wtorek, 10 lutego 2015

10.02, Warufakisowanie

Budzimy się rano, zerkamy za okno, a tam pada śnieg. Śnieg? W Atenach? Mając w pamięci, że jeszcze kilka dni temu mieliśmy tu słońce i błękitne niebo, a mną targały dylematy “pocić się w długich spodniach, czy świecić bladymi łydkami w krótkich”, wydawać to się mogło niemożliwością. A jednak. I w Grecji czasem padą śnieg. A już szczególnie zimą. Opad był co prawda nędzny niczym tutejsza gospodarka - zamieniał się w wodę zanim jeszcze dotknął ziemi, no ale był i sprawiał, że już zupełnie nam się nie chciało wychodzić z pokoju.

Ja jednak wyszedłem - samemu. Wykorzystałem poranek na pospacerowanie po ateńskich zaułkach, które, jak już pisałem niejeden raz, upodobałem sobie szczególnie. Widok Placu Monastiraki, z jego wypolerowaną posadzką lśniącą od wilgoci i Akropolem w tle, należy chyba do moich ulubionych widoków wielkomiejskich. Nie wiem czemu. Może dlatego, że łączy w sobie niemal wszystko - od gęstej zabudowy, poprzez istny miks epok, kończąc na odrapaniu, sugerującym,że wszystko jest autentyczne. Wygląda tak, bo tak się złożyło, a nie dlatego, że tak postanowił jakiś naczelny architekt czy też inny urzędnik. Urzekające!


Wdrapałem się również do Anafiotiki, której to okolice również należą do bliskich memu sercu. Tam z kolei odczuwałem, że jest to miejsce, które umiera (zapewne razem ze swoimi coraz to starszymi mieszkańcami), a ja, jeżeli odwiedzę Ateny ponownie, nie zobaczę tej niewielkiej dzielnicy w kształcie takim jak teraz. Chociaż, z drugiej strony, przez ostatnie siedem lat chyba niewiele się ona zmieniła, więc, kto wie, być może posiada ona unikalny dar opierania się współczesności (a może raczej, umęczona Grecja zapomniała o tym łakomym kąsku, walcząc o przeżycie).



Inna refleksja naszła mnie już po zejściu na dół - odnośnie klasycyzmu. Tej architektury, której w Polsce akurat zachowało nam się bardzo dużo, po prostu nienawidzę. Na widok stylizowanych na antyk kolumnad i portyków robi mi się słabo. Chociaż kocham kampus takiego Uniwersytetu Warszawskiego, jego budynki zawsze były dla mnie transparentne, nie historyczne, a użyteczne, pozbawione jakiegokolwiek uroku. Nie wiem do końca z czego to podłe uczucie się bierze, ale tak już jest, a ja nie zamierzam tego na siłę zmieniać. Przyznać jednak muszę, że gdzie jak gdzie, ale w Atenach klasycyzm mi nie przeszkadzał. Ba! Muszę przyznać, że styl ten po prostu tam pasował, wyglądał naturalnie, może dlatego, że był on u siebie “w domu”, w miejscu, w którym narodziła się jego inspiracja, czyli architektura starożytnej Grecji przecież?



Takie oto dywagacje zaprzątały mój umysł. Spacerując z głową w śniegowych chmurach musiałem wyglądać nobliwie, ale swe kroki szybko skierowałem w miejsce wyjątkowo nie-nobliwe, czyli do sklepu spożywczego. Znalazłem markecik tuż obok targu (który, dodam dla porządku, w deszczu i wilgoci prezentował się jeszcze gorzej niż kiedyśmy go widzieli po raz pierwszy - niemożliwe, a jednak, prawdziwe!). Nie wiem o co chodzi z tymi greckimi sklepami, ale ten do którego trafiłem, wyglądał jakby przed chwilą przeszły przez jego wnętrze krwawe zamieszki. Brudno, tłoczno, chaotycznie i byle jak… A wybór niewielki. Kupiłem co znalazłem i popędziłem do domu, do głodnej rodziny…

...Z którą potem wyszliśmy na obowiązkowy spacer. Tym razem przeszliśmy przez dzielnicę Kolonaki. Nic szczególnego, ot sporo betonu sprzed kilku dekad, podlanej sosem współczesnej beznadziei. Gdzieś w bramie widzieliśmy nawet ćpuna, który chyba akurat ładował sobie działkę ambrozji prosto w żyłę. A dla odmiany, obok Parlamentu do którego dotarliśmy, spotkaliśmy ministra finansów, Janisa Warufakisa. Ot, szedł sobie ulicą. Ciekawa osoba. Wygląda raczej jak muzyk rockowy, ewentualnie emerytowany bokser, żeby nie powiedzieć, że jak podstarzały lump. Ubiera się skromnie niczym doktorant nauk politycznych - widzieliśmy go w nie w garniturze, a zwykłej kurtce-wiatrówce, z plecakiem na plecach i w ciężkich butach. Ponoć Warufakis lata na spotkania klasą ekonomiczną, na lotnisko dojeżdża autobusem, wiedzie żywot plebejski, szkoda tylko, że nie ma żadnego sensownego planu na ratowanie greckiej gospodarki. Kiedy usłyszałem o tej nominacji i przejrzałem jego wcześniejsze dokonania (m.in. związane z biznesem internetowym), pomyślałem, że może to być człowiek z wizją. Co prawda, lewacką, ale między nami, nie gra to większej roli. Gdy chodzi o człowieka spoza układu politycznego, moją sympatię zdobyć może każdy. Niestety, jak się później okazało wizja Warufakisa sprowadziła się (póki co, ale nie mam już żadnych nadziei) do tego, że nie zamierza oddawać zaciągniętych pożyczek i prosi o więcej pieniędzy, których pewnie też nie odda. A to mądrala!

***

Następnego dnia mamy lot przed 17-tą. Jest więc czas na pożegnalny spacer, tym bardziej, że znowu pojawiło się słońce. Żegnamy się też z gospodarzami naszego przybytku. Mili, młodzi ludzie. Pytają nas czy znaleźliśmy mieszkanie do kupna. Jak się okazało, większość ich lokatorów to osoby, które przyjeżdżaja do Aten i szukają tu właśnie dogodnej oferty na rynku nieruchomości. Co rodzi pytanie, czy gdybym miał pieniądze, chciałbym je ulokować w tym właśnie mieście. Nie powiem, Ateny podobają mi się nadal, tak jak podobały mi się lata temu. Są brudne i chaotyczne, ale w tym ich cały urok. Mają w sobie czar południa. Pomarańcze rosnące na drzewach. Ciepły wiatr znad morza. Zaduch budynków, których historia sięga wielu wieków wstecz. Zapach oliwy i czosnku oraz świeżo zaparzonej kawy. No i lenistwo, które sączy się z każdego kąta. Z chęcią bym do tego wszystkiego kiedyś jeszcze wrócił, ale na stałe wolałbym chyba jednak żyć w mieście, w którym moja żona nie będzie miała okazji wpaść do studzienki kanalizacyjnej.