niedziela, 8 marca 2015

08.03, Zapach melancholii w Tbilisi

Nie spieszyliśmy się z pobudką. Z naszej przybudówki wychodzimy dobrze po 11-tej, co oznacza, że decydujemy się już nie ruszać poza stolicę i skupić się na poznawaniu jej zaułków. Mimo średniej pogody, humory nam dopisywały, co nie powinno dziwić, ponieważ ranek przywitaliśmy dobrą kawą wzmocnioną solidną porcją whiskey (można by nawet uznać, że była to dobra whiskey wzmocnioną solidną porcją kawy).

Ruszyliśmy w miasto. Jakie ono tak naprawdę jest? Cóż, kto spodziewa się orientu, ten może być zawiedziony. Za to miłośnicy post-sowieckiego pierdolnika mogą poczuć się jak w siódmym niebie.

Dzisiejsze Tbilisi swój wygląd zawdzięcza Imperium Rosyjskiemu, które wzięło te tereny pod swoją “ochronę” z początkiem XIX wieku. Co prawda, miasto ma historię liczoną w wiekach, ale po burzliwej przeszłości niewiele zostało. Wraz z podległością Caratowi rozpoczął się dynamiczny rozwój, który wywindował je w ciągu dosłownie kilku lat do najważniejszego ośrodka całego Kaukazu (czy tak jest dzisiaj - to rzecz już dyskusyjna). To wtedy powstało centrum, rozłożone wzdłuż Alei Szoty Rustawielego - pełno tam klasycystycznych budynków, które równie dobrze mogłyby stać w Moskwie, Petersburgu albo … w Warszawie. Tbilisi “przeżywało” każdą kolejną modę w architekturze na równi z resztą Rosji. Znaleźć więc tu można i wszelaki eklektyzm i neogotyk (co może wydać się zabawne w kraju, który przecież nie zaznał “prawdziwego” gotyku) i modernizm, a z czasem również i socrealizm. Widać, że nigdy nie żałowano tu rubli - tak za czasów przedrewolucyjnych, jak i w epoce sowieckiej. Niektóre budynki imponują rozmiarami i rozmachem. Podobnie jest z inwestycjami w infrastrukturę. Dzisiaj wygląda ona fatalnie, ale takie metro chociażby ruszyło w 1966 roku - jako czwarte w ZSRR, po Moskwie, ówczesnym Leningradzie i Kijowie, czyli, jakby nie patrzeć, najważniejszych miastach największego kraju ówczesnego świata.



Nie oznacza to oczywiście, że Tbilisi nie ma w sobie nic z Azji czy też dziedzictwa samej Gruzji. Jest tu mnóstwo kościołów - wszystkie wybudowane są w podobnym stylu, więc z daleka można je rozpoznać - po wieżach z charakterystycznymi stożkowatymi kopułami. Znaleźć można także sporo przykładów na orientalne motywy, które wkradały się do architektury każdej epoki, szczególnie mocno do socrealizmu, co oczywiście nie dziwi ponieważ, socrealizm z zasady nawiązywać miał do lokalnej tradycji.


Jednak najciekawszymi przykładami architektury Tbilisi są niewątpliwie budynki Starego Miasta - skromne, zwykłe, najczęściej z drewnianymi, zdobionymi balustradami, które tworzą unikalny klimat, na równi zresztą z postępującym frontem zgnilizny i rozkładu. To bodajże najbardziej melancholijne miejsce jakie kiedykolwiek odwiedziłem. Tu można się zadumać nad życiem, losem człowieka i cywilizacji. Niegdyś przecież było to miejsce tętniące życiem, bogate, mówiące “wszystkimi językami świata”, ze znakomitymi perspektywami. Dzisiaj zaś dogorywa swoich dni, zapomniane, zrujnowane i skazane na zagładę. To powinna być nauczka dla każdego z nas, a szczególnie dla tych, którzy wierzą, że sukces i powodzenie raz zdobyte, trwać będą wiecznie. Otóż Tbilisi wyraźnie pokazuje, że to nieprawda, zaś po latach tłustych nadchodzą lata chude, a nawet, bardzo chude. A co najgorsze, rzadko kiedy mamy pełny wpływ na to jak potoczy się nasza przyszłość.



Melancholia to zresztą “słowo-klucz”, które najlepiej chyba opisuje to miasto. Są takie miejsca, które oglądać należy w dni pochmurne i pełne nadciągającej wilgoci. Nie wiem jak Tbilisi prezentuje się w pełnym słońcu, ale wiem, że wczesną wiosną, gdy słońce skryło się za stalową osłoną nieba, miasto wyglądało fatalistycznie, apokaliptycznie, a jednocześnie, na swój sposób, magicznie. Aura podkreślała całą gamę brązów i szarości, których pełno w tym mieście - takie kolory dominują bowiem na odrapanych budynkach, ale także w ubraniach i na ludzkich twarzach. Zdezelowane, w dużej części sowieckie samochody rozbryzgiwały błoto, a chodniki pełne były dziur, w które spokojnie wpaść mógłby cały człowiek - i to z poważnymi konsekwencjami, bo niektóre czeluście miały ponad dwa metry głębokości. Oczywiście, to tylko jedna z twarzy miasta. Obok takich zatęchłych zaułków pysznią się również całe kwartały wyremontowanej zabudowy, ale powiedzmy sobie szczerze - jest to z pewnością dowód na to, że Gruzja “idzie do przodu”, ale nie jest to nic godnego uwagi.





Tbilisi na dwie części dzieli rzeka Kura. Najciekawsze miejsca, takie jak wzmiankowane Stare Miasto, znajdują się na południe od niej i to tam spędzaliśmy większość czasu. Ale zapuściliśmy się również na drugą stronę. Znaleźć tam można trochę hoteli (zapewne tańszych od swoich konkurentów zza rzeki), jest kilka ładnych miejsc, ale co do zasady, okolice te nic się nie zmieniły przez ostatnie lata - licho tam, a zapach stęchlizny czuć jeszcze bardziej. Znaleźliśmy lokalny wyszynk, gdzie za niewielkie pieniądze zjedliśmy obiad, popiliśmy go kwaśnym, domowej roboty winem i obejrzeliśmy kawałek meczu rosyjskiej Ekstraligi w telewizji. Posileni poszliśmy do miejsca dla całej Gruzji szczególnego, czyli Soboru Trójcy Świętej. Jest to siedziba Katolikosa, czyli Patriarchy Gruzji oraz jedna z największych budowli świata prawosławnego, na nas jednak nie zrobiła wielkiego wrażenia. Ot, nowa, wielka co prawda, ale nijaka świątynia. W jej wnętrzach brakowało atmosfery, której podświadomie oczekiwaliśmy - było tłoczno, głośno, jasno. Nie czuliśmy tam żadnego misterium. Po okolicy grasowało lokalne plemie “Szwajcarów”, jak to nazywamy tradycyjnie już Cyganów, więc nie spędziliśmy tam dużo czasu.

Nieco już byliśmy zmęczeni tym łażeniem, ale udaliśmy się jeszcze na drugą stronę miasta, by wjechać kolejką szynową (z włoska nazywaną funicolare) na szczyt wzniesienia górującego nad Tbilisi. Konstrukcja była nowoczesna i pachnąca świeżością, bo co jak co, ale lokalne władze nie żałują pieniędzy na tego typu pomysły - dość przypomnieć, że nad zabudowaniami biegnie jeszcze inna kolejka linowa. Trochę to dziwne w mieście, które aż prosi się o remonty, ale jak widać i tutaj władza lubi ustawiać priorytety w sposób niezrozumiały dla śmiertelnika.


Na górze spotkaliśmy małżeństwo z Rosji, które nie omieszkało poinformować nas, że na tutejszym cmentarzu znaleźć można grób matki samego Józefa Stalina, a także nagrobek pewnego rosyjskiego generała. Szczególnie zależało im na tym byśmy zobaczyli ten drugi - więc z grzeczności spełniliśmy zadość ich sugestiom, a ja miałem wrażenie, że ten niepozorny kawałek historii był nam przekazany w ramach polityki budowania “odwiecznej rosyjskości tych ziem”. Ogólnie cały ten wyjazd minął nam na geopolitycznych dywagacjach o wojnie, Rosji, Ukrainie i tym czy czeka nas koniec “ery pokoju”. Bądź co bądź, rozmawiali ze sobą niedoszły absolwent politologii oraz prawnik z wykształcenia (czyli ja) oraz magister nauk politycznych (czyli Grzegorz). Przykład z XIX wiecznym generałem dał nam trochę do myślenia - czy Putin zaatakuje kiedyś Tbilisi, tłumacząc się tym, że jedynie zabiera co “od zawsze” należało do Mateczki Rosji? W tym miejscu na świecie nie jest to wcale niedorzeczność, a pamiętać wypada, że przecież “Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica”.


Gdy wracamy na dół robi się już ciemno, a my zmierzamy na popas. Znaleźliśmy ciekawą knajpkę - zamówiliśmy dania, wypiliśmy kilka piw i nawdychaliśmy się oparów z papierosów. Trochę już zdążyłem zapomnieć, że jeszcze kilka(naście) lat temu w Polsce było podobnie, to znaczy, paliło się wszędzie, a w zamkniętych pomieszczeniach śmierdziało dymem. Trudno w to mi dzisiaj uwierzyć - zaduch był bowiem trudny do wytrzymania.


Grzegorz miał szczęście (a może to jednak wiedza?). Jego zamówiony posiłek był smaczny i na taki też wyglądał - ja zaś dostałem kawałki mięsa wymieszane z pieczonymi ziemniakami. Pyszne to raczej nie było, pożywne za to i owszem. Za żart uważam to, że restauracja szczyci się tym, że robi owe danie najlepiej na świecie. Jeżeli to prawda to chyba tylko dlatego, że nikt inny nie wpadł na to, by coś takiego nazywać “daniem” i do tego, szczycić się tymże w menu.

Po tym posiłku, idziemy jeszcze na piwo i kończymy ten dzień zalegając w barze dla lokalnych hipsterów. Jutro pora na powrót do Armenii, a ja podświadomie czułem, że te wszystkie wygody dookoła nas, znikną gdy tylko przekroczymy granicę (i uprzedzając fakty - nie myliłem się!).