, a jego ręce nerwowo zaciskały się na kierownicy. Widać było, że chodzi tu o coś poważnego. Grzegorz, bądź co bądź, ekspert w zakresie części samochodowych, szybko orzekł, że pewnie o zawieszenie. Albo było w fatalnym stanie i zaraz mogło się posypać, albo … już się zepsuło. Można sobie wyobrazić jakim problemem może być jego naprawa, która zapewne kosztuje, i to niemało jak na tutejsze standardy. Kiedy raz czy dwa, mimo całej ostrożności, wjechaliśmy jednak w jakąś dziurę, a pojazd na niej podskoczył, nasz kierowca wykrzywiał się i przymykał oczy, zupełnie jakby zadawało mu to fizyczne cierpienie. Nic więc dziwnego, że trasa do Erywania zajęła nam “nieco” dłużej niż sugerują to mądre książki.

Na miejscu nie udało nam się znaleźć transportu do Goris. Trafiliśmy na właściwy dworzec, ale wszędzie słyszymy “niet”. Marszrutki ponoć już do tego miasta nie kursują (w co nie chce nam się wierzyć, chociaż wszystko wskazuje na to, że jest to prawda), a taksówkarze albo mówią, że to dla nich za daleko, albo rzucają nam absurdalne kwoty, dając tym do zrozumienia, że … to dla nich za daleko. Dumamy nad tym co robić i pada decyzja, że skoro już jesteśmy w Erywaniu, jest piękne południe, a dookoła nas swoimi urokami kusi, bądź co bądź, miasto stołeczne, to ten dzień zostajemy tutaj, a do Goris pojedziemy już jutro. Odwiedzamy miłą knajpkę, jemy tam pożywne zupy, korzystamy z wifi, znajdując sensowne namiary na nocleg i cieszymy się, że robimy coś spontanicznie i dajemy się ponieść chwili.

Jako, że było poza sezonem, znowu mamy szczęście do tanich kwater. Płacimy niewiele za skromny pokój położony w śródmieściu, tuż obok Placu Republiki. Naszym gospodarzem był dziwny człowiek, z aparycji nieco podobny do Czeczenów, których w latach 90-tych często można było zobaczyć w “Wiadomościach”: broda, kruczoczarne, proste włosy, gęba zacięta, usta wąskie, no i to spojrzenie… Nie obrażając, ale dawno już nie widziałem tak bezgranicznie tępych, a jednocześnie wrednych oczu. Lekko przymknięte powieki sugerowały, że “dżygit”, bo tak go nazwaliśmy, albo nieustannie myślał o mordowaniu ludzi dookoła albo, co jest wersją bardziej prawdopodobną, był być może pod ciągłym wpływem używek. Co mogłoby tłumaczyć również jego powolne zachowanie. “Dżygit” lubił piłkę nożną - oglądał ją przez pół dnia siedząc nieruchomo na kanapie, ale gdy trzeba było, był też w stanie zająć się swoimi klientami albo odebrać telefon. Tak czy owak, było w tym człowieku coś co nas obu niepokoiło i odrzucało, chociaż przyznać trzeba, że pobyt minął nam bezproblemowo, a do samego miejsca tego wróciliśmy jeszcze kilka dni potem.

Te popołudnie spędziliśmy w murach Erywania. To spore miasto, mieszka w nim ponad milion osób, więc zajmuje ono rozległą przestrzeń. Przedmieścia wyglądają raczej smętnie (przynajmniej te przez które przejeżdżaliśmy autobusem), ale centrum jest schludne i pełne życia. Obok Damaszku, Erywań należy do najdłużej zamieszkałych w sposób ciągły miejsc na świecie. Tyle, że z tej historii niewiele zostało, bo współcześnie jest to aglomeracja de facto w pełni sowiecka. Zwarte śródmieście powstało w latach 20-tych XX wieku, a zaprojektowane zostało przez Aleksandra Tamaniana, architekta, który wyrył w Armenii swoje piętno, projektując jeszcze m.in. kilka innych aglomeracji. Miał tutaj ułatwione zadanie, o tyle, że gdy zabierał się do pracy było to miasto ledwie dwudziestotysięczne. Z dawnej zabudowy, zapewne i tak skromnej, nie zostawił jednak niemalże nic. Zrównał wszystko z ziemią, przez co, paradoksalnie, więcej o historii Ormian powiedzieć może architektura takiego Tbilisi niż własna stolica tego narodu...




Jego zrealizowana w Erywaniu wizja to przykład miasta idealnego, o szerokich arteriach, które rozchodzą się promieniście od dwóch wielkich placów będących ośrodkami centralnymi. Muszę przyznać, że pod względem urbanistycznym, może się całość podobać. Zabudowa jest zwarta i ze sobą spójna. Erywań bywa monumentalny, aczkolwiek po dniu spacerów po nim doszedłem do wniosku, że on tylko udaje, że jest duży. I robi to naprawdę zręcznie!


Taka Opera, pocztówkowy symbol stolicy, na ten przykład, na pierwszy rzut oka wydaje się wręcz zwalista, a dopiero po chwili zdajemy sobie sprawę, że wcale nie jest aż tak duża, a my daliśmy się nabrać na zręczne sztuczki architekta, który osadził ów budynek na ogromnym placu, oszukując wszystkich zręcznym użyciem perspektywy.

Najsłynniejszą budowlą Erywania jest zapewne “Kaskada”, czyli podwójny ciąg ogromnych schodów, które wspinają się na jedno ze wzgórz. To przedziwna, irracjonalna konstrukcja, którą należałoby traktować bardziej jako dzieło sztuki niż dzieło li tylko architektury. Zaczęto ją budować jeszcze za czasów ZSRR, dokończono niedawno, z wielkim wysiłkiem i dzięki pomocy ormiańskiego patrioty, który majątku dorobił jej się w USA i postanowił zrobić coś dobrego dla swej ukochanej, umęczonej ojczyzny. Całość wygląda dziwnie, nie ma praktycznego zastosowania, a wszystko kosztowało krocie. Z góry konstrukcji rozciągają się piękne widoki na miasto nad którym, jeśli ma się szczęście, zobaczyć można śnieżny Ararat, a przy dobrej pogodzie setki schodów zapełniają się spacerowiczami, zakochanymi parami oraz turystami, należy więc uznać, że Kaskada, przykład megalomanii w świecie, gdzie ludzie żyją w zaśmieconych ruderach, to jednak projekt udany. Mówi on wiele o psyche współczesnych Ormian - Azerowie mają gaz i ropę, Gruzini są blisko Europy, a oni, cóż, mają w stolicy Wielkie Schody Dokinąd. I są z nich dumni!





Z punktów “obowiązkowych” odwiedziliśmy również Błękitny Meczet. Mieści się on tuż przy ruchliwej ulicy Masztoca, w samym śródmieściu, ale w swoich murach oferuje on odwiedzającym ciszę, spokój i… ciekawskie spojrzenia zza półzamkniętych drzwi i okiennic. Była to dla nas symboliczna namiastka Iranu, do którego przecież tak chcieliśmy dotrzeć. Świątynia była o tej porze pusta, a błękitne niebo i wyczekujące wiosny, ogołocone z listowia drzewa, dodawały temu miejscu dodatkowego czaru. Jest to obecnie jedyny meczet w mieście, które przez kilka wieków należało do Imperium Persów. Jego dobry stan to w pewnym sensie symbol przyjaznych stosunków jakie łączą skłóconą z prawie każdym sąsiadem Armenię z Iranem.


Erywań oferował nam spektrum rozrywek. Jak to stolica - na ulicach spotkać można było najnowsze modele luksusowych marek, wiele uliczek oferowało sklepy znane z całego świata, na trotuary wyległy kawiarniane stoliki, a ludzie zrobili się nagle nie tylko liczni, ale i modni. My jednak łaknęliśmy przede wszystkim doznań kulinarnych. Dwa dni w Wanadzorze nieco nas wygłodziły, więc dużą uwagę poświęciliśmy temu, by znaleźć odpowiednią knajpę na obiad. Tych było sporo, ale jak na miasto stołeczne, nie tak znowu dużo… Ostatecznie trafiliśmy do miejsca, gdzie kelnerem okazał się człowiek, który przed dwoma dekadami przyjeżdżał do Polski handlować na bliskim nam bazarze przy Hali Mirowskiej. Nadal był w stanie sporo powiedzieć po polsku, co było bardzo miłe. Pamiętam te czasy, bywałem nawet wtedy na rzeczonym bazarku i chociaż mam do tego wszystkiego spory sentyment, myślę, że ówczesna Polska była krajem półdzikim. Szczególnie dla przyjezdnych, chociaż akurat Ci ze wschodu mogli u nas poczuć silny powiew “Zachodu”. Pan wydawał się ucieszyć, że spotkał Polaków, a my zostawiliśmy mu suty napiwek...

… wieczorem zaś skusiliśmy się na piwo w lokalnym barze, położonym zresztą naprzeciwko Błękitnego Meczetu. Bar był nawet ładny i elegancki, trunki własnoręcznie warzone, ceny niemałe, ale ciągle mieliśmy wrażenie, że jest to lokal lekko szemrany, być może mający coś wspólnego z tutejszym półświatkiem. Klientów było niewielu, a jeżeli już to wyglądali oni na kulturystów. Albo żołnierzy tutejszej mafii. Do kufla przygrywała nam starsza pani, której śpiew był tak zły, że byliśmy gotowi jej zapłacić, byleby tylko przestała. Jak jednak pokazała nam lektura naszego wysokiego rachunku, było dokładnie odwrotnie - zapłaciliśmy jej, by nam śpiewała. Występ ten kosztował nas dobre 5.000 dram, na które nas skasowano nawet nas o tym nie informując. Zapłaciliśmy niepyszni i ruszyliśmy na poszukiwanie kebaba, ale ostatecznie, nie znajdując nic godnego naszych żołądków, wróciliśmy do siebie.