Pireus to największy port Grecji i jeden z największych w akwenie całego Morza Śródziemnego. Z jednej strony to nadal osobne miasto, z drugiej jednak, należy on do aglomeracji Wielkich Aten, więc traktuje się go raczej jako kolejną dzielnicę stolicy. W takim sąsiedztwie, jego atrakcje, w najlepszym razie uznać należy za drugoligowe. W Pireusie nie ma praktycznie żadnych zabytków (mimo, iż jego historia sięga starożytności), a jego wąskie uliczki zapamiętałem przed laty jako ruchliwe, brudne, ale jednocześnie rozczarowująco nieciekawe. Co prawda, turyści odwiedzają go tłumnie, a to dlatego, że jest to punkt tranzytowy - to stąd bowiem odpływają setki promów na greckie wyspy. Patrzenie się na jak te morskie kolosy manewrują wzdłuż betonowego nabrzeża to jedna z rzeczy dla których, ewentualnie, warto jednak do Pireusu przyjechać. Drugim powodem jest Olimpiakos, czyli piłkarski klub, od lat dominujący w greckim futbolu, który to tutaj ma swoją siedzibę. Trzecim - Mikrolimano, jachtowa marina o wyjątkowej, śródziemnomorskiej urodzie - i to ją postanowiliśmy zobaczyć. Wysiedliśmy obok stadionu rzeczonego Olimpiakosu i po nierównej walce ze schodami (których było dużo i z którymi nasz wózek sobie zupełnie nie radził), przeszliśmy ponad ruchliwymi drogami i powędrowaliśmy w stronę wody. Mijaliśmy okolice o wyjątkowo parszywej urodzie. Odrapane, zamazane kibicowskimi graffitti, śmierdzące szczynami. Dobrze że świeciło słońce i było ciepło, co pozwoliło nam przymknąć oko na te niedogodności.
Zaś samo Mikrolimano było faktycznie piękne. Ale i niestety, zurbanizowane, zabetonowane, zakryte. Zatoka była praktycznie niewidoczna z poziomu ulicy. Wybrzeże szczelnie ukryło się za barami, restauracjami, klubami. Żeby pogapić się na błękit wody trzeba było wejść do jednego z przybytków. Rankiem były puste i spokojne, więc po małym spacerze, usiedliśmy w jednym z miejsc, zamówiliśmy kawę i delektowaliśmy się chwilą, mimo, iż dookoła nas było trochę snobistycznie, a ceny przypominały, że nasze portfele pochodzą z Trzeciego Świata.




W okolicach zatoki trudno było spędzić więcej niż godzinę, góra dwie. Więc wróciliśmy do Aten, akurat trafiając na czas obiadu. Za namową pracownika naszego hotelu, postanowiliśmy pójść do rekomendowanej knajpki o nazwie, która sugerowała rozległe, rybne menu - Atlantikos. Gdyby nie mapka i jasne polecenia gdzie skręcić, to byśmy nigdy jej nie znaleźli i to mimo, iż od naszego lokum dzieliło ją dosłownie kilkaset metrów. Ukryła się ona w brudnej, wąskiej, pomazanej bazgrołami uliczce. Po bliższemu przyjrzeniu się, uliczka ta okazała się być brudna, wąska i pomazana bazgrołami o artystycznym zadęciu. Tuż obok znajdował się alternatywny antykwariat oraz galeria sztuki, które w ten sposób reklamowały swoje usługi.



Zjedliśmy smaczne ryby, spotkaliśmy narzekające na Ateny małżeństwo autochtonów (w sumie, nie trzeba było długo czekać aż zaczęło im się samowolnie ulewać - co wiele mówi o tym jak bardzo wszystko dookoła sparszywiało…) i poszliśmy na kolejny spacer żeby spalić kalorie.
O Atenach można mówić (i pisać) różnie, w tym również źle i bardzo źle, ale nie sposób przyznać, że mają one swój urok, który docenią szczególnie miłośnicy historii. Pod Akropolem znajduje się mnóstwo starożytnych pamiątek, które z racji dynamicznego rozwoju miasta przez ostatnie dekady, wtopiły się w jego współczesną tkankę: np. Rzymska Agora, Wieża Wiatrów, Biblioteka Hadriana, Świątynia Zeusa, Stadion Olimpijski… Owa symbioza robi czasem niesamowite wrażenie, tym bardziej, że jest niezaplanowana - prace archeologiczne towarzyszyły pracom budowlanym, często dokonywano zaskakujących odkryć. Kontrast między tymi pomnikami przeszłości, a teraźniejszością dookoła nich bywa więc naprawdę drastyczny, szczególnie w okolicach placu Monastiraki i tamtejszego targowiska, oferującego tandetę, która dosłownie ociera się o mury pamiętające II wiek naszej ery. Okoliczni bezdomni też zresztą nie szanują historii (o co trudno mieć pretensję) i szczególnie wieczorami, oblegają okolice, traktując ją m.in. jako sypalnię i kibel.


Dziwnym trafem docieramy w końcu również do Anafiotiki, niewielkiej dzielnicy położonej tuż pod murami Akropolu. Nie jest to proste z wózkiem, ponieważ strome podejścia i schody zniechęcają, ale dobrze pamiętałem, że istnieje łagodne podejście i dopiero tego dnia, udało mi się je zlokalizować. Co sporo mówi o tym jaką miejską plątaniną potrafią być Ateny, albo… jak słaby jestem ostatnio z miejskiej topografii.

Dzielnica słynie z białych domków, wybudowanych w stylu “cykladzkim” w XIX wieku. Miały one, w zamierzeniu swoich twórców, przypominać im opuszczone rodzinne strony. Po latach trzeba przyznać, że owa sztuka w pełni im się udała. Domków jest niewiele, ale spacerując pomiędzy nimi, zaglądając do drewnianych okienek i wspinając się na wąskie schody, można przenieść się na chwilę daleko od Aten i… nabrać dzikiej ochoty na odwiedzenie jednej z greckich wysepek. Anafiotika tego dnia była zupełnie pozbawiona życia, zaś skromne otoczenie sugerować może, że mieszkają tam głównie osoby starsze. Pewnego dnia, gdy wszyscy już umrą, a ich domy wykupi aktywniejsza klasa średnia, okolica ta zamieni się w jeden ciag barów i restauracji. Trudno uwierzyć, że jeszcze się to nie stało, bo okolica, powtórzę się, jest po prostu urocza.

Wracając do siebie poszliśmy na zakupy. Jako, że padało, poszukaliśmy sklepu blisko nas i znaleźliśmy taki, który nazwaliśmy “dziuplą u Albańczyka”. Warunki sanitarne tego miejsca z pewnością nie słyszały o XXI wieku, ale właściciel był sympatyczny, a ceny atrakcyjne. Wybór nie był duży. Zdecydowałem się m.in. na kawałek białego sera, który pan ukroił nam wielkim nożem, przedtem wycierając go w brudną ścierkę, co mnie ujęło i sprawiło zapewne, że Ludwik Pasteur przekręcił się w grobie. Istnienie takich nor w centrum stolicy kraju, przypominało nam o tym, że Grecja to kraj, którzy przeżył swoją śmierć. Sam ser zaś był pyszny.
Po zmroku wyszedłem jeszcze na spacer sam. Na Placu Monastiraki, śmiem twierdzić, jednym z najpiękniejszych miejsc Aten, było pełno młodzieży i bezdomnych. Zarówno stary meczet, jak i pozostałości po Bibliotece Hadriana były podświetlone, podobnie zresztą jak wzgórze Akropol, które jak zawsze, wyznaczało azymut. Cisza i spokój dookoła zachęcały do tego, by iść przed siebie. Wędrowałem więc, podziwiałem i dumałem. Dotarłem na Plac Syntagma, popatrzyłem na zmianę warty, wzruszyłem się przypominając sobie siebie, w tym samym miejscu, siedem lat wcześniej, po czym wróciłem do hotelu.




