Zostało nam jeszcze sporo atrakcji do odwiedzenia. Nie mieliśmy jakiegoś szczególnego ciśnienia żeby je wszystkie zobaczyć, ale prawda była również taka, że był to nasz piąty dzień w tym mieście i czuliśmy, że relaks zaczyna coraz intensywniej walczyć ze zwykłą, acz przyjemną i urlopową, nudą. Weszliśmy więc do środka Starożytnej Agory. Teren jest duży, pełen różnej maści zabytków, począwszy od tych wielkich i imponujących, takich jak Stoa Attalosa czy Świątynia Hefajstosa, poprzez pamiątkę po czasach Bizancjum w postaci uroczego, krągłego kościółka, kończąc na rozrzuconych wszędzie elementach rzeźb i budynków, które nie przetrwały do naszych czasów. Ciekawe jest to, że na tym terenie, o którym wiadomo od zawsze, że był centrum starożytnych Aten, nadal nie odkryto jeszcze wszystkiego - leniwe prace archeologiczne trwają i trwać będą, nie wiadomo również jakie wyniki przyniosą. Dla miłośników antyku jest to miejsce, po którym mogą zapewne chodzić godzinami. W końcu, to tutaj przemawiał Platon, tutaj rodziły się również idee, które funkcjonują dookoła nas do dzisiaj. Z tego powodu, Agora jest więc prawdziwym pomnikiem naszej cywilizacji (a nawet - Prawdziwym Pomnikiem Naszej Cywilizacji).




Potem znowuż przeszliśmy przez całą Plakę (niepoznając dzielnicy w ów poniedziałkowy, smętny dzień!), wstąpiliśmy na kawę do "naszej" knajpki, niespiesznie dotarliśmy do wielkiego Łuku Hadriana i weszliśmy na teren Świątyni Zeusa. Z tej imponującej budowli pozostały jedynie ruiny, ale i te robią niemałe wrażenie. Kolumny, tak te piętnaście z nich, które nadal stoją, jak i pozostałe, które leżą na ziemi, są olbrzymie i dają dobre pojęcie o tym jak miejsce to wyglądało w czasach swojej świetności, czyli, jakby nie liczyć … dobre osiemnaście wieków temu.




Po obiedzie ("nie zostanę nigdy miłośnikiem kuchni greckiej" - pomyślałem wtedy) i sjeście wychodzimy jeszcze na spacer, ale pogoda szybko nas wypędza z powrotem do domu. Zanim to jednak nastąpiło, wspinam się na jedno ze wzgórz, z którego rozciąga się widok na miasto. Co tu dużo pisać, mimo ciężkich chmur i wilgoci w powietrzu, widok nadal robił na mnie wrażenie. Każdy skrawek ziemi wydawał się zagospodarowany, tu i tam z morza betonu, wystawały pozostałości po burzliwej historii.


Kiedy już wracamy, na deptaku, na którym jeszcze kilka dni temu buzowało życie, widzimy samotnego “Pana naprawię wszystko”, który ogrzewa się ogniem buchającym z włąsnoręcznie zrobionego koksownika. Wszystko dookoła smagał wiatr, kropił deszcz. Ateny zdecydowanie pokazały nam swoją inną twarz, a my nie byliśmy pewni czy aby na pewno chcieliśmy ją w ogóle oglądać.
