
Wyjazd do Wilna ma w sobie coś z obowiązku. Być Polakiem i nie widzieć tego arcyważnego dla naszej kultury miasta? Ciężka sprawa. Rzekłbym, że nawet trochę wstydliwa. Można bowiem odnieść wrażenie, że Wilno dla rodzimej kultury znaczy więcej niż Gdańsk, Poznań, Warszawa czy nawet Kraków. Nie mnie decydować czy to prawda czy może jednak wpływ poczucia wiecznej straty, jaka wkrada się do duszy każdego rodaka po przekroczeniu Ostrej Bramy. Fakt jest jednak taki, że niejeden raz w Wilnie mocniej ukuło mnie serce, a melancholijny smutek towarzyszył mojemu każdemu krokowi. To w końcu miasto Mickiewicza, Cata-Mackiewicza czy młodości Miłosza. Nadal polskie swoją przeszłością, mimo iż wiele osób stara się ową przeszłość zmieniać wbrew prawdzie i historii.
Z okna samolotu Litwa to zieleń aż po horyzont. Lotnisko prezentuje się sielsko i przyjemnie. Podoba nam się tu od razu. Po krótkiej przejażdżce pociągiem, jesteśmy już w śródmieściu i niespiesznie, z plecakami na plecach, idziemy na Starówkę szukać naszego hotelu. Na zachwyty nad zabudową przyjdzie jeszcze pora, dodać wszakże mogę, że Wilno od razu chwyciło nas (no dobrze, mnie) za serce i nie puściło do samego końca. Nasze lokum okazało się smutnym, nowoczesnym konglomeratem – pozbawionym duszy, schludnym miejscem pozbawionym jakiejkolwiek aury. Powinniśmy nocować u jakiejś polskiej babuszki, pomyślałem dopiero po fakcie...
Wileńska starówka jest ponoć największą barokową starówką w Europie. Wojna i Komunizm obeszły się z nią nader łaskawie. Rozmiary czuć od razu, gdy zerka się na mapę. Jest tu co prawda długi ciąg głównych ulic, który pozwala szybko odnaleźć właściwy azymut, ale w każdą stronę rozciąga się plątanina, która aż prosi się o odwiedziny. Cała dzielnica przeszła jakiś czas temu generalny remont, który zdaje się, że pozbawił tego miejsca części uroku. Jednak kawałek dalej od dostojnych kościołów i placów, znajdują się nadal ślady nieco zapuszczonej przeszłości. Powietrze robi się tam nieco zatęchłe, słońce przegrywa z cieniem w walce o dominację, a mury domów mienią się kolorową mozaiką brudu, plam i łuszczącego się tynku. W przeciwieństwie do Tallina czy Rygi, Wilno nie jest zupełnie hanzeatyckie, niemieckie, kupieckie. Wilno jest polskie i powiedziałbym wprost, że obok Lwowa i Krakowa to... najbardziej polskie miasto jakie poznałem.





Spacerując po Wilnie niby posiłkowaliśmy się przewodnikiem, ale szybko daliśmy sobie z tym spokój. Samych kościołów jest tam tyle, że po chwili zaczynały nam się mylić ich nazwy, wezwania, patroni i ich bogata historia. Odkładając mapę na bok mieliśmy po prostu okazję poczuć to miasto takim jakim je widzieliśmy naprawdę na własne oczy. I niejeden raz trafiliśmy w takie miejsca, o których książkowe mądrości milczały. Regularnie przychodziliśmy oczywiście pod Katedrę Św. Stanisława. Otoczona wielkim placem była miejscem relaksu dla młodzieży, jednak mnie w tym barokowym przecież mieście nie była w stanie ująć klasycystyczna uroda tego miejsca. Szybko więc ją mijaliśmy zagłębiając się w zaułki dużo bardziej podniecające zmysły.




Oczywiście, obowiązkowym punktem jest wzmiankowana już Ostra Brama. O każdej porze dnia spotkać tam można rozlicznych Polaków, a pod obrazem Matki Boskiej niemal zawsze trwały modlitwy. Wzruszające, a jednocześnie smutne. Spacerując po Wilnie z uwagą wsłuchiwałem się w rozmowy rodaków i niestety, praktycznie ani razu nie usłyszałem owego słynnego śpiewnego akcentu... Chociaż naszych rodaków w Wilnie jest aż 20%, to jednak częściej słychać było litewski albo rosyjski.




Na kolację jemy Cepeliny. Dla kuchni Litwy to potrawa wręcz pomnikowa, klasyczna i obecna niemal wszędzie (niczym u nas budki z Kebabem, pomyślałem z pewnym smutkiem). W teorii jest to danie z ziemniaków, kluskopodobne, przypominające, wybaczcie ale jestem kuchennym ignorantem, co nieco pierogi.

To co je wyróżnia to farsz, kształt (przypominający sterowiec stąd taka a nie inna nazwa), no i rozmiary. Ponoć przez ostatnie lata wileńskie Cepeliny robią się mniejsze i mniejsze, jednak nadal pojedyncza porcja jest w stanie zapchać i zagwarantować „mózgojeba”, jak nazywam stan otępienia występujący po zjedzeniu ciężkiego posiłku. I jak to Wilno może się komuś nie podobać, pytam retorycznie?
