Zanim ruszyliśmy w trasę, pokręciliśmy się nieco po uliczkach, zabierając jeszcze dwóch pasażerów. Pięcioosobowy Mercedes był więc pełny i można było jechać na południe. Na tylnej kanapie moimi kompanami byli dwaj młodzi mężczyźni. Jeden okazał się być żołnierzem na przepustce, który wracał do swojego oddziału. Wyglądał jakby miał czternaście lat i tak też się zachowywał. Drugi miał kręcone włosy, tępą twarz o wyraźnie słowiańskich rysach i mi się nie podobał - jego oczy zbyt długo jak na mój gust analizowały układ kieszeni na mojej kurtce, więc przez całą trasę miałem się na baczności. Tak na wszelki wypadek. Oczywiście, nasz kierowca ich znał i ciągle z nimi rozmawiał. A raczej, szpanował przed nimi, ku ich dzikiej, młodzieńczej radości.

Ach, nasz kierowca! Alik mu było na imię. Zapamiętałem, bo jak żyję, takiego debila jeszcze nie widziałem. Alik miał pucołowatą buzię, może z dwadzieścia pięć lat na karku i wyraźną potrzebę podkreślania własnej, ogromnej wartości. O tym świadczyło wszystko, począwszy od jego samochodu, wysłużonego merca z początku lat 90-tych. Jak na tutejsze warunki, był to wręcz luksusowy pojazd, który z daleka pokazywał, że jego właściciel to nie byle kto. Alik miał dwa telefony komórkowe i ciągle przez nie rozmawiał. CIĄGLE. Dzwonił co dziesięć sekund i na dziesięć sekund. Odbierając połączenia rozpoczynał dyskusje od gardłowego “aljooooo”, co nas bawiło i weszło nam w nawyk. Oczywiście, robił to wszystko jadąc i to szybko, bo ponad sto kilometrów na godzinę, drogą pełną dziur, wybojów, a z czasem, wiodącą nad urwiskiem. Lubił muzykę, najlepiej głośną, taneczną, ormiańską, albo dla odmiany, rosyjską. Co chwila zmieniał utwory. Czasami grzebał w radiu, rozmawiał, odpisywał na sms-a i jeszcze prowadził. Alik miał w dupie znaki drogowe, zasady pierwszeństwa, rozsądek i bezpieczeństwo. W zakręty wjeżdżał z brawurą godną Roberta Kubicy. Kierowców powszechnych na prowincji Ład, traktował z pogardą i zachowywał się jakby ich w ogóle nie było. Drugi pas najwyraźniej uważał za miejsce, które mu się po prostu należy. Swoją stronę drogi - za miejsce dla frajerów. Wjeżdżał pod prąd nawet pod górę, wtedy gdy nie widział co czai się za wzniesieniem. Postawa godna “Inszallah” - Jak Bóg zechce to nas zabije. Nie ma się więc czym przejmować, jedźmy na złamanie karku. Na całe szczęście, im dalej od stolicy, tym ruch drogowy robił się rzadszy, więc jego szaleńcza brawura nie miała żadnych konsekwencji. Wydaje się, że bardzo chciał zaimponować - swoim kolegom, od których powodziło mu się lepiej, a i pewnie nam. Wiele można by było mu wybaczyć, w końcu młodość jest głupia, a dzięki szybkiej jeździe bylibyśmy szybciej na miejscu, ale najbardziej irytujące było to, że Alik zatrzymywał się na rozliczne, długie postoje, przez co tracił wszystko to, co “wypracował” gnając na złamanie karku. Kiedy wysiedliśmy na miejscu mieliśmy go dosyć.
Skupiony byłem na obserwowaniu jego wyczynów tak bardzo, że niemalże przyćmiło to spektakularne widoki za oknem. Aby dotrzeć do Goris musieliśmy przeciąć kilka pasm górskich, przejechać przez wysuszone płaskowyże, niemalże dotknąć granicy z azerską enklawą Nachiczewańską. Krajobraz był zupełnie inny od tego znanego nam z północy kraju. Roślinność była skromna, ziemia sprawiała wrażenie jałowej, zabudowania były mniej liczne, a jeżeli już, to sprawiały wrażenie jeszcze uboższych niż te z okolic chociażby Wanadzoru. Zbliżaliśmy się do Iranu i tak właśnie go sobie wyobrażaliśmy.


Nasz nocleg szczerze nas zadziwił. Przyszło nam mieszkać w bloku. Do dyspozycji mieliśmy … całe mieszkanie i to niemałe, bo składające się z czterech pokojów, kuchni i jadalni. Mieliśmy je w całości dla siebie, bo jak powiedziała nam nasza gospodyni, miła pani w średnim wieku, ostatnimi turystami byli Japończycy, którzy wyjechali ponad tydzień temu. Sama mieszkała dwa piętra wyżej, w miłym, dobrze urządzonym lokum, gdzie znalazło się miejsce nawet dla pianina.
Warto chwilę skupić się na wymyślnej architekturze całego budynku. Ormianie to ludzie, którzy potrafią sobie poradzić i w całym kraju widzieliśmy tego rozliczne dowody. Wiele bloków, w tym ten, było bowiem rozbudowywanych metodą chałupniczą. Sąsiedzi dochodzili do wniosku, że jest im za ciasno i dostawiali dobudówki z pustaków. Często były one tak duże jak same bloki. W tym przypadku, tym manewrem, mieszkanie składające się zapewne z kuchni i dwóch pokojów, zwiększało swój metraż ponad dwukrotnie. Niestety, dobudówki wyglądały nędznie i były z nędznej jakości materiałów. Nasze mieszkanie było strasznie wychłodzone. Nocą, bez grzejnika koło nóg, nie dało się tam wytrzymać. Latem zapewne jest tam z kolei strasznie gorąco, bo cieńkie mury nie chronią zupełnie przed zewnętrznymi warunkami atmosferycznymi. Mimo wszystko, w porównaniu do “antresoli” w jakiej mieszkaliśmy w Tbilisi, była to architektura wyższych lotów. Strach jednak pomyśleć co się stanie gdy ten region nawiedzi znowu trzęsienie ziemi. A takie, wcześniej czy później znowu nastąpi. Biorąc pod uwagę, że niemal każdy blok jaki widzieliśmy, był rozbudowany w ten sposób, oznaczać to może tysiące ofiar domorosłej budowlanki…

Goris było w planie naszej podróży od samego początku. Skusiły mnie opinie sugerujące to, że jest to najpiękniejsze miasto w całej Armenii. Cieszy się ono dużą popularnością wśród turystów, szczególnie, że blisko stąd do wielu atrakcji znajdujących się w okolicach. Uznałem więc, że wypada się tutaj pojawić, nawet jeżeli oznacza to kilka godzin podróży z Erywania. Czy było warto?
Nie powiem, że nie. Bo Goris, szczególnie ta jego część, która powstała pod koniec XIX wieku, ma pewien urok. Dzielnica ta została zaprojektowana przez niemieckiego architekta i widać, że wszystko zrobiono tam “na wieki”. Domy są tam porządne, bo kamienne, a nad ulicami wiszą sympatyczne, acz zapuszczone balkony o różnych kształtach i wymiarach. Wczesną wiosną było tam pusto i goło, ale później, gdy rozliczne drzewa zaczynają kwitnąć, musi tam robić się bardzo przyjemnie. Szczególnie, że zapewne do życia budzi się również gastronomia - przez cały pobyt w tym mieście brakowało nam nie tylko restauracji (była jedna - byliśmy tam na obiedzie, ale dostaliśmy porcje tak małe, że już więcej tam nas nie zobaczono), ale nawet zwykłej, zaszczanej speluny, gdzie można by się było napić kawy, popatrzeć na ludzi i dostać po mordzie.



Centralnym punktem miasta był oczywiście rynek. Tam działo się trochę więcej, ale też nie za wiele. Usiedliśmy na ławce, niedaleko monumentalnego pomnika, który pasował jak przysłowiowa pięść do nosa i patrzyliśmy na przechodniów. A oni na nas. Byliśmy jedynymi obcymi. Nie spotkaliśmy żadnego innego turysty.


Architektura wokół była już sowiecka, czyli poważna i posępna, a okoliczne bloki straszyły zaniedbaniem oraz … wiszącym praniem z każdego niemal balkonu. Przynajmniej, było kolorowo.

Im dalej, tym robiło się smutniej. Koryto okolicznej rzeczki było pełne walających się śmieci, na podwórkach domów zalegał złom, opony oraz kolejne tony resztek, a na okolicznym mostku spotkaliśmy nawet krowę, która tarasowała nam przejście i nie chciała nam ustąpić drogi. Zwierzę było wychudzone, brudne i biednie, tak jak wszystko dookoła. Życie w Goris nie jest łatwe. Dzieciaki kopiące piłkę na podwórku obległy nas, prosząc o długopisy. Nie mieliśmy, więc zaczęły do nas coś wołać - sądząc po śmiechu, nie było to nic dla nas miłego. Ale nadal, miało to wszystko swój specyficzny urok. Chociaż “urok” to niewłaściwe słowo, gdy odnosi się do czyjejś nędzy i upodlenia. Dzień wcześniej rozmawiałem z pewnym Irańczykiem, który w Erywaniu próbował załatwić sobie wizę do USA. Jako, że zapytał czy warto coś w tej Armenii zobaczyć, poleciłem mu przyjazd do Goris i mimo wszystko, miałem szczerą nadzieję, że nie zdecydował się na tą wycieczkę.





Wspięliśmy się na jedno ze wzniesień okalających miasto. Okoliczne formacje skalne jak żywo przypominały skromniejszą wersję Kapadocji. W tutejszych jaskiniach również mieszkali ludzie, a dzisiaj często przechowywane są tam krowy i cała reszta trzody chlewnej. W przyszłości zapewne powstaną tam hotele, na początku niegramotne, brudne i przyciągające jedynie dziwaków, z czasem coraz bardziej eleganckie i wysumblimowane. Ale to kiedyś. Obecnie nic nie jest tam skażone turystyką.


Wzgórze pokryte było kamiennymi tablicami, których przeznaczenia mogliśmy się tylko domyślać. Stary cmentarz? Resztki z jakiejś budowli porozrzucane przez siły natury? Gdy tam łaziliśmy, dopałętał się do nas mały dzieciak, który samowolnie został naszym przewodnikiem. Pokazał nam zapadłą świątynkę, ostrzegł przed jedną z dróg (trudno powiedzieć dlaczego, ale przysiągłbym, że w jego kasztanowych oczach widziałem strach i powagę), pokazał nam na migi kilka innych rzeczy. Nie miałem wątpliwości, że poradzi sobie w życiu, a już na pewno w turystyce. Kto wie, może to on założy w okolicy pierwszy hotel wybudowany w jaskini. Daliśmy mu na odchodne trochę drobniaków, do końca nie wiedząc czy powinniśmy to robić. Z jednej strony, ucieszył się strasznie, z drugiej, nauczyliśmy go, że od kolejnych gości może oczekiwać tego samego. Podejrzewam jednak, że to my byliśmy właśnie tymi “kolejnymi”. Ach, Grzegorz bał się młodego i nieufnie podchodził do tego, że kazał nam gdzieś za sobą chodzić. Moim zdaniem, obaj panowie wyglądali jak ojciec i syn.


Goris oglądane z góry nabrało ogromnego uroku. Jego położenie robi wrażenie i poniekąd tłumaczy popularność resortu wśród turystów - miasto rozłożyło się na dnie kotliny otoczonej wysokimi, wciąż ośnieżonymi górami. Postrzępione wierzchołki skał, rozliczne poprzewracane kurhany i cisza - można było się tu zadumać.




Po powrocie do miasta zrobiliśmy małe zakupy (naprawdę małe - bo też niewiele w tutejszych sklepach było do nabycia) i wróciliśmy do siebie. Wieczorem nasza gospodyni przygotowała nam obiadokolację. I to jaką! Było pieczone mięso, chleb, zielona zupa z “trawy”, do tego ziemniaki, różne przystawki, w tym znakomite kiszone warzywa, no i ONA. Woda Życia. Okowita. Tudzież, po prostu wóda, a raczej samogon. Nazywała się Tutowka, miała sporą moc, ciekawy owocowy posmak i po kilku głębszych sprawiła, że zrobiło nam się nieco cieplej.

Im więcej jej wypiliśmy tym bardziej byłem przerażony jej efektami. To mogła być nowa rosyjska broń, którą testowano na nas, sprawdzając skutki jej stosowania. Grzegorza zamieniła w radykalnego rusofila i piewcę polityki międzynarodowej Putina. W sumie, to on zawsze był rusofilem, ale zazwyczaj nie był tak zapalczywy w propagowaniu swoich poglądów. A po Tutowce, zaczął maniakalnie słuchać na swojej komórce radzieckich piosenek i wykłócał się ze mną, broniąc Mateczki Rosji. Niczym rzecznik prasowy Kremla, argumentował zaangażowanie na Ukrainie, roztaczał wizję wspólnej słowiańskiej potęgi pod berłem Moskwy i co mnie denerwowało najbardziej, perorował, że Rosja od zawsze była przyjacielem Polski. W pewnych kwestiach miał rację, w pewnych nie. Wszystko wygłaszał jednak z zapałem i dzikim błyskiem w oczach. Próbowałem z nim wchodzić w polemikę, ale z tym pijanym kacapem nie dawało się już dogadać.
