sobota, 7 lutego 2015

07.02, Jego Wysokość Akropol

Tego dnia odwiedziliśmy Akropol. To wapienne wzgórze, na szczycie którego zachowały się pozostałości Aten Peryklesa, góruje nad zabudowaniami, milcząco przypominając każdemu, że obcuje z miastem o historii liczonej w tysiącach lat. Widać je niemal z każdego miejsca, co jest zresztą tyleż symboliczne, co i praktyczne, ponieważ pozwala odnaleźć właściwy azymut nawet największym topograficznym niezdarom.

Po śniadaniu ruszyliśmy więc przed siebie. Szliśmy szybko, bo chciałem zdążyć przed innymi, ale tym razem, ta sztuka się nie udała. Napisałem “tym razem”, ponieważ poprzednio miałem to szczęście, że byłem pierwszym turystą, który odwiedził to miejsce. O poranku, w słońcu, przy asyście błękitnego nieba, muszę przyznać, było to wrażenie mistyczne. Miałem wszystkie zabytki tylko dla siebie. Mogłem na nie spokojnie popatrzeć, przyjrzeć się im z bliska, z daleka, dotknąć, powąchać, zamknąć oczy i wyobrazić sobie jak musiało to wszystko prezentować się w latach swej świetności. To jednak było kiedyś. Tego zaś poranka trafiliśmy do istnego tygla. Ludzi było mnóstwo i pisząc wprost, te kilkadziesiąt minut na Akropolu było dla mnie raczej zaliczeniem punktu obowiązkowego niż czymkolwiek więcej.






Jednak dwie rzeczy na pewno się nie zmieniły. Po pierwsze, dookoła znajdowało się mnóstwo współczesnych sprzętów służących do prac remontowych. Stalowe rusztowania, dźwigi, tymczasowe baraki, plandeki, wózki widłowe, rury - to wszystko wchodzi w kadr, uwiera oko i psuje ogólne wrażenia obcowania z czymś dostojnym i wiekowym. Od odzyskania przez Grecję niepodległości, Akropol jest ratowany od zniszczenia i nic nie wskazuje na to, by kiedykolwiek za naszego życia, powiedziano “To już koniec. Skończyliśmy”.

Po drugie, ze wzgórza rozciąga się niesamowity widok na miasto. Ateny z tej perspektywy wyglądają chyba na ciekawsze niż są w rzeczywistości. Zabudowa jest gęsta, chaotyczna, zdecydowanie “barbarzyńska”, czyli “nie europejska”. Zresztą, cytując pewnego młodego podróżnika: “Ateny to wszechobecny beton, miasto czasem poskładane tak chaotycznie i przypadkowo, że podziwiane ze szczytów wzgórz (jeżeli ma się szczęście i cokolwiek widać zza chmury smogu) potrafi szczerze rozbawić brzydotą swego ogromu. Ale może to sprawia także, że jest wyjątkowe – choć pudełkowate to jednak tak szczere i autentyczne w swym istnieniu, że w ten sposób ... kto wie czy nie najpiękniejsze?” . Trochę naiwna to obserwacja, ale trzeba przyznać, że mimo upływu lat, nadal się z nią zgadzam.





Po wizycie w “sercu” Aten, przyszła pora na odwiedzenie jego “podbrusza”. Niedaleko naszego lokum rozciągała się dzielnica Omonia, zaczynająca się placem o tej samej nazwie. To tak swoją drogą, wyjątkowo parszywa okolica. Kto wie czy nie najpodlejsza … w całej Unii Europejskiej. Trochę jesteśmy przyzwyczajeni do bezpieczeństwa i tego, że na Starym Kontynencie nic się nie ma prawa wydarzyć, tymczasem po Omonii odradza się spacery, szczególnie po zmroku, a i w ciągu dnia należy tam bardzo uważać. Narkomanii, kieszonkowcy, romscy gangsterzy, zdesperowani nielegalni imigranci - oto główne atrakcje, które czekają tam na nierozsądnych. Jak na złość losu, w Omonii właśnie znajduje się sporo dobrych hoteli, ale ich obecność w tym miejscu nie oznacza wcale, że zła sława przechodzi do historii.

Nie zamierzaliśmy jednak zapuszczać się tak daleko. Między niesłynną Omonią, a “naszym” Psiri znajduje się bowiem ateński targ, jedna z bardziej alternatywnych “atrakcji” dla turystów. Już ulica doń prowadząca, zatłoczona, głośna Athinas zwiastowała, że znaleźliśmy się w zupełnie innej części miasta niż nobliwe okolice Akropolu. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć widzieliśmy wystawy sklepowe oraz “dzikie” stanowiska, na których wystawiano dosłownie wszystko o czym można pomyśleć (i sporo rzeczy o których nigdy bym nie pomyślał, dodałem w duchu). Nie było jednak w tym ani odrobiny śródziemnomorskiej radości. Wszystko prezentowało się posępnie, zupełnie jakbyśmy byli nie na południu, a nie przymierzając, w Radomiu. Sprzedawcy wyglądali na zmęczonych, kupujący na zdesperowanych, a towary prezentowały się blado, mizernie i tandetnie.

Sam targ zrobił na nas przerażające wrażenie. Nawet moja wrażliwość została wystawiona na mocną próbę, gdy trafiliśmy do części, gdzie sprzedawano mięso. Z haków zwisały okrwawione resztki zwierząt, w powietrzu unosił się typowy dla rzeźni zapach, ale całość tych doświadczeń przebił widok obdartych ze skóry baranich łbów ...z oczami. Pomyślałem, że to wszystko byłoby w stanie zachęcić do wegetarianizmu niejednego miłośnika mięsiw, nawet mnie.

Na szczęście szybko stamtąd uciekliśmy. Zrobiliśmy trochę zakupów do domu - i niepomiernie zdziwiliśmy się, że w niemal każdym sklepie znajdowały się produkty z Polski. Od słodyczy, przez piwo, puszki, przetwory, kończąc na … kiełbasie. Nie wiem tylko czy to efekt naszej eksportowej potęgi (byłby to pierwszy w życiu przykład tego, że nie jest to jedynie wymysł dziennikarzy Agory!) czy też może konsekwencja tego, że te sklepy prowadzili rodacy, których zresztą w Atenach zawsze było wielu.

To był intensywny dzień. Może słowa nie oddają tego dobrze, ale po wizycie na targu, poszliśmy zobaczyć jeszcze raz zmianę warty, zobaczyliśmy imponujący Stadion Olimpijski, zjedliśmy dobry obiad, pospacerowaliśmy po Place i porządnie wymęczyliśmy tak siebie, jak i Gabrielę, która zresztą z godną podziwu konsekwencją przyciągała uwagę wszystkich dookoła.