Nie wiem jakie inne miasto zapisało się lepiej w dziejach kinematografii niż zimnowojenny Berlin. Nowy Jork? Chicago? Może jeszcze Londyn... Zawsze chciałem zobaczyć to miejsce tak dobrze znane mi z niezliczonych filmów. Miasto szpiegów, sekretnych rozmów prowadzonych w papierosowym dymie i nerwowego przeciągania liny pomiędzy Zachodem a Wschodem. Zawsze chciałem stanąć na Moście Glienickie, przejść przez Checkpoint Charlie albo wjechać na dach wieżowca Europa-Center i popatrzeć na panoramę zabudowy dookoła. Ale urodziłem się za późno (no i nie w tym kraju co trzeba), bo takiego Berlina już od dawna nie ma. A może i nigdy nie było, bo od kiedy to filmowy świat pokrywa się z rzeczywistością?



Współczesny Berlin to mekka niezależnej młodzieży, która przesiaduje w rozlicznych alternatywnych barach, jeździ po ulicach na klasycznych rowerach i nosi wełniane czapki nawet podczas lipcowych upałów. Miasto pulsuje energią, rozwija się, zieleni i przekuwa swą brzydotę w silną kartę przetargową, która sprawia, że miliony turystów przedkładają stolicę Niemiec ponad zabytki Rzymu czy butiki Paryża. Taki Berlin to już zdecydowanie nie jest miejsce, które chciałbym zobaczyć, pomyślałem po fakcie, gdy już kupiłem do niego bilet. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło...
W pewnym podróżniczym magazynie, w numerze sprzed bagatela, dokładnie półwiecza (sic!), znalazłem niegdyś artykuł o frapującym miasteczku znajdującym się w okolicach gór Harzu. Jego nazwa nic mi nie mówiła, ale zdjęcia ukazywały miasto jakby zawieszone poza czasem. Ciekawe czy nadal takie jest i czy … w ogóle istnieje? Postanowiłem więc wybrać się do Quedlinburga.
***
No dobrze. Berlin naprawdę robi wrażenie. Moje serce szybko zmiękło. Kocham takie właśnie wielkomiejskie klimaty, tym bardziej, że w wielu miejscach nadal pachnie tu latami 80-tymi. Tym razem nie miałem za wiele czasu na kontemplację, ale jadąc autobusem z lotniska na Hauptbanhof łapczywie patrzyłem za okno na świat przewijający się przed moimi oczami. Przez chwilę poczułem się znowu małym człowieczkiem zagubionym w wielkim świecie, a przecież nasza Polska jest tuż, tuż!


Trzy i pół godziny podróży pociągiem sprawiło, że moje dotychczasowe stereotypy odnośnie naszych zachodnich sąsiadów zostały dosyć poważnie zagrożone. Tereny Brandenburgii i Saksoni-Anhalt jak żywo przypominają swojskie widoki i równie daleko im do takiej Bawarii jak i naszej Łomży, Ostrołęce a nawet ukochanym Bielanom. Ludzie też mają tu podobne wyrazy swych zmęczonych twarzy i nawyki. W modzie dominują dżinsowe kurtki wymieszane z zapachem minionej dawno świeżości. W pociągu przykładni rodzicie pociągają z butelki, drugą ręką zajmując się swym potomstwem. Na peronach małych stacji widzę wygolonych wyrostków, rozbite szyby, pomazane ściany i szare blokowiska, które nieomal krzyczą tęsknotą za czasami, gdy była tam jakakolwiek praca. Tu i tam ktoś leży na ławce, albo pociąga z ogromnej butelki wina otoczonej tandetnym plastikiem imitującym wiklinę. Podczas przesiadki w Magdeburgu wpada na mnie czerwona, zalana w trupa kobieta, trzymana z trudem przez równie pijanego konkubenta. Czy to na pewno są Niemcy, gospodarka numer jeden na Starym Kontynencie? Czy to na pewno ten kraj „sponsoruje” Greków i pół Europy, której nie chce się pracować? Bieda aż piszczy i chociaż w wielu miejscach wciska się tandetna nowoczesność, całość przedstawia wrażenie ponurego morza beznadziei.
Wysiadka w Quedlinburgu przenosi mnie jednak do innego świata. Zostawiam za sobą przyciężki klimat resztek NRD i wkraczam w objęcia historii sprzed kilku wieków. Muszę przejść kilkaset metrów, ale gdy skręcam w wąskie uliczki Starego Miasta od razu wiem, że wspomniany artykuł sprzed półwiecza nie kłamał. To miasto istnieje i naprawdę sprawia wrażenie zapomnianego przez współczesność. Rozliczne domy z charakterystycznym „murem pruskim” pachną drewnem i kamieniem. Gdyby nie lśniące okna, znaki drogowe i samochody, można by naprawdę uwierzyć w to, że jakimś dziwnym trafem XXI wiek zapomniał o Quedlinburgu, pozwalając mu żyć własnym, niespiesznym rytmem jakby z innej epoki.


Od razu mi się to miejsce spodobało, tym bardziej, że i hotel sprawiał wrażenie wyjętego z innej epoki. Zlokalizowany w starym budynku na samym Rynku prowadzony był w wytrawnym stylu, a wszystko było tu na swoim miejscu. Pokój był duży, elegancki, widok z okien przepiękny, obsługa usłużna, a każde wydane Euro znajdowało swoje uzasadnienie. Na nocnym stoliku obok łóżka leżał Nowy Testament, na wypadek gdyby brak własnej lektury doskwierał za mocno gościom.


Mimo zmęczenia, uroda Quedlinburga sprawia, że szybko wychodzę z pokoju i zwiedzam jego zaułki do samego wieczoru. Główną atrakcją miasta są … domy. Ponad 1400 z nich zostało wpisanych na listę UNESCO i ma status zabytków. Wyróżnia je sposób budowy, czyli tzw. szachulec. Szkielet budynku jest drewniany, natomiast ściany i mury wypełniane są gliną, tudzież kamieniem albo cegłami. W efekcie powstaje piękna elewacja z drewnianymi belkami poziomymi i pionowymi. Tego typu zabudowa spotykana jest tak w Niemczech, jak i w Anglii, Skandynawii czy Polsce, ale to tutaj jest jej najwięcej, w najpiękniejszym wydaniu, a całość stanowi zwartą jedność, zachowaną bez skazy od chwili swego powstania.




W miasteczku (trzydzieści tysięcy mieszkańców!) znajdzie się też sporo średniowiecznych świątyni. Co chwila znad dachów migają mi wieże tego czy innego Kościoła. Ten pod wezwaniem Św. Mikołaja to dla przykładu klasyczny gotyk w najlepszym, małomiasteczkowym wydaniu. Jego historia sięga XII wieku, a zabytek idealnie komponuje się ze swoją okoliczną zabudową.




Od razu też widać, że Quedlinburg przyciąga specyficznych turystów. Tłumów nie ma więc można w spokoju zwiedzać i zaglądać w każdy kąt. Przy kawiarnianych stolikach przesiadują emeryci, którzy raz na jakiś czas wstaną i przejdą się kilka kroków, najczęściej po to, by usiąść na kolejną kawę albo lampkę wina. Szczerze, wcale im się nie dziwię, bo nie ma tu absolutnie żadnych rozrywek. Tu się naprawdę odpoczywa! Miasto idzie spać zgodnie z rytmem życia osiemdziesięciolatka – o ósmej wieczorem było już pusto i cicho, a wszystkie nieomal restauracje już zamykały swe podwoje.

Pieniądze (a emeryci niemieccy, w przeciwieństwie do polskich, je mają) można wydać w jednym z kilku antykwariatów. Co lepiej pasuje do klimatu tego miejsca niż małe zakurzone sklepiki wyładowane po brzegi książkami? Inne sklepy oferują pamiątki z okresu NRD i owa „Ostalgie” wyczuwalna jest na każdym kroku. W końcu, niektórym żyło się wtedy lepiej i nie szkodzi, że Wartburg się często psuł, sąsiad donosił do STASI, a władza robiła wszystko, by z tego robotniczego raju nie można było uciec inaczej niż w dębowej jesionce.



Quedlinburg, jak przystało na miejsce ocierające się o małomiasteczkową doskonałość, posiada także swój własny duży Zamek. Położony jest na skale i majestatycznie góruje nad miastem, spełniając wszystkie wymogi przesłodzonego romantyzmem widoku godnego każdej pocztówki.



Jego historia od swego zarania związana jest z rodząca się w średniowieczu niemiecką quasi-państwowością. W znajdującym się w jego zabudowaniach opactwie, złożone są szczątki zmarłego w 936 roku, Księcia Saksonii i Króla Niemiec, Henryka Ptasznika oraz jego małżonki. Tysiąc lat po tym wydarzeniu (sic!), Heinrich Himmler urządził uroczyste obchody rocznicy śmierci władcy, za którego reinkarnację się uważał. Wtedy to tzw. „Wielka Historia” zauważyła to miasto ostatni raz. Na co dzień, tak jak owego piątkowego wieczoru, panowała w nim niezmącona cisza oraz błogi spokój. Chłonąłem ten klimat do późnego wieczora, czując jak z każdą chwilą odpoczywam coraz bardziej i bardziej.
