poniedziałek, 9 lutego 2015

09.02, W deszczu

Od poniedziałku Ateny przeszły zaskakującą metamorfozę. Pogoda się pogorszyła. Temperatura spadła do góra dziesięciu stopni. Stalowe chmury zasłoniły niebo, zaczął padać a to deszcz, a to śnieg (!), czego się nie spodziewaliśmy. Zniknęli też gdzieś i tak nieliczni turyści, razem z nimi zamknęły się niektóre sklepy z pamiątkami, a restauracje i bary zupełnie opustoszały. Co tu pisać, zrobiło się nagle smutno i refleksyjnie, spędzaliśmy więc więcej czasu w domu niż na zewnątrz.

Zostało nam jeszcze sporo atrakcji do odwiedzenia. Nie mieliśmy jakiegoś szczególnego ciśnienia żeby je wszystkie zobaczyć, ale prawda była również taka, że był to nasz piąty dzień w tym mieście i czuliśmy, że relaks zaczyna coraz intensywniej walczyć ze zwykłą, acz przyjemną i urlopową, nudą. Weszliśmy więc do środka Starożytnej Agory. Teren jest duży, pełen różnej maści zabytków, począwszy od tych wielkich i imponujących, takich jak Stoa Attalosa czy Świątynia Hefajstosa, poprzez pamiątkę po czasach Bizancjum w postaci uroczego, krągłego kościółka, kończąc na rozrzuconych wszędzie elementach rzeźb i budynków, które nie przetrwały do naszych czasów. Ciekawe jest to, że na tym terenie, o którym wiadomo od zawsze, że był centrum starożytnych Aten, nadal nie odkryto jeszcze wszystkiego - leniwe prace archeologiczne trwają i trwać będą, nie wiadomo również jakie wyniki przyniosą. Dla miłośników antyku jest to miejsce, po którym mogą zapewne chodzić godzinami. W końcu, to tutaj przemawiał Platon, tutaj rodziły się również idee, które funkcjonują dookoła nas do dzisiaj. Z tego powodu, Agora jest więc prawdziwym pomnikiem naszej cywilizacji (a nawet - Prawdziwym Pomnikiem Naszej Cywilizacji).




Potem znowuż przeszliśmy przez całą Plakę (niepoznając dzielnicy w ów poniedziałkowy, smętny dzień!), wstąpiliśmy na kawę do "naszej" knajpki, niespiesznie dotarliśmy do wielkiego Łuku Hadriana i weszliśmy na teren Świątyni Zeusa. Z tej imponującej budowli pozostały jedynie ruiny, ale i te robią niemałe wrażenie. Kolumny, tak te piętnaście z nich, które nadal stoją, jak i pozostałe, które leżą na ziemi, są olbrzymie i dają dobre pojęcie o tym jak miejsce to wyglądało w czasach swojej świetności, czyli, jakby nie liczyć … dobre osiemnaście wieków temu.




Po obiedzie ("nie zostanę nigdy miłośnikiem kuchni greckiej" - pomyślałem wtedy) i sjeście wychodzimy jeszcze na spacer, ale pogoda szybko nas wypędza z powrotem do domu. Zanim to jednak nastąpiło, wspinam się na jedno ze wzgórz, z którego rozciąga się widok na miasto. Co tu dużo pisać, mimo ciężkich chmur i wilgoci w powietrzu, widok nadal robił na mnie wrażenie. Każdy skrawek ziemi wydawał się zagospodarowany, tu i tam z morza betonu, wystawały pozostałości po burzliwej historii.


Kiedy już wracamy, na deptaku, na którym jeszcze kilka dni temu buzowało życie, widzimy samotnego “Pana naprawię wszystko”, który ogrzewa się ogniem buchającym z włąsnoręcznie zrobionego koksownika. Wszystko dookoła smagał wiatr, kropił deszcz. Ateny zdecydowanie pokazały nam swoją inną twarz, a my nie byliśmy pewni czy aby na pewno chcieliśmy ją w ogóle oglądać.