sobota, 7 marca 2015

07.03, O dwóch takich, co chcieli pojechać do Iranu, ale…

…im się wszystko pomyliło i tam nie dotarli. W rolach głównych - niżej podpisany oraz jego najlepszy druh i kompan, Grzegorz. Obaj w wieku nader dojrzałym, ale jak się okazało, nadal nie uprawniającym do uważania się za ludzi rozsądnych, myślących i jakkolwiek zorganizowanych.

Wszystko zaczęło się od piwa, przy którym postanowiliśmy pojechać wspólnie na jakiś krótki wypad. Moja żona łaskawie się zgodziła, zapewne ufając w to, że pomysł wyparuje razem z promilami. Ale my sprawę potraktowaliśmy na poważnie. Dosyć szybko faworytem do wyjazdu stał się Iran. Kraj piękny, trochę tajemniczy, popularny wśród “prawdziwych” podróżników i przerażający dla całej reszty turystów, pełen wspaniałych miast oraz pomników swojej historii liczonej w tysiącach lat. Nie powiem, zawsze chciałem tam pojechać, ale nie byłem pewien czy mając zaledwie dziesięć dni z okładem, zdołamy zobaczyć w nim tyle ile zamierzaliśmy. Grzegorz był jednak zdeterminowany, zaś mnie, było w sumie wszystko jedno.

Niestety, dosyć szybko zaczęły narastać trudności. Iran dla przybyszów z zewnątrz to w ogóle jedna, wielka trudność. Bankomaty - nie przyjmują innych kart niż te irańskie. Noclegi - praktycznie żadnego nie da się zarezerwować przez internet. Wewnętrzne przeloty - musisz kupować bilety już na miejscu. I tak dalej i tak dalej. Świat poszedł do przodu, a tymczasem ojczyzna Homeiniego zdaje się dreptać w miejscu, będąc jednym z ostatnich miejsc na świecie, gdzie współczesność nie ma prawa wstępu. Jest to oczywiście na swój sposób urocze, ale również niewygodne, szczególnie w czasach gdy niemal wszystko załatwić można za pomocą klawiatury i myszy.

Planowanie wszystkiego szło nam dosyć powoli. Najpierw dumaliśmy nad tym jak tam dotrzeć. Proste rozwiązania są drogie, zaś tanie - czasochłonne. Ja byłem zwolennikiem opcji najdroższej, czyli wolałem wylecieć z Warszawy i lądować na miejscu, w Teheranie. Mojemu kompanowi marzył się zaś wylot z Lwowa - rozwiązanie ciekawsze, dużo tańsze, ale pożerające nam dwa dni z i tak krótkiego urlopu, bo na Ukrainę trzeba byłoby dotrzeć autokarem, no i z niej również w ten sam sposób wrócić. Nie mogliśmy się zdecydować, czas uciekał, a bilety nie robiły się tańsze.

Prawdziwym problemem była jednak wiza. Można ją dostać (aczkolwiek - bywa, że przestają je wydawać, szczególnie wtedy, gdy stosunki na linii Teheran - Waszyngton tężeją), tyle że jest ona nieprzyzwoicie wręcz droga. Licząc “po Bożemu” wychodzi za nią ponad 500 zł. Można kombinować i zrezygnować z tzw. zaproszenia (które ochoczo wydają za sutą opłatą różne irańskie agencje turystyczne), a wtedy cena ta spada o blisko połowę, ale - według oficjalnych źródeł, jest ono niezbędne do pozytywnego rozpatrzenia wniosku. W internecie znaleźć zaś można istne spektrum wypowiedzi, które temu zaprzeczają (sobie wzajemnie zresztą też). Jedni więc piszą, że są one od pewnego czasu obowiązkowe i podania bez takowego, trafiają do kosza. Pojawiają się jednak głosy, że wcale tak nie jest i komuś udało się dostać wizę bez niego. A inni z kolei twierdzą, że od lat dostają wizę nie mając zaproszenia. I komu tu wierzyć, szczególnie gdy czasu do wyjazdu niewiele i metoda “a może się uda” nie wchodzi w rachubę? Podobnie jest niemal z każdym innym zagadnieniem związanym z wizami. Oficjalnie, jedyne rozwiązanie, które ma “błogosławieństwo” władz kraju to wyrobienie jej przed wylotem za pośrednictwem ambasady. Ale okazuje się, że istnieje możliwość otrzymania stempelka również na lotniskach międzynarodowych, tyle że wtedy wszystko zależy od urzędnika i jego humoru. W takiej sytuacji, oczywiście zaproszenie, teoretycznie przecież obowiązkowe, nie jest potrzebne… Rozważaliśmy i taką możliwość, ale mieliśmy świadomość, że nie należymy do faworytów Fortuny i jeżeli ktoś ma zostać odesłany z kwitkiem - to będziemy to my, albo co gorsza, jeden z nas. Do Iranu można dotrzeć również przejściami lądowymi (aczkolwiek, nie wszystkimi, bo część jest zamknięta dla turystów), co po pewnym czasie, zaczęło wydawać nam się rozwiązaniem, którego szukaliśmy. Nie wchodząc w zawstydzające szczegóły - poniosła nas fantazja. Uroiliśmy sobie, że możemy bez wizy przekroczyć granicę pomiędzy Armenią, a Iranem. Ja coś przeczytałem, dodałem od siebie, Grzegorz podchwycił i w ten sposób, daliśmy się oszukać… sobie samym. Uradowani, nabyliśmy lotnicze bilety do Erywania, a kilka dni przed wylotem… doszliśmy do wniosku, że jesteśmy idiotami, bo nasz genialny plan nie miał żadnych szans na realizację. Na granicach lądowych wiz się bowiem nie wydaje, nigdy nie wydawało i nigdy wydawać pewnie nie będzie. W takiej sytuacji, zostaliśmy na lodzie, ku mojej względnej radości, pozostała nam eksploracja Kaukazu, zaś Iran… Cóż, zostawiliśmy go rozsądniejszym od nas.

***

Tak naprawdę, cieszyłem się, że nic z tego nie wyszło. Nasze ambitne plany podróżowania po Iranie pęczniały z każdym dniem. Pod koniec zakładały, że część nocy spędzimy w pociągach bądź autobusach i dotrzemy w ten sposób od Tabrizu na północy do Isfahanu. A potem wrócimy tą samą drogą. To było trochę za dużo jak na dziesięć dni i moje doświadczenie sugerowało mi, że w ten sposób nic nie zobaczymy, za to wymęczymy się okrutnie. Kiedy więc wyszło na to, że pozostaje nam Armenia, kraj niewielki i mnie w sumie bardzo interesujący, poczułem pewną ulgę.

Przelot był prosty i przyjemny, bo lecieliśmy LOT-em, czyli bezpośrednio. To był męski wyjazd, więc panowały na nim maskulistyczne zasady, np. taka, że będąc w drodze pije się alkohol. Sączyliśmy więc irlandzkie whisky i snuliśmy plany podboju Kaukazu. Nie mieliśmy żadnych rezerwacji, poza jedną, na pierwszą noc, nie mieliśmy też żadnego konkretnego planu, poza tym, że najpierw chcemy pojechać do Tbilisi, a potem wrócić do Armenii.

Kiedy wylądowaliśmy była mniej więcej czwarta nad ranem. W marcu oznacza to nadal ciemną noc. Kiedy wyszliśmy z lotniska od razu zaatakowała nas lokalna mafia taksówkarska, proponując swoje usługi. Barczysty jegomość zakomunikował w języku pieniądza, że za odpowiednik około dwustu złotych, zawiezie nas do centrum. Odmówiliśmy i to w sposób niegrzeczny, bo parskając śmiechem. Rozumiecie - alkohol dodaje pewności siebie. Poszliśmy dalej. W sumie nie wiadomo po co i dokąd, a za nami podążał jeden z wasali owego Króla Postoju. Gdy odeszliśmy na bezpieczną odległość, zaproponował, że nas podwiezie za nieco mniej (zapewne, nieoficjalnie, co można było wyczuć po tym, że zanim nas złapał, odczekał dłuższą chwilę aż zniknie z pola widzenia swojego bossa). Z każdym krokiem jego propozycja stawała się rozsądniejsza, aż się zgodziliśmy i wsiedliśmy do jego samochodu. Był to zdaje się Mercedes W 140, czarny, w środku wypierdziany i brudny w sposób wręcz obrzydliwy, a do tego, mający dziurę w przedniej szybie - zupełnie jak po kuli. Jechaliśmy przez ciemne miasto, a nasz kierowca zachęcał nas do tego, że zawiezie nas do samego Tbilisi jeżeli tylko chcemy - wtedy uważaliśmy, że to żart, ale kilka dni potem, w ten właśnie sposób wróciliśmy do Erywania… Miasto było martwe. Nie paliły się żadne niemal światła, ciemność była onieśmielająca, a we mnie wywoływała dziką wręcz radość. Oto bowiem esencja podróżowania - zaledwie kilka godzin wcześniej siedziałem przy biurku, zaś teraz, sunąłem gdzieś przez mrok, w miejscu zapomnianych przez każdego z Bogów i w końcu, najważniejsze, zupełnie nie wiedziałem co też czeka mnie za rogiem.

Pan wysadził nas zgodnie z zamówieniem na lokalnym dworcu autokarowym, które tutaj nazywa się Wagzałami. Mówię o tym, bo nazwa ta idealnie pasuje do tego co zobaczyliśmy. Wagzał okazał się być pustą, ciemną, zimną dziurą. Mieliśmy nadzieję, że nawet o takiej nieludzkiej porze, będzie się na nim coś działo. A nie działo się nic. Byliśmy sami, nie licząc stróża, który wyszedł nas obejrzeć, zamienił kilka słów i wrócił do siebie. Co jakiś czas, ku naszej rosnącej niepewności, okolice dworca objeżdżały samochody z wyłączonymi światłami, które wyglądały zupełnie jak sępy krążące nad padliną. W roli padliny występowaliśmy my - dwa białasy, zbyt głupie na to, by dotrzeć do Iranu. Spędziliśmy tam kilka godzin, wyczekując pierwszych oznak świtu. Gdyby nie alkohol i kanapki, byłoby nam mniej wesoło. A tak, humor nam dopisywał.

Jeszcze przed pierwszymi promieniami słońca, do dworca zaczęli schodzić się jego pracownicy. Nieogoleni mężczyźni i nieogolone kobiety wyglądali jak post-sowieckie zombie, ale i tak mieliśmy ochotę rzucić się im w ich nieogolone ramiona z radości. Ludzie Ci przeszli obok nas, weszli do budynku, który z czasem zaczął żyć swoim codziennym rytmem. Grzegorza rozbawił widok, który zastał w kantorku jednego z dyspozytorów - na biurku stała tam wielka głowa Putina. Armenia to lojalny sojusznik Rosji w regionie, co nie powinno dziwić - cały kraj opleciony jest siatką gazociągów, bez których ten kraj przestałby pewnie istnieć w ciągu jednej zimy.


Z czasem pojawili się pierwsi pasażerowie, rozstawiły się pierwsze kramiki z mydłem i powidłem, nawet lokalna babcia klozetowa otworzyła podwoje dworcowego sracza. Z miejsca uznaliśmy go za atrakcję. W środku pachniało tak bardzo, że po wyjściu, miałem ochotę rozebrać się do naga, ubrania rzucić na kupkę, podpalić je, by więcej ich nie mieć na sobie. Smród gówna był tak intensywny, że dosłownie przylepiał się do mnie, a każdy łyk powietrza był dla mnie cierpieniem. Toalety, jak na Azję przystało, były “na Małysza”, co w takim anturażu i tak nie miało znaczenia. Z moich obserwacji wynikało bowiem, że ludzie srali tutaj jak i gdzie popadnie, nie oszczędzając zarówno ścian, jak i sufitu.

Trochę to było smutne bo cały dworzec miał swój architektoniczny urok. Mógł powstać gdzieś w latach 70-tych, we wnętrzu nie żałowano marmuru, tudzież materiału, który go przypominał, zaś jego bryła przypominała, że coby o Sowietach nie mówić, potrafili wydobyć z modernizmu zadziwiające surowością formy, ale jednak - piękno.


O 8:20 ruszyliśmy do Gruzji. Do busika wsiadło poza nami kilka osób, w tym pewien młodzian, którego odprowadzał zdaje się jego ojciec. Patrzył on na swoją latorośl spojrzeniem pełnym troski i smutku. Pomyślałem wtedy, że albo rozstają się na długo, albo też na rzeczy jest coś zgoła innego. Młodzian wyglądał bowiem na osobnika, którego lubią problemy, zaś ojciec na takiego, który bał się, że tracąc go z oczu, sprawi, że owe problemy go złapią w swoje szpony. Mój instynkt mnie nie mylił. Ale o tym za chwilę.

Wyjeżdżając z Erywania nie mogliśmy nacieszyć się widokami. Te były bowiem magiczne. Nad zabudowaniami, lichymi i pokrytymi kurzem, górował ośnieżony Ararat, czyli święta góra Ormian, znajdująca się, co za ironia, tuż za granicą z Turcją. Samo miasto wydawało nam się niegodne uwagi (Grzegorz nazwał je nieco większym Płońskiem), ale po chwili wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń, a ta, znowuż, prezentowała się obłędnie. Góry w tle, tu i ówdzie śnieg, surowa, skromna zieleń, falujący krajobraz, a do tego, sowiecki burdel dookoła: rozwalone fabryki, sterty żelastwa, rozkraczone ciężarówki, góry śmieci, opuszczone rudery, z czasem niknące na rzecz dzikiej, nie ujarzmionej przyrody. To była Armenia, ale równie dobrze, otoczenie pasowałoby do Tadżykistanu,Kirgistanu czy Afganistanu. To był prawdziwy koniec świata, czyli dokładnie tam, gdzie chcieliśmy dotrzeć.

Pokonywaliśmy kolejne przełęcze, a nas dopadło znużenie i w końcu sen. Kiedy się obudziliśmy, w busiku trwała właśnie awantura. Jednej z pasażerek zginął telefon. Najpierw go szukała (a miała gdzie - dookoła niej stało kilka wypchanych toreb), potem zaczęła coraz napastliwiej podejrzewać wspomnianego już wcześniej młodziana. Ten się oczywiście nie przyznawał, ale chciał dać się również przeszukać. Bezradny kierowca podjął decyzję, że trzeba zadzwonić po policję, widać było, że jest to ostateczność, bo zanim to zrobił, kilka razy prosił młodziana o przyznanie się bądź też oddanie telefonu. W ten oto sposób przejęła nas policja z miasta Wanadzor, zaś my mieliśmy okazję do tego, by z bliska zobaczyć jak wygląda kwestia bezpieczeństwa i porządku w Armenii.

Zatrzymaliśmy się z tyłu miejskiego komisariatu. Do młodziana, który nadal siedział z nami, co chwila podchodzili kolejni kryminalni. Każdy wyglądał w sumie tak samo - kwadratowe sylwetki włożone w kurtki ze skóry, a ich twarze… Ich twarze, powiedzmy, że nie sugerowały, że zarabiają na życie w uczciwy sposób. Równie dobrze, mógłbym uwierzyć, że porwali nas dla okupu tutejsi gangsterzy, tym bardziej, że panowie policjanci nie nosili mundurów, nie pokazali też żadnej odznaki. Nie byli jednak brutalni, przynajmniej przy nas. Miałem nawet wrażenie, że trochę za bardzo cackają się z podejrzanym. Zadawali mu pytania, przeglądali jego paszport, pytali o kolejne rzeczy, rozmawiali ze sobą, witali kolejnych kolegów, których grupka w pewnym momencie liczyła już z trzydzieści osób. Zaś chłopak zapadał się sobie coraz bardziej. W końcu, zabrali go gdzieś, zaczęto spisywać zeznania, a nas rozmową zabawiał tutejszy poliglota, który wydusił z siebie znamienne “Welcome to Armenia”, pusząc się jak paw przy mniej obeznanych w świecie kolegach.


Chłopak okazał się winny. Telefon znaleziono mu chyba w gaciach. Kierowca busika, człowiek tak swoją drogą podobny do … Stalina, zamartwiał się, powtarzając, że to “durak, oj durak”. Czuł się odpowiedzialny za los swojego pasażera, nawet jeżeli ten okazał się gnidą. Naszym losem martwił się chyba mniej, a przecież złodziei i nam ukradł sporo...czasu. Nadal byliśmy daleko od Gruzji, zmęczenie dawało o sobie znać. A my staliśmy i czekaliśmy nie wiadomo na co. Jakby tego było mało, nasz pojazd się zepsuł (tzn. był zepsuty pewnie od momentu, kiedy zjawił się w tym pięknym kraju, natomiast tym razem, zepsuł się tak, że nie mógł ruszyć do przodu wcale a wcale). Po pewnym czasie przyjechał po nas inny busik, który nas zabrał w dalszą drogę.
Przejście graniczne pomiędzy Armenią, a Gruzją, idealnie pokazuje czym różnią się oba państwa. Armenia żegnała nas stertami śmieci i dziurami w drodze, zaś jej północny sąsiad, witał nas z “amerykańska” - nową halą paszportową, miłą obsługą, pachnącym sraczem. Patrząc na np. dochód per capita, różnica pomiędzy nimi jest niewielka (na korzyść Gruzji), ale w praktyce, wygląda na to, że gdy jedni pędzą w stronę Zachodu, drudzy wyglądają jakby chcieli się cofnąć do czasów ZSRR, bo w obecnych realiach się nie odnajdują…

Po kilku latach znowu więc zobaczyłem Tbilisi. Zabawne to trochę, bo moje ostatnie wojaże to same powroty - do Aten, Nowego Jorku, a teraz, tutaj. Dobrze jednak wspominałem to miasto, więc cieszyłem się, że znów je widzę.

Taksówką dotarliśmy do Placu Wolności (pan nie chciał jechać dalej), a stamtąd już bez problemów znaleźliśmy nasze lokum. Pani właścicielka była tak przezorna, że kartki z moim nazwiskiem przylepiła do okolicznych budynków żebym trafił (może wiedziała o naszych przygodach z Iranem?). Miłe. Nasz pokój też był… miły.

Mieszkaliśmy w przybudówce, którą dostawiono do właściwego budynku na wysokości pierwszego piętra. Konstrukcja nas zadziwiała - w praktyce bowiem, wszystko opierało się o włożone w ziemię szyny kolejowe. Gdy chodziliśmy, podłoga “pracowała”, uginając się pod nami. Ściany przybytku były cieńkie, co latem pewnie ma swoje zalety, za to wczesną wiosną, sprawiało, że w środku panował większy chłód niż na zewnątrz. Biedne to było miejsce, ale przynajmniej mieliśmy świadomość, że nasze pieniądze trafiają do porządnych, uśmiechniętych ludzi.

Szybko opuściliśmy nasze lokum i staraliśmy się nie spędzać w nim zbyt wiele czasu. Tym bardziej, że Tbilisi ujęło mnie za serce, zupełnie jak te kilka lat temu. To miasto jest naprawdę “wielkomiejskie” - jego tkanka jest skomplikowana, złożona, plastry historii nachodzą tu na siebie, nowe egzystuje obok starego, ładne obok brzydkiego, a lśniące obok brudnego. Pełno tu ulic otoczonych kamienicami, uroczych zaułków, zachwycajacych widoków, ale i dziur od których dosłownie bije stęchlizną. To miejsce, gdzie XIX-wieczny neoklasycyzm miesza się z socrealizmem, ponad dachami wystają charakterystyczne kopuły gruzińskich świątyń, a nad tym wszystkim… suną wagoniki kolejki linowej.



Przybywa nawet … atrakcji turystycznych. Za termami otworzono trasę spacerową wzdłuż wysokich klifów. Był tam nawet wodospad, oblegany zresztą przez młode pary z fotografami. Okolica była naprawdę urocza i zmusiła do chwili zadumy nawet nas, starych, złośliwych tetryków. Tbilisi z pewnością rozwija się, ale szare, zmęczone twarze dookoła mnie sugerowały, że zwykłym ludziom wcale nie żyje się lepiej.



Kiedy zmęczenie dało o sobie znać, poszliśmy coś zjeść. Wybór padł na tutejszą “Świątynię Chinkali”, restaurację dziwną, bo ukrytą w pozbawionym światła dziennego podziemiu, za to popularną dzięki dobrej kuchni. Zjedliśmy kilka sztuk owych pierogów, których specyfika polega na farszu - jest to aromatyczny rosół z mięsem, bądź innym wkładem. Znakomite i “lejące” - bo farsz bezczelnie spływał mi po brodzie.

Nieco gorzej wspominam inne gruzińskie danie, czyli Chaczapuri - ot, serowy chleb, dla mnie, rzecz bez smaku. Wieczór kończymy winem, piwami i dobrym humorem, który nie opuszcza nas nawet gdy wracamy do naszej zziębniętej nory.