piątek, 4 maja 2012

04.05 Przyjemności Troków

Pierwszy dzień w Wilnie nas wymęczył i nieco przytłoczył. Głowę od razu nawiedziła jasna myśl – tu trzeba wracać, nie ma sensu więc wypruwać sobie żył gonieniem od punktu do punktu. To nie jest miejsce na jeden raz...Ani na dwa. Tym bardziej, że oprócz nobliwych zabytków, znaleźć tu przecież można sporo pozostałości po czasach gdy prowincjonalne Wilno należało do zachodnich rubieży Imperium.

Odwiedzamy kościoły. Wybaczcie, ich nazwy zlewają się nam ze sobą. W Wilnie dużo jest barokowej zabudowy, niewiele mniej rokoko, więc ich elewacje cieszą oczy zdobną ornamentyką i detalami. Oto architektura „triumfu katolicyzmu”, będąca opozycją do epoki Renesansu. Sarmacka Polska na całego z całym swoim zamiłowaniem do przepychu, bogactwa, dbałości o szczegóły oraz sentymentem kierowanym w stronę Orientu. W kościołach zresztą słyszymy wyłącznie naszą mowę, czytamy polskie ogłoszenia parafialne. Wnętrza są szalenie zdobne, barwne, pełne rzeźb, malowideł i zdobień od których podziwiania może... rozboleć głowa.







Dla pewnej przeciwwagi, na ulicy Św. Mikołaja trafiamy do jednej z niewielu świątyń Wilna, które nie mają nic wspólnego z Polakami. Kościół był gotycki, surowy z zewnątrz i od środka. Powstał jeszcze w czasach, gdy Litwa była wroga Polsce – takie same zresztą nastroje dominują tam przecież i teraz.



Kiedy już nachodziliśmy się po Wilnie, postanowiliśmy pojechać do Troków. To miejscowość oddalona o 26 kilometrów od stolicy, która słynie z kilku rzeczy. Po pierwsze, znajduje się tam piękny średniowieczny Zamek Giedymina oraz jezioro, które przyciąga szukających odpoczynku. To najbardziej „pocztówkowe” miejsce całej Litwy. Po wtóre, miasteczko cieszy się znaczącą ludnością polską oraz tym, że jest także ośrodkiem kultury Karaimskiej. Karaimowie, jedna z najmniejszym mniejszości etnicznych w tej części Europy, to lud pochodzący z Krymu. Ich wyznanie wywodzi się z Judaizmu, a język ma więcej wspólnego z tureckim niż jakimkolwiek innym językiem świata. Mimo że minęły wieki, Karaimowie nadal istnieją i mają się dobrze. Tu i tam w Trokach można się natknąć na kolejnego ich potomka. Poznać ich można po ciemnej karnacji, zupełnie nie pasującej do fizys przeciętnego Litwina czy Polaka. Najłatwiej o to w restauracjach, których nad brzegiem jest dużo i w każdej serwują to samo naczelne danie lokalnej kuchni, czyli Kibiny. O nich za chwilę.

Same Troki składają się z dwóch części, a może nawet – światów. Po wyjściu z autobusu mijamy wpierw sowiecką zabudowę, która tu i ówdzie straszy swą brzydotą. Jednak dosłownie kawałek dalej zaczyna się przepiękna, drewniana zabudowa. Domki są kolorowe, niektóre z nich mają nawet zdobne okiennice, a niemal wszystkie zatopione są w zieleni ogródków. Część z nich przycupnęła tuż obok brzegu wody. Niestety, możemy sobie tylko wyobrażać jak przyjemnie tu musi być letnimi porankami... Chociaż i owego majowego popołudnia z Troków wręcz sączyło się słodkie, nieskrępowane jak to się mawia, lenistwo. Oprócz tych atrakcji, Troki oferują jeszcze i inne przyjemności. Jest tu na ten przykład miły polski kościół czy też ruiny innego zamku, w porównaniu do tego większego, jednak zupełnie zniszczone i pchlarskie.







Widok Zamku Giedymina budzi we mnie, ponownie!, dziecko. Ostatnio ta część mnie miała swoją pożywkę w gotyckim Toruniu. Bryła budowli przypomina mi znowu czasy kiedy oglądałem seriale młodzieżowe, których bohaterowie penetrowali podobne średniowieczne zabytki, w poszukiwaniu skarbów i tajemnic.





W takim oto anturażu jemy obiad. A na ten, jakżeby inaczej, kibliny oraz chłodnik. Wszystko smaczne, sycące i chociaż porcje nie były duże, to czułem się po nich gruby, rozlazły. Litewska kuchnia to raczej nie jest raj dla tych, którzy szukają diety zapewniającej im lekkość piórka na wietrze...


Żeby spalić kalorie wypożyczyliśmy wodny rower. Mam 31 lat i był to mój pierwszy raz na tego typu urządzeniu... Co za wstyd. A zabawa była przednia. Krążyliśmy po jeziorze, opływaliśmy wysepki, a nawet kręciliśmy wodne piruety, ku zniecierpliwieniu Ani. I chociaż słońce nas nieco wymęczyło, podobało nam się bardzo, co może sugerować, że coraz bliżej nam do rozrywek zarezerwowanych dla osób w podeszłym, statecznym wieku.